środa, 9 września 2020

Od Mirajane do Lexie

Po tej podróży czułam ogromne wyczerpanie. W głębi mojego ciała czułam gorąc, ale moje ciało zamarzało w pełni. Nie rozumiałam dlaczego, a raczej... Rozumiałam, ale nie chciałam przyswoić tych informacji do mnie. Całkowicie bałam się o moje życie. Co jak co, pragnęłam zobaczyć, że Mer i Lexie żyją. W mojej głowie słyszałam tylko to, że mam ich ratować. Ale dlaczego. Dlaczego miałam wrażenie, że ktoś z moich pozostałych bliskich jest w zagrożeniu. To Mer? Czy Lexie...? Co jak tamte stwory dogoniły jej gwardzistkę? Co jak jej przyjaciółce mogło się coś stać...
Poczułam jak ktoś mnie kładzie mnie w dziwnym miejscu, ale czułam, że mogę być tam bezpieczna... Ciągle jednak obawiałam się o bliskich. Dlaczego nie mogłam się obudzić i im pomóc?! Chcę się obudzić! Chcę się zaopiekować moją rodziną! Chcę, aby byli już obok mnie! Mój Mer i Lexie!
---
- Mer! Popatrz! Mam wianek od jakiejś dziewczynki z miasta! - krzyknęłam. - Lexie! - dodałam.
Uśmiechnęłam się słodko, biegnąc do moich najbliższych. Widziałam, jak Mer ma na sobie swoją tradycyjną zbroję, a Lexie była ubrana w mundur. Zarumieniłam się lekko, po czym kiedy przybiegłam do nich, zaśmiałam się.
- Cóż, jak mam być szczera, nauczyłam się od niej co nieco, dzięki czemu mam wianek dla każdego. - powiedziałam, po czym podeszłam do mojej gwardzistki.
Założyłam na jej głowę kwiatki, przytulając ją lekko. Kiedy już uśmiechnęłam się do niej i obdarzyłam ją uczuciem, zbliżyłam się do Mera. Od razu poczułam rumieńce na policzkach... Westchnęłam cicho, wkładając wianek na jego głowę z uśmiechem.
- Bardzo ci pasuje... - szepnęłam, a potem zauważyłam jedno...
Mer ukłonił się do mnie, ujął mą dłoń i uchylił lekko swój hełm, całując moją dłoń w geście podziękowania. Zarumieniłam się jeszcze mocniej, a potem odwróciłam głowę. W głowie przeleciało mi tyle myśli... Szczególnie ta, że chciałam ujrzeć jego twarz i chciałam pocałować jego policzek w geście podziękowania. Nie odzywał się, ale mimo to, zawsze czułam się przy nim bezpieczna... Odsunęliśmy się od siebie, a potem usiedliśmy razem na polanie w pobliżu miasta... Było tam pięknie, było tam dużo kwiatów... Przez ten czas zrobiłam jeszcze jeden wianek, który Mer zabrał z moich dłoni i założył mi go na głowę... To była przepiękna chwila.
---
Właśnie, kiedy patrzyłam w hełm Mera, obudziłam się... Otworzyłam lekko oczy, rozglądając się. Ciężko odetchnęłam.
- Lexie... Mer... G-Gdzie jesteście... - szepnęłam.
- Jestem tutaj, księżniczko. - powiedziała nagle moja gwardzistka.
Wolno obróciłam głowę w jej stronę, patrząc na nią nieco zamglonym wzrokiem. Uśmiechnęłam się bardzo słabo, ściskając bezsilnie jej dłoń. Westchnęłam, aby po chwili spróbować się podnieść. Lexie jednak mnie położyła z powrotem.
- Musisz odpoczywać... - powiedziała.
Zimno nadal było dość... uporczywe. Czułam się tak, jakbym nie miała mojego ciała. Chłód, naprawdę ogromny chłód... Nie wiedziałam w sumie co to miało znaczyć. Przyglądałam się dokładnie mojej gwardzistce, czy jest z nią wszystko w porządku... Bardzo się bałam, czy nikt jej nie skrzywdził. Gdyby tak było, sama bym zabiła tego lub tą, którzy ją skrzywdzili. To byłoby... Jasne, że nikt by nie przeżył. Zrobiłabym wszystko, aby moja rodzina żyłą w spokoju. Westchnęłam cicho, a potem uśmiechnęłam się do gwardzistki.
- Dziękuję, że tutaj jesteś... Wiesz może, co się dzieje z Merem? Bardzo się o niego martwię. - powiedziałam.
- Niestety, ciężko mi cokolwiek o nim powiedzieć. - odpowiedziała mi moja przyjaciółka.
Zmartwiłam się... Ale wiedziałam, skąd ona może wiedzieć... Popatrzyłam na miejsce, gdzie leżałam, była to muszla, tak sądziłam przynajmniej. Zauważyłam mojego pupila, który wiernie przy mnie leżał. Zagryzłam lekko wargę, patrząc po chwili na Lexie.
- Dziękuję, że jesteś... - dodałam. - Powinnyśmy porozmawiać z tymi syrenami w pobliżu... Pomogą tobie i mnie... A potem też Merowi... Chcę, aby tutaj wrócił... Chcę, aby był już z nami... Z jego rodziną... - szepnęłam, zamykając oczy. - Uratujmy go, proszę... - dodałam.
(Lexie?)

Od Zachariasa do Matriasena

Patrzyłem na niego z lekkim zdziwieniem. No świr, dobry, ale świr. Pyłek opadł na ziemię oraz na moje włosy, szybko go strzepnąłem, wyobrażając sobie, jak na mojej głowie wyrastają liście. Spojrzałem jeszcze raz do góry, na miejsce, w którym zobaczyłem ptaka. Czy on na prawdę mógł pochodzić z Khayru? Jakim cudem nic o tym nie wiem? Cóż... może i piniaty, które rozstawia się dzieciom do zabawy są dość podobne do tego zwierzęcia, to jednak jakoś trudno mi uwierzyć w to dziwne powiązanie. Wolałem sobie wmawiać, że mężczyzna gada brednie, usłyszał coś od jakiegoś pijaczka i to powtarza, albo sam sobie wmówił głupoty – najgorsze jest jednak to, że zazwyczaj kiedy wydaje nam się, że coś jest niemożliwe, bo nie bierzemy tej osoby na poważnie, wychodzi na odwrót. 
- Żebyś tylko zdążył przed zakończeniem wojny – powiedziałem bardziej do siebie, chociaż on to i tak usłyszał, posłał mi urażone spojrzenie. - W każdym razie, jak chcesz znaleźć źródło zasilania tej anomalii? - zapytałem spokojnie, podchodząc do Saevi'ego i odwiązując go od drzewa. Koń prychnął i szturchnął mnie w ramię. Już dawno powinniśmy znaleźć dla niego stajnię, dobrze o tym wiedział. Poklepałem go po szyi.
- To jest dobre pytanie – obrócił się wokół własnej osi. - Zazwyczaj źródło emanuje najsilniej, a drgania geomagiczne są najszybsze. Moje urządzenie przyprowadziło nas tutaj, czyli w tym miejscu jest źródło, albo gdzieś w okolicy – wyjaśnił. W tym czasie między koronami drzew coś przelatywało i poruszało liśćmi. Pyłek cały czas się rozsypywał w powietrzu, raz delikatnie, raz mocniej. Coś nimi musiało potrząsać, a podczas naszej krótkiej rozmowy, to coś pojawiło się kilka razy. - Gdybyśmy sprawdzili każde drzewa, albo przyjrzeli się uważniej liściom... - mówił dalej i chociaż go słuchałem, to również przyglądałem się koronom drzew. W górze coś się czaiło, tego byłem pewien. Czułem, widziałem, nawet mój koń zdenerwowany podrygiwał łbem na boki, dając mi znać, że chce stąd iść. Nie byłem pewny, czy wynalazca także o tym wiedział, ponownie go pochłonęły słowa, stawianie hipotez i wyobrażenia spełniania niemożliwego.
W pewnym momencie chciałem do niego krzyknąć, zwrócić na siebie jego uwagę, ale uderzył mnie jeden fakt; nie znałem jego imienia. Niestety nie było już czasu o nie pytać. Podszedłem po prostu do niego i szturchnąłem go w ramię. Spojrzał na mnie, wracając do rzeczywistości.
- Spójrz – wskazałem palcem na drzewa. - Zdaje mi się, ale czy one...
- Się poruszają – wyszeptał z cichą ekscytacją i jednocześnie zdenerwowaniem w głosie. Pnie rzeczywiście się poruszały, nie w naszą stronę, one się zagęszczały i zaczynały tworzyć nieduży okrąg, w którego centrum byliśmy my. Opadł na nas spory promień słońca. Zadarłem głowę do góry, gałęzie na moment uchyliły nad nami część czystego nieba. Instynktownie zarzuciłem kaptur na głowę, podobnie jak nieznajomy obok mnie. Milczeliśmy, obserwując dziwne zachowanie natury. Nagle coś przysłoniło cały nieboskłon; były to niebieskie ptaki o długich ogonach i skrzydłach, wielkością dorównującym krukom, było ich z cztery. Oboje się wzdrygnęliśmy, domyślając się, co nas czeka.
- Masz jakieś ustrojstwo na nie? - mocniej zacisnąłem dłoń na lejcach konia, aby mi nie uciekł. Gdy chłopak pokręcił głową, niebieskie ptaki przypuściły atak. Z ich piór wylatywał magiczny pył, który zamieniał się w ostre, lodowe szpikulce. Bez zastanowienia odwróciliśmy się i zaczęliśmy uciekać. W biegu wskoczyłem na konia, po czym złapałem nieznajomego za rękę i pociągnąłem go do siebie.
- Wskakuj – odpychając się nogami od ziemi, udało mu się wylądować na zadzie konia. Trzymałem go mocno, aby nie spadł i kiedy już poprawił się na siodle na tyle, aby nie spaść ze zwierzęcia, wyskoczyliśmy z kręgu drzew, przez niewielką dziurę między nimi. W tym samym czasie pociski nie ustawały, a jeden z nich drasnął mnie w ramię.

<Matriasen? Akcja!>

Od Matriasena do Zachariasa

Co? - Do Matriasena, jakby z opóźnieniem doszły ostatnie słowa rozmówcy. Spojrzał na szlachetne zwierzę i mało brakowało, a ponownie spadłby z drzewa. Błyskawicznie wycelował protezę w ptaka, przytrzymując drugą ręką, a zębami z całej siły wyrywając zawleczkę. Huknęło i ptak rozleciał się w błękitny puch. Chłopak odetchnął i spojrzał na Zachariasa.
- To wiele wyjaśnia. - Zerwał jeszcze kilka próbek liści i schował w skrytce w protezie, po czym zeskoczył z drzewa. Pod konarem, na którym siedział ptak były jeszcze resztki stworzenia. 
- Tak? - Wojownik zeskoczył koło niego. Wyglądał na nieco oszołomionego wystrzałem, którego był świadkiem. A i tak trzymał się dobrze. W większości ludzi, którzy pierwszy raz słyszeli broń prochową, ten dźwięk budził panikę.
- Karnawałowy posłaniec. Używają ich w Khayr do obserwacji i przenoszenia magii. Z jakiegoś powodu ich pióra doskonale absorbują magię i machając, są w stanie strzepywać ją w docelowym punkcie. - Wynalazca bardzo ostrożnie pobrał próbkę piór, po czym z poważną miną odwrócił się do rozmówcy. - Wojowniku, musimy wydostać się z tego lasu i jakoś to powstrzymać. - Zacisnął usta w cienką wargę. - Zwykła anomalia magiczna zwykle się wypala po jakimś czasie, jest do opanowania. Ale jeśli jest zasilana... ten las pochłonie miasto. Jego resztę właściwie. - Coś jakby go tknęło. Podszedł do drzewa i wbił się palcami w jego korę, zrywając najbardziej zewnętrzną warstwę. Między jego palcami, tylko czterema, co mógł zauważyć Zacharias, pociekła czerwona ciecz. - Jeśli mają tego więcej, mogą przemienić nas wszystkich w las. Komu wogle mogłaby przydać się tak wypaczona ziemia? Już same te pustkowia są bezwartościowe, a obarczone zmutowaną roślinnością będą jeszcze gorszym celem. Co właściwie chcą na tym zyskać? 
- Jesteś pewien, że to należy do Khayr? - zapytał wojownik, przyglądając się cieknącej z drzewa krwi. 
- To nie byłby pierwszy raz. - Matriasen spojrzał poważnie na tamtego. - Ty wojowniku walczysz mieczem, ale walcząc mieczem, przeżynasz się przez setki przeciwników, jednocześnie tracąc setki sojuszników. Pole bitwy sprowadza tylko śmierć obu stronom. Podstawą taktyki jest, że jeśli pokrzyżujesz plany wroga, nim ten zaatakuje - wygrasz. 
  Chłopak jeszcze przez chwilę patrzył na spływającą mu między palcami protezy krew. W końcu się od niej oderwał i uśmiechnął.
- Ale jest sposób, jest sposób, by temu wszystkiemu zaradzić. Popchnę technologię do przodu. Siła postępu jest nie do zatrzymania. Tylko rozumem, tylko intelektem wojna może zostać zakończona. Żadna magia, czy inne sztuczki nie pokonają ludzkiego rozumu. Żadna! I ja, sam tego dopilnuję. Choćbym miał sam siebie złożyć w ofierze na ołtarzu nauki, choćbym miał przewrócić pojęcie moralności i całe państwo obrócić do góry nogami! - Po swoich ostatnich słowach uderzył protezą w drzewo. Zatrzęsło się, a liście zachwiały. Teraz nawet gołym okiem dało się dostrzec, że cały czas emitują pył.
(Zacharias? Matriasen trochę się pobudził xd)

niedziela, 6 września 2020

Od Zachariasa do Matriasena

Przyglądałem się protezie z obojętną miną, chociaż w myślach podziwiałem jego robotę. Świr, ale jaki utalentowany, wcześniej słyszałem o technologii Sharru, ale nigdy nie widziałem jej na własne oczy, a jeśli już, były to proste kończyny czy pojedyncze dyski wsadzone w ludzkie ciało, aby jakoś podtrzymywały korpus, a to było zrobione bardzo dokładnie, z wieloma szczegółami. Krótko mówiąc: byłem pod wrażeniem.
Odsunąłem się kawałek do tyłu, zdejmując dłoń z miecza i uważnie przyglądając się jego poczynaniom. Z szerokim i dumnym uśmiechem na twarzy, mężczyzna zaczął się wspinać po drzewie z udziałem swojej liny. Kiedy już znalazł się na górze i mógł przyjrzeć się liściu, wyglądał na bardzo zaskoczonego, po chwili znowu się uśmiechnął zainteresowany.
- Możesz tutaj wejść? - zapytał. Na moment mnie zamurowało. Wałęsam się z nieznajomym po lesie, a teraz na jego prośbę mam wpiąć się po drzewie, aby obejrzeć liść. To brzmiało tak niedorzecznie. Pamiętaj, ten las to iluzja, może będzie ciekawie, wmawiałem sobie w myślach, po czym bez słowa przywiązałem konia do pierwszego, lepszego konaru i zaraz zacząłem wchodzić na drzewo. Zrobiłem to szybko i bez problemu, jak za młodych czasów, kiedy dla zabawy skakało się po drzewach i próbowano udawać małpę. - Spójrz – znowu się odezwał, kiedy zjawiłem się obok niego. Kucnąłem na gałęzi, trzymając się jedną ręką tej wyższej, aby nie stracić równowagi i nie wylądować na ziemi. Spojrzałem na trzymany przez niego listek, który zaczął pocierać kciukiem. Po chwili z małej, ciemnozielonej roślinki zaczął ulatywać jasnożółty pyłek, co ciekawsze, leciał on do góry. Nie ukryłem zdziwienia. - Te drzewa muszą być źródłem magii, która zmieniła tutejsze otoczenie – wywnioskował. W ciszy podniosłem głowę i zerwałem liść, który przypominał ten, trzymany przez obcego. Potarłem go palcami, zareagował to samo. Pyłek uniósł się do góry i przypadkiem wciągnąłem go do nosa. Kiedy kichnąłem, z mojego nosa wyleciał jasnozielony glut, który wylądował na niższej gałęzi. Skrzywiłem się, a zaraz zaskoczyłem, ponieważ po chwili z mojego smarka wyrosła gałązka pełna zielonych liści.
- To było obrzydliwe – stwierdziłem, podnosząc się i rozglądając po miejscu. Las jak las, zero jakichkolwiek śladów magii czy iluzji; przynajmniej dla mojego amatorskiego oka. Kiedy spojrzałem z powrotem na nieznajomego, zobaczyłem, że wychyla się w stronę świeżo wyrośniętej gałązki. Obserwowałem, jak próbuje do niej dosięgnąć i zastanawiałem się, czy gdyby to zostało w moim nosie, czy tam wyrosłoby drzewo. Przeszły mnie ciarki po plecach, a wtedy chłopak na tyle mocno wychylił się do boku, że zaczął spadać z gałęzi. Nogi mu się obróciły i w ostatniej chwili złapałem go za ubranie. Pociągnąłem do siebie i kiedy byłem pewny, że stabilnie siedzi, puściłem go. - Co zamierzasz teraz zrobić? - przerwałem ciszę, znowu rozglądając się po miejscu. Z tej perspektywy widziałem więcej, niż z dołu. Zadarłem głowę do góry i na moment zmarszczyłem brwi. - Ten ptak od początku tu siedział? - wskazałem na jasnobieskie zwierzę, z długim ogonkiem, który rozmiarów dosięgał do kruka. Przyglądał nam się w ciszy.

<Matriasen?>

piątek, 4 września 2020

Od Matriasena do Zachariasa

Spójrz na to, o, o tam. Nie widzisz? - Matriasen aż zatarł ręce z podniecenia. 
- Może bym widział, jakbym wiedział co. - Wojownik wpatrywał się w gałęzie, jednak najwyraźniej znalezisko albinosa nie wydawało mu się tak oczywiste.
- Ten liść, jest nieco inaczej ukształtowany, niż reszta. - Wynalazca wodził palcem w powietrzu, jakby coś rysować. - Jest też ciemniejszy. - Przesunął się nieco, by spojrzeć na ten konkretny okaz pod innym kątem. - Wygląda na starszy.  - Zbliżył się do drzewa i oparł o jego pień, zadzierając głowę w górę. - Jak się dobrze przyjrzysz... O! Teraz! - Pstryknął palcami. - W ten sposób nie poruszają się liście. - Rozejrzał się gwałtownie, jakby czegoś szukając. Potem spojrzał na swoje ręce. - Mógłbyś podać mi pomocną dłoń? - spytał, a przygodny towarzysz wzruszył ramionami i podszedł bliżej. 
- Jak?
- Potrzymaj. - To mówiąc Matriasen wyciągnął do niego swoje prawe ramię. Tamten spojrzał na niego dziwnie. 
- Rękę?
  Wynalazca uśmiechnął się tajemniczo i powoli, niemal teatralnie zaczął unosić rękaw, ujawniając kolejne metalowe elementy ramienia. Dojechał tak aż do samego korpusu. Wojownik głośniej wypuścił powietrze. Zapewne słyszał wcześniej o wyczynach technologicznych Sharru, jednak prawdopodobnie nigdy wcześniej nie widział tak solidnej i skomplikowanej protezy. No, może jako wojownik natknął się na pozostałości tej technologii na jednym z pól bitew między Sharr a Khayr, jednak jedynym, na co mógł trafić były protezy wojenne czy części wspomaganych pancerzy. A ta proteza była unikalna. Zrobiona z najlepszych materiałów, doskonale obudowana, masywna, ale nie na tyle, by rzucać się w oczy pod szerokimi rękawami chłopskiego ubrania. 
  Matriasen sięgnął do ramienia i wykonał kilka machinacji przy nim, po czym rozległ się syk rozprężanego powietrza i proteza osunęła się prosto w ręce wojownika. Zadowolony wynalazca drugą, wciąż funkcjonalną, ręką sięgnął za pasek i wyciągnął kilka narzędzi.
- Przechyl nieco na prawo - rozkazał.
- To twoja robota? - wojownik przechylił rękę, a wynalazca z zapałem zaczął majstrować przy kończynie.
- Jedno z pierwszych dzieł - przyznał pogodnie Matriasen. - Proteza ręki. Ostateczne rozwiązanie problemu utraty kończyn. Czy to na wojnie, czy na roli, utrata kończyn zwykle oznacza wykluczenie z pracy, a w efekcie i śmierć. Dzięki protezom będę w stanie pomóc ludziom, którzy utracili części swojego ciała podczas ciężkiej pracy dla dobra Cesarstwa. Nowe ręce, nowe nogi. Pomyśl, czy to nie wspaniała wizja? Wyobraź sobie ojca rodziny, jej żywiciela. Któregoś dnia szopa się zawaliła i przygniotła mu nogę. Zmiażdżona. Nic nie można zrobić, trzeba amputować. Rodzina nie jest w stanie żywić ojca, ba, nie jest w stanie wyżywić się sama. I wtedy pojawia się proteza. Ojciec zyskuje nową nogę. Nawet lepszą, niż oryginalna. W ciągu kilku dni wraca do pracy. - Klik! Zgrzytnęło kilka zamków i kilka modułów poluzowało się widocznie. - A dodatkowo protezy mogą posiadać więcej funkcjonalności. Coś ci pokarzę.
  Matriasen przymocował ponownie kończynę do ramienia, wycelował ją w gałąź. Puf! Z protezy wydostał się obłok pary i wystrzelił hak na sznurze. Wojownik gwałtownie się odsunął, a jego dłoń powędrowała w stronę miecza.  Kotwiczka z cichym trzaskiem wbiła się w drzewo, a wynalazca z zadowoleniem wskazał na to towarzyszowi. 
- Moduł wspinaczkowy! Niezłe, nie? Miałem go wykorzystać, by dostać się z powrotem do domu, ale teraz okazja jest znacznie lepsza. Zobaczmy, co też z tymi listkami jest nie tak?
(Zacharias? Spoko, ja też nie mam jeszcze wyczucia^^)

czwartek, 3 września 2020

Od Zachariasa do Matriasena

Mężczyzna był wyjątkowo rozgadany. Przypominał małego chłopca o bardzo wybujałej wyobraźni, który jest żądny przygód i który, niczym skończony idiota, skoczy w ogień, jeśli za jego ścianą znajduje się coś ciekawego. Odmówiłbym, chciałem odmówić i pójść swoją drogą. Niestety nie znałem tych terenów, a jeśli przybysz twierdzi, że normalnie w tym miejscu powinny stać domki, a nie leśne formacje, musiałem mu w pewnym stopniu zaufać, bo inaczej nie wyszedłbym z tej iluzji. Do stracenia jedyne co miałem, to czas, a mój czas nie jest wyjątkowo cenny, przynajmniej tak sądziłem.
- Zgoda – odpowiedziałem spokojnie. - Pod warunkiem, że potem zaprowadzisz mnie prosto do miasta – zażądałem. Mężczyzna szybko się zgodził, nie stanowiło to dla niego większego problemu, więc bez dłuższego ociągania się, ruszyliśmy we wskazanym przez niego kierunku. Nieznajomy bez przeszkód dotrzymywał kroku mojemu koniowi, więc postanowiłem z niego nie schodzić. - Skąd wiesz, że w tamtym kierunku znajdziesz źródło anomalii? - zapytałem, gdy zdałem sobie sprawę, że idziemy ku niewiadomej, tylko dlatego, że ktoś taki jak on, stwierdził sobie, że tamten kierunek jest najlepszy.
- Widzisz to? - wyciągnął przed siebie jakieś metalowe pudełeczko. Jedynie pokiwałem głową, czego z resztą nie zobaczył, ponieważ był wpatrzony w swój przedmiot. - Wskazuje on unipolacje magiczno-geostatyczne – zaczął tłumaczyć, jak działa ów przedmiot. Mówił bardzo szczegółowo, używając naukowego słownictwa, a ja, jako zwykły wojownik i rzekomy następca tronu, kompletnie nie rozumiałem jego dokładnych tłumaczeń. Nie będąc jednak pierwszym lepszym chłopem, który nawet czytać nie potrafi, zrozumiałem, że to dziwne pudełeczko wyczuwało zmiany w terenie, wolałem to sobie przetłumaczyć, że odczuwało magię. To brzmiało najprościej. Koniec końców mężczyzna jeszcze raz włączył przedmiot, które wydało z siebie kilka zgrzytów, a następnie mała, cienka igiełka wskazała kierunek przed nami. Potem mężczyzna schował przedmiot pod ubranie i szeroko się uśmiechnął. - Wspaniały wynalazek – podsumował całość, a ja jedynie przytaknąłem cichym mruknięciem. W tej chwili mogłem zgadywać, że nie był świrem, a wynalazcą; z drugiej strony każdy, kto kombinuje z niemożliwymi rzeczami, szukając nieodkrytych sposobów, jest wariatem.

Las się ciągnął w nieskończoność i wszystkie rośliny wyglądały tak samo. Nic się nie zmieniało. Rozglądałem się po terenie w nadziei, że znajdę coś ciekawego, godnego uwagi, ale zamiast tego widziałem tylko korę, gałęzie i liście. Mężczyzna co jakiś czas podziwiał jakąś roślinę, zaczynając o niej opowiadać, na co ja tylko kiwałem głową. Chciałem tylko dojść do jakiejkolwiek wioski i zjeść porządny posiłek, a zamiast tego tułałem się po lesie z obcym człowiekiem. Kiedy moje oczy dostrzegły drzewo, które rosło w trzy strony, zatrzymałem konia. 
- Krążymy ciągle w kółko – zauważyłem. Tę cholerną roślinę widzę już czwarty raz. - Nieznajomy wyciągnął metalowe pudełeczko z ubrania i je włączył. Igiełka zaczęła krążyć wokół własnej osi. Albinos przypatrywał jej się z zaciekawieniem.
- Tutaj musi być źródło anomalii – stwierdził i zamknął przyrząd, znowu je chowając. Zaczął rozglądać się po okolicy.
- Czego konkretnie szukasz? - zapytałem, schodząc z konia. Trzymając lejce w dłoni, obserwowałem jego ruchy. Stukał w drzewa, pociągał za gałęzie, przesuwał kamyki. I niech mi tu ktoś powie, że nie mam do czynienia z wariatem, westchnąłem w myślach.
- Może jest tu ukryte przejście? Albo jakaś bariera, za którą iluzja zniknie? A może... - zaczął wymieniać. Podrapałem się po głowie, po czym nie mając nic lepszego do roboty, zacząłem chodzić po tym miejscu w kółko i szukać czegoś, co może okazać się kluczowe w tej sprawie. Przyglądając się drzewom, zauważyłem jedną, dziwną rzecz.
- Liście się poruszają, ale wiatru nie ma – zmarszczyłem brwi. Po tych słowach nieznajomy także spojrzał na drzewa i nagle wskazał na coś ręką. 

<Matriasen?>

piątek, 21 sierpnia 2020

Od Matriasena do Zachariasa

To zależy. - Matriasen rozejrzał się po nietypowej i raczej niespotykanej w tych stronach formacji leśnej. - A pytanie jest na tyle ciekawe, że tego miejsca nie było tu jeszcze dwa dni temu. Miasto owszem, znajdowało się na końcu tego traktu, ale w nijaki sposób traktu nie okalały drzewa. - Białowłosy podszedł do najbliższej rośliny i popukał w nią. Dźwięk był stłumiony i naukowiec powiedziałby, że raczej naturalny dla drzewa. Choć nie mógł mieć pewności. Nie widział drzewa od... nie pamiętał, kiedy ostatnio widział drzewo. 
- Na końcu tego traktu? Tyle chciałem wiedzieć - odparł jeździec i ruszył powolnym stępem dalej trasą, którą szedł do tej pory.
  Matriasen ruszył za nim, z łatwością doganiając konia. 
- Wróciłbym do sformułowania "Miasto znajdowało się na końcu tego traktu.". Otóż tak, to niezaprzeczalna prawda, jak również to, że odkąd jestem w lesie nie natrafiłem na jego koniec, nie zależnie którym traktem się udawałem. - Jeździec gwałtownie się zatrzymał i spojrzał na chłopaka z góry. - Z moich obserwacji wynika, że mamy do czynienia z rzadką anomalią magiczną, zapewne mającą swoje źródło w Temeni, która powoduje zakrzywienie czasoprzestrzeni i traingulację nieliniową oktagonalnego wymiaru, przez co fraktale kwantowe przenikają się z matrycą biegu wydarzeń i... o, a to ciekawe. - Zamilkł, gdy podróżnicy stanęli na rozwidleniu traktów. - W tym mniej więcej miejscu powinniśmy już dochodzić do pierwszych zamieszkałych domów. I z tego co pamiętam nie było tu żadnych rozwidleń. 
- Takie rzeczy często się tutaj zdarzają? - spytał wędrowiec, patrząc na rozchodzące się drogi.
- Nie - zaprzeczył z uśmiechem Matriasen, wyjmując z szat niewielkie metalowe pudełko. - Czyż to nie jest ekscytujące? Magia nie powinna wogle być w stanie zamanifestować się na tych wyjałowionych ziemiach. To, że jakimś sposobem jej się udało zapewne oznacza jedną z kilku możliwości. Albo wypalone żyły magiczne powoli się regenerują, albo potężny mag natrafił na jakieś pozostałości Świątyń Źródła, albo anomalia została stworzona gdzie indziej i przeniesiona tutaj, albo ktoś przyniósł potężny artefakt i przy jego użyciu pobudził żyzność gleby. Albo wydarzyło się coś pomiędzy lub zupełnie innego! - Urządzenie piknęło cicho. - O! W tę stronę. 
- W tę stronę co? - podróżnik wyglądał na nieco przytłoczonego ciągłą paplaniną wynalazcy. 
- W tę stronę znajduje się źródło - odparł pogodnie Matiasen. - Jesteś wojownikiem, prawda? Jeśli chcesz dostać się do miasta to twoje wojownikowanie może być potrzebne na miejscu. Zabierzesz się ze mną?

Mniej więcej w tym samym czasie, przed lasem.
[...]Vanton stał przed nienaturalną formacją roślinną, przyglądając się jej ponuro.
- Więc próby spalenia tego nie odniosło skutku? - spytał stojącego koło niego komisarza Inkwizycji, którego pancerz wspomagany tracił nieco powagi w złożeniu z kolorowym płaszczem, właściwym jego urzędowi. Ale tylko nieco. Ten pokręcił przecząco głową. 
- Ogień wogle nie chwyta drewna. To na pewno sprawka magii. - odparł kwaśno. - Moi ludzie są gotowi do wejścia. Czekamy tylko na rozkaz z pałacu.
  Doradca kiwnął głową. Posłaniec powinien przybyć lada chwila. Sam w końcu rozkazał go wysłać, co nie stanowiło większego problemu skoro cesarz pracował nad swoim kolejnym projektem w hangarze. Matriasen nie mógł się dowiedzieć o lesie. Za bardzo by go to zainteresowało. Sprawa musiała zostać załatwiona możliwie szybko i możliwie cicho. 
  Rozległ się tętent kopyt i odziana w ciemny strój postać pojawiła się w polu widzenia zgromadzonych. 
- Oto i twoje rozkazy - powiedział Vanton, uśmiechając się lekko. Komisarz spojrzał na niego bez słowa, po czym ruszył odebrać wiadomość. Chwilę później niewielki, ale doskonale wyposażony oddział Inkwizycyjny w zwartej formacji zanurzył się w las.
(Zacharias? Wybacz, że tyle to trwało, ale teraz wracam do życia i będę już odpisywać regularnie :3)

Od Lexie do Ayarashi

Księżniczka zniknęła za swoimi drzwiami, a Lexie odetchnęła z ulgą. Przynajmniej chwilowo kryzys został zażegnany. Pozostawało zaraportować o wszystkim generałowi gwardii i złapać jeszcze kilka godzin snu przed świtem. I kąpiel. Zdecydowanie kąpiel była tym, czego w tym momencie potrzebowała najbardziej.  Szczególnie że w perspektywie kilka najbliższych dni będzie musiała obyć się bez tego luksusu.

[...] Ostatecznie wszystko potoczyło się tak, jak miało się potoczyć. Eskorta już czekała przy koniach, gdy księżniczka Ayarashi wyszła z zamku. Wyglądała na całkiem wypoczętą, mimo nie do końca przespanej nocy, czego nie można było powiedzieć o Lexie, która musiała wstać nieco wcześniej, by dopilnować przygotowań. Nie była specjalnie w nastroju do rozmów i tylko minimalizując kontakt wzrokowy z księżniczką próbowała jej pomóc wsiąść na konia, co ta kompletnie zignorowała, wskakując na niego bez większego problemu prosto z ziemi.
- Nie wsiadam na konia pierwszy raz, Lexi - powiedziała, uśmiechając się i poprawiając w siodle. - Może nie robię tego często, ale uczono mnie konnej jazdy.
  Gwardzistka tylko skinęła głową, podchodząc do swojego wierzchowca. Powiodła wzrokiem po zgromadzonych. Eskorta: w pełnym rynsztunku i gotowa. Zapasy na podróż: załadowane i trzy razy sprawdzone. Sprzęt obozowy: w doskonałym stanie i odpowiedniej liczbie. Ayarashi: na koniu i jak zawsze w zuchwałym humorze. Jeśli wszystko pójdzie dobrze wyrobią się, nim upłynie kolejny księżyc. Wskoczyła na konia i dała sygnał do wymarszu. Ciężki stukot końskich kopyt odbił się od bruku na dziedzińcu. Wyjeżdżając, gwardzistka rzuciła ostatnie spojrzenie na okno komnaty, w której rezydowała jej własna księżniczka. Pewnie jeszcze spała. Oczekiwanie, że pożegna ją machając z tego okna byłoby zbyt...  Lexie spojrzała na Ayarashi. Księżniczka Aranayi będzie wszystkim, co dostanie przez jakiś czas. Miała tylko nadzieję, że tym razem wszystko pójdzie gładko. 
- Nie mów, że jesteś zła o wczoraj, Lexi. - Księżniczka zrównała swojego konia z koniem gwardzistki.
- Nie, pani - przyznała całkiem szczerze kobieta. Badawcze spojrzenie Ayarashi omiotło twarz gwardzistki, po czym lisica pokiwała ze zrozumieniem głową. 
  Przez chwilę jechały bez słowa. Niewielka karawana poruszała się przez pełne jezior ziemie Leoatle. Otaczające ją krajobrazy były spokojne i kojące. Lexie nie miała wątpliwości, że póki przemierzają ziemie jej pani nie muszą się obawiać specjalnie ataków bandytów. Szczególnie tutaj, w we wschodniej części państwa. Niebezpiecznie może zacząć być dopiero na skraju Anthrakas, którego gęste lasy i nieliczne zamknięte w górach osady stwarzały dobre środowisko dla stacjonujących w Ucurum rzezimieszków. 
- Byłaś kiedyś w Aranayi, Lexi? - z zadumy wyrwał ją głos księżniczki.
- Nie, pani - zaprzeczyła, a widząc, że rozmówczyni oczekuje czegoś więcej, dodała: - Byłam za to nie raz w Anthrakas, Nalayan, Merkez, raz w Ziyou oraz krótko w Khayrze.
- Nie sądziłam, że taki z ciebie podróżnik. - Dziewczyna spojrzała na towarzyszkę z lekkim zdziwieniem. - Twoja pani tak wiele podróżuje.
  Lexie lekko się skrzywiła. Po prawdzie większość ze swoich wypraw odbyła na polecenie króla, goniąc za różnymi artefaktami, eskortując ważne osobistości i tylko kilka razy towarzysząc Mirajane w jej wizytach do władców innych państw. Zamiast wdawać się w szczegóły, odpowiedziała jedynie:
- Moja pani też lubi zwiedzać świat - zamyśliła się na sekundę, po czym dodała - A ty, pani? 
- Ja? Co zwiedziłam?
  Gwardzistka pokiwała głową. Miała nadzieję zrzucić nieco ciężar rozmowy na tamtą. Krótkie wspomnienie o Mirajane zupełnie przekierowały jej myśli w stronę pozostawionej w zamku księżniczki.
(Ayarashi?)

Od Akroteastora do Raggasha

Morteo patrzył na demona, próbując przeniknąć jego materię. I rzeczywiście ją przeniknął, bo ciało tamtego rozstąpiło się w miejscu, w które się wpatrywał. Akroteastor mógł się tego spodziewać. Wyglądało na to, że Raggash faktycznie miał na myśli to, co mówił. Co, pomimo że nie było do końca w smak nekromancie, było akceptowalne. Szczególnie że tak duża siła ognia była w istocie potrzebna stworowi, do osiągnięcia zamierzonych celów.
- DOBRZE. POŻĄDA PAN CZEGOŚ, CO DOPROWADZI DO ISTNEGO CHAOSU, PANIE AVEGASH? - Liivei zrezygnował z prób przyciskania demona. Byłoby wręcz głupstwem upierać się przy tym, gdy ten wyraźnie i uparcie zamierzał się trzymać wersji żartownisia.  - NIECHAJ NAJPIERWSZYM, KTÓŻ UNIESIE U SIEBIE DANINĘ BĘDZIE BARON GEODORF. CO PONADTO, NIECH SĄDZI, IŻ BYŁ TO JEGOŻ KONCEPT. NIECHAJ SKOMPROMITUJE SIĘ PRZED KRÓLEM NA NASZE BENEFICJUM I JEGO FURIE ŚCIĄGNIE NA SIEBIE.
- A pan znowu wraca do tego tematu? - zdziwił się demon. - Myślałem, że skończył pan uzgadniać z panem Elkanovem front działania.
- PAN ELKANOV NIE MUSI ZNAĆ KAŻDEGO RUCHU. TYM BARDZIEJ ŻE BĘDZIE TERAZ ZAJĘTY PRZYJĘCIEM. PAN TEŻ NIE MUSI, JEDNAKOŻ... - Morteo przerwał na chwilę, sięgając do poręcznej skrytki międzywymiarowej i wyjmując z niej Nekronomikon i składniki okultystyczne - ZADANIE WPROST IDEALNIE WPASOWUJE SIĘ W PROFIL PAŃSKIEGO ZAINTERESOWANIA. A MOŻE NAWET UŻYTEK ZROBIONY MÓGŁBY BYĆ Z KONCEPTU BUNTU CHŁOPSKIEGO?
- Chciałby mnie pan wysłać i beztrosko obserwować moje popisy, czy chciałby mnie pan wysłać i mieć z głowy moją irytującą osobę? - zapytał Raggash, rozkładając się na meblu w teatralnym geście rozpaczy. - Rani me serce ten brak poszanowania dla prawdziwej sztuki i kunsztu dowcipu, który gości mógłby rozruszać już na przyjęciu.
- NIE WĄTPIĘ - mruknął Akroteastor bez przekonania w głosie. - ACZKOLWIEK TALENT PAŃSKI LEPIEJ LŚNIŁ BĘDZIE NA SAMOTNEJ SCENIE - Jednym gestem rozsunął meble, robiąć na środku pokoju sporą wolną przestrzeń. - NIŻ PRZY TYM KOMIKU ELKANOVIE. - Gdyby stwór miał usta skrzywiłby się. Elkanov był kluczowym i niezbędnym elementem planu, był złem koniecznym, które trzeba było tolerować. Kolejnym gestem zwinął dywan, odkrywając ciemne kamienie posadzki. - OBAWIAM SIĘ, ŻE STĘŻENIE ŻARTU W PREZENCJI WAS OBU MOGŁOBY OKAZAĆ SIĘ SZKODLIWE DLA NAS WSZYSTKICH. - A szczególnie dla mnie, dodał w myślach. - MOJA OSOBA NIE SPECJALNIE MA MOŻLIWOŚĆ PORUSZANIA SIĘ PO KRÓLESTWIE, Z TEGO WIĘC MIEJSCA WESPRĘ PANA W KAŻDY MOŻLIWY SPOSÓB - oraz dopilnuję, by baron Elkanov pchał sprawę w korzystnym dla nas kierunku, a nie w korzystnym dla tego demona kierunku. Akroteastor ocenił wzrokiem odsłonięty fragment pokoju. Raggash również to uczynił.
- Lepiej panu do twarzy było ze szkarłatem fotela, panie Akroteastor - skomentował. - Szary odcień kamieni źle rezonuje z pańską bladą czaszką i gubi pana szare cielsko, które na nim spoczywa. Pana scena zdecydowanie musi być bardziej kolorowa. 
  Nekromanta obrzucił go zmęczonym spojrzeniem i sproszkowanym srebrem rysować potrójny krąg Hexotekla, uzupełniony o runy czwartego projektu dynastii Goo. Po czym przywołał ogień, którego gorący powiew osmalił świeżo usypany kształt i przy okazji wąsy Raggasha, które jeszcze przed chwilą nie istniały na twarzy demona.
- JAK MÓWIŁEM - Morteo z zadowoleniem stał w środku swego dzieła. Krąg wyszedł dobrze, jak na tak polowe warunki. I nawet żaden mebel nie ucierpiał w procesie przypiekania, co przypisał jako duży sukces. - STĄD BĘDĘ PANU ASYSTOWAŁ. ZECHCE PAN UDOWODNIĆ SWÓJ RZEKOMY GENIUSZ KOMEDIOWY, PANIE AVEGASH?
- Rzekomy? Uraża pan moje uczucia, panie Akroteastor - demon teatralnym gestem przyłożył dłoń do skroni, ale zaraz potem uśmiechnął się. - Udowodnię panu coś, czego nigdy by pan nie przyznał przed nikim. - Zaczął powoli rozmwyać się od dołu.
- A CÓŻ TO TAKIEGO, PANIE AVEGASH?
- Że poczuciem humoru można zwojować świat! - Demon zniknął, pozostawiając morteo samego w pokoju.

WĄTEK ZAKOŃCZONY

środa, 19 sierpnia 2020

Od Cythian'diala do Kiku

Dzień był ciepły i spokojny, słońce raz po raz wyglądało zza nielicznych chmur, to rozświetlając miejski plac, to zaciemniając go niemal zupełnie. Większość śpieszących tam i z powrotem ludzi zapewne wogle nie zwracała na to uwagi, ludzie zwykle nie mają w zwyczaju zwracać uwagi na takie szczegóły. Ich życie jest za krótkie, by stać w miejscu i patrzeć w niebo. Cythian'dial machał pogodnie nogami, zwieszonymi z murku od dawna nieczynnej fontanny, stojącej w centrum ryneczku. On nie narzekał na brak czasu. Mógł sobie pozwolić na posiadanie go tyle, ile chciał i robienie z nim dokładnie tego, na co miał ochotę. Bezwiednie przeglądając zawartość umysłów przechodniów wpatrywał się w drzwi do budynku, znajdujące się dokładnie naprzeciw niego. 
"...na wszystkich bogów, jak ona mog..."
"...gdzie ja znajdę taki dz..."
Drzwi były proste, bez zbędnych zdobień, stylem wpasowywały się w małomiasteczkowy klimat. Nie wyróżniały się niczym, w stosunku do pozostałych, znajdujących się na placu. Nie w warstwie fizycznej.
"...gdyby tak wyjechać do Merkez? Może..."
"...wygląda na nadziane..."
To, co zainteresowało karzełka znajdowało się znacznie głębiej, pod powłoką świata widzialnego. Wydawały się nie być tym, na co wyglądały.
"...cholerne dzieciaki, za mo..."
"...ale zabezpieczenia są zbyt..."
A przynajmniej nie być tym zawsze. Był zaciekawiony, a przez jego głowę przesuwały się dzieła naukowe, dotyczące artefaktów, przejść w świat astralny czy wyrw w czasoprzestrzeni. 
"...głupiec. Trzy wozy pszenicy za koronę..."
"...byle do wieczora, byle do..."
Na chwilę zamyślił się nad przypadkiem oktagonalnych bram Feldera Milsa i przy pomocy prostego zaklęcia przywołał jego dzieło prosto do swoich małych rączek. Poprawił kaptur, czując, że jasne światło dostało się przez fałdy do gołej materii i zagłębił w lekturze, przypominając sobie szczegóły działania bram.
"...i to wszystko przez tego durnego..."
"...jajka, chleb, ziemniaki..."
Coś się zmieniło, magia przy drzwiach wyraźnie stała się intensywniejsza. Cythian'dial wstał, odkładając książkę w fałdy swojej szaty i ruszył w ich stronę. 
"...i co ja zrobię z tymi wszystkimi szczurami..." 
"...moja wina. Gdybym wtedy nie stracił  koncentracji..."
Ostatnia myśl, wychwycona przez Arcymaga gwałtownie zwróciła jego uwagę. Nie w niej samej było coś niezwykłego. Niezwykłe były obrazy, które wychwycił tuż pod powierzchnią świadomego myślenia. I to, że zrobił to na chwilę przed zderzeniem. Niezbyt wysoka i niezbyt masywna postać nie wpadła na karzełka ze zbyt dużą prędkością, jednak to wystarczyło, by przewrócić małego człowieczka i wywołać upadek niewielkiego, pomarańczowego owocu na kostkę placu. Młodzieniec zaczął od razu przepraszać, jego miła twarz wyglądała na zakłopotaną, jednak myśli oscylowały gdzieś koło soczystego owocu. Cythian'dial zebrał się z ziemi, otrzepując przy tym swoje przepastne szaty.
"Twój owoc nie wygląda na uszkodzony." Do swojej niewielkiej dłoni przywołał pomarańczę, której giętka skórka wytrzymała upadek. Przyjemny zapach przeniknął do świadomości demona, powodując przyjemne uczucie, gdzieś w okolicach brzucha. Wyciągnął go w stronę Kiku, przyglądając się mu uważnie. W końcu stała przed nim dokładnie ta osoba, której obecności oczekiwał. "Mimo wszystko rzeczywiście poświęcanie większej uwagi drodze zapewnia większe prawdopodobieństwo utrzymania tego, co jest ci cenne we właściwej formie. Skórka zwykle dobrze chroni wnętrze, jednak dobrze ukrywa przed niewprawnym okiem uszkodzenia, które powstają pod nią." Przerwał dosłownie na sekundę, nie dając dojść do słowa barmanowi. "Nie pogardziłbym herbatą pomarańczową, skoro już stoimy przed pubem."
(Kiku? XD)