wtorek, 15 września 2020

Od Crylin do Lexie

Jak to możliwe? Tak szybko wszystko ogarnęła w czasie, gdy ja padałam z wycieńczenia? Właściwie... gdzie ja jestem?
Wszędzie wyczuwałam dziwne zapachy powodujące mój niepokój. Otworzyłam notes i zaczęłam czytać. Wiele pożytecznych informacji... ale musiałam się śpieszyć. Wstałam na równe nogi, chwytając się drewnianej podpory.
- Gdy tylko odnajdę siostrę, jestem do twojej dyspozycji Garde [Strażniczko]. - Odparłam poważnie, przeszywając ją wzrokiem. - Jednak, bym mogła ją odbić, albo chociaż odnaleźć na czas, będę potrzebowała łzy.
Gwardzistka spojrzała na mnie ostro, najwyraźniej wciąż była nieufna, co nie dziwiło mnie tak bardzo. W końcu zobaczenie na własne oczy osoby, która dosłownie rozszarpała człowieka, nie wzbudza nikogo zaufaniem. Nie wspominając o kradzieży i morderstwie na jednym z jej przyjaciół w fachu.
- W jaki sposób ona miałaby pomóc? Planujesz oddać ją w zamian za dziewczynkę? - Była pewna siebie, ale również niezwykle chłodna.
- Non [Nie], powinnaś wiedzieć, że od początku nie planowałam oddawać Łzy Oceanu. Użycie jej w niewłaściwy sposób bądź do złych celów, skończyłoby się... tragedią. - Podeszłam do niej, wystawiając rękę. - Dlatego musisz mi zaufać, a przekonasz się, do czego to jest zdolne.
- Skąd mam mieć pewność, że akurat ty potrafisz się nią posługiwać? - Nie chciała odpuścić...
- W przeciwieństwie do ciebie, moja wiedza o przedmiotach magicznych wywodzi się z setek lat, w których panowały smoki. - Wyjaśniłam płynnie. - Łza Oceanu pozwoli mi zwiększyć swoje instynkty i siłę. Chère Madame [Droga Pani] nie będę tak wycieńczona se transformer en dragon [smoczą transformacją/przemianą]. Nie martw się o Łzę, zostanie zwrócona osobiście do twych rąk. - Odparłam dumnie i zaczęłam otwierać swój naszyjnik. Klejnot powinien się w nim zmieścić, a przeciwnicy nie muszą wiedzieć, że jestem w jego posiadaniu.
Kobieta przez chwilę zastanawiała się nad tym, co powinna zrobić, jednak w końcu z niechęcią wypisaną na twarzy, podała mi przedmiot. Chwyciłam go w dłonie, a wokół niego zaczął pojawiać się kryształ i ogień. Moja rana w dość błyskawicznym tempie zaczęła się zlepiać, pozostawiając jedynie bladą linię.

- Nie zawiodę Cię Garde [Strażniczko/Gwardzistko]. - Ukłoniłam się jej w podzięce, następnie chowając klejnot do naszyjnika. Na mojej skórze zaczęły pojawiać się łuski, a paznokcie zmieniły wygląd na długie i ostre szpony. Zaczęłam się intensywnie zastanawiać nad zabraniem ze sobą kobiety. Ostatecznie może być to samobójcza droga, a ja nie lubiłam narażać osób trzecich. Po chwili przemyśleń postanowiłam wybór dać mon Garde. - Nie chcę wplątywać Cię w te ordures [śmieci], ale nie zabronię Ci, jeśli będziesz chciała wyruszyć ze mną. - Podałam jej swoją dłoń, która teraz bardziej przypominała łapę. - Dam radę przetransportować nas obie na skrzydłach. 

<Garde? Jaka twa decyzja?>

Od Lexie do Mirajane

Moja pani, najpierw powinniśmy uratować ciebie - oznajmiła zdecydowanie Lexie, nie wstając i nie puszczając jej dłoni. - Mi nic się nie stało, a Mer... - zacięła się na chwilę. - Pani, Mer... - Lexie nie chciała tego mówić. - Powinnyśmy na razie uznać, że jest martwy.
- Nie... - Księżniczka zacisnęła dłonie na uszach. - Nie chcę tego słuchać... Mer nie umarł... Nie mógł... Lexie... proszę... nigdy nie mogłabym sobie wybaczyć, jeśli...
  Gwardzistka wpatrywała się w swoją panią przez chwilę nieruchomo. Stan Mirajane był naprawdę kiepski, a mimo to martwiła się przede wszystkim o swojego gwardzistę. Lexie wiedziała, że jej pani ma słabość do przystojnych mężczyzn i pozwala się im adorować z dużą przyjemnością, jednak aż do teraz przez myśl by jej nie przeszło, że księżniczka może żywić jakieś uczucie do swojego strażnika. Kobieta poczuła ukłucie, gdzieś w prawej piersi. Położyła drugą dłoń na dłoni Mirajane, po czym przyciągnęła jej lodowate palce do swojego czoła.
- Przysięgam pani, że zrobię wszystko, by go uratować - oznajmiła oficjalnie, po czym uniosła wzrok na oszronioną twarz swojej pani. - Ale najpierw priorytetem jest twoje życie. Jeśli nie powstrzymamy... tego... nawet jeśli go uratuję, nigdy więcej go nie ujrzysz. Jego życie przestanie mieć wartość. Tak samo, jak moje. 
- Im dłużej zwlekamy...
- W tym gorszym stanie jesteś, pani - przerwała jej stanowczo Lexie. Nie lubiła tego robić. Nie chciała się sprzeciwiać woli księżniczki, jednak w tej sytuacji był to jedyny sposób, by utrzymać ją przy życiu. Wszystko inne musiało zejść na dalszy plan. - I jeśli będzie trzeba, pani, wbrew twojej woli zaniosę cię, choćby na koniec świata.
  Mirajane milczała, jakby zamyślona. 
- Pani, na wyspie niedaleko żyje pewien szaleniec - zaczęła gwardzistka powoli, spoglądając badawczo na twarz swojej pani. - Jest lekarzem. Ponoć niezwykle dobrym. Być może on będzie w stanie cię uleczyć.
- Im szybciej to zrobimy, tym szybciej uratujemy Mera - powiedziała Mirajane, patrząc gdzieś poza gwardzistką.
- Tak, pani. Przysięgłam, że to zrobimy.
  Lexie nie chciała puszczać dłoni swojej pani. Wiedziała, że wtedy ta znowu zacznie zamarzać. Ale nie mogła przygotować się do drogi, cały czas ją trzymając. Zacisnęła zęby i wstała. 
- Proszę pani, wytrzymaj jeszcze tę chwilę - szepnęła, po czym wypuściła jej dłoń. Lodowa warstwa na ciele księżniczki zaczęła błyskawicznie narastać. Lexie błyskawicznie oderwała od tego wzrok. Nie mogła o tym myśleć, jeśli chciała ją uratować. Wzdrygnęła się i wcisnęła sobie do gardła urządzenie do oddychania pod wodą, po czym wróciła do słonej wody. Chwyciła stanowczo młodego syrena za ramię, wpatrując się intensywnie w jego oczy i licząc, że i tym razem telepatia zadziała w wystarczającym stopniu.
- Zawołam kogoś, by was odholował. Będziecie musieli przebić się przez niemal całą wyspę, aż do północnego jej krańca, na którym stoi zamek Richarda. - Syren uśmiechnął się pokrzepiająco do gwardzistki i wypłynął z pomieszczenia. Lexie wróciła błyskawicznie do boku swojej pani. Nawet nie trudząc się, by wyjąć urządzenie z gardła, uklękła przy niej, chwytając jej dłoń. Lodowacenie ciała ponownie zwolniło. Strażniczka czekała. Po dłuższej chwili wilgotna dłoń pojawiła się na jej ramieniu. Kobieta wstała i spojrzała na kanciastą, rekinią twarz trytona. Tamten bez słowa podał jej drugie urządzenie do łapania oddechu. Gwardzistka zaczerpnęła oddechu pod wodą, po czym pochyliła się nad Mirajane.
~ Pani, otwórz usta ~ poprosiła, używając całego potencjału telepatycznego, jaki posiadała. Na twarzy księżniczki pojawił się zdziwiony wyraz. Nic dziwnego, nigdy jej nie powiedziała, że to umie. ~ Będziesz musiała użyć urządzenia, filtrującego tlen z wody. Nie będziesz w stanie utrzymywać bańki, gdy ja będę przy tobie. 
  Księżniczka skinęła głową i rozchyliła wargi. Lexie pochyliła się jeszcze bardziej. Przez myśl jej przeleciało, że nigdy nie była tak blisko swoją twarzą twarzy swojej pani. Policzki jej lekko poczerwieniały i skarciła siebie w myślach. Tak delikatnie jak tylko mogła umieściła urządzenie w gardle Mirajane, a ta zaczęła się dusić. Błyskawicznie poderwała ją na ręce i wyskoczyła z powietrznej bańki. Tryton wyciągnął do niej dłoń. Gwardzistka mocniej przytuliła do swojego ciała księżniczkę, po czym chwyciła błoniastą kończynę stwora. Ten nie wahał się ani chwili. Pociągnął swoje pasażerki przez najbliższy wylot z pomieszczenia prosto w otwarte wody oceanu. Prędkość, z jaką je ciągnął uderzyła Lexie, jednak ona tylko zacisnęła zęby i przytuliła mocniej do siebie Mirajane. 
(Mirajane?)

sobota, 12 września 2020

Od Matriasena do Zachariasa

Ziemia z szaleńczą prędkością umykała spod końskich kopyt. Matriasen oplótł rękami w pasie wojownika i mocno przytulił się do jego pleców, próbując nie wypaść z siodła. Wokół świstały lodowe odłamki, raz za razem rozbijając się na pobliskich drzewach lub ocierając o ciało chłopaka. Wiatr. Ciepło ciała wojownika. Nagły ból w plecach. Koń skręcił gwałtownie, wymijając ścianę z drzew, które przemieściły się, by zagrodzić mu drogę, a Matriasenem szarpnęło na bok. Mimo to nie zwolnił uścisku. Przed oczami zaczynało robić mu się ciemno, ale wiedział, że nie może zwolnić uścisku. Jeśli to zrobi – umrze. Kolejne uderzenie w plecy. Cesarz czuł jednocześnie gorąco wypływającej krwi i lodowate zimno tkwiącego w ciele sopla. Czuł, że zaczyna tracić panowanie nad organiczną kończyną. Potężnym wysiłkiem woli spróbował chwycić ją mechaniczną, jednak ta nie reagowała. Być może został uszkodzony system rozluźniający palce…? W mętnej mieszaninie bólu, strachu, podniecenia i wściekłości przez głowę cesarza zaczęły przesuwać się wzory, opisujące parametry protezy, kolejne schematy i obliczenia. Chłopak skupił się na tych myślach. Odpływająca powoli świadomość oparła się na znanych, powtarzalnych schematach. Ale nie pomogło to na długo. Matriasen czuł, że uścisk jego dłoni się rozluźnia. Nie mógł już nic na to poradzić. Jego ciało było słabe. Zawsze było słabe. Chłopak poczuł jeszcze, że wojownik próbuje przytrzymać jego rękę, jednak nie mógł trzymać jej cały czas, jeśli sam chciał utrzymać się na galopującym wierzchowcu. Koń ponownie skręcił gwałtownie. Białowłosym zarzuciło jak szmatą, jednak twardy uścisk wojownika zdołał go przytrzymać. Kolejny skręt. Jeszcze jeden. Wyszli chyba na prostą. Może to już blisko skraju? Gwałtownie zwierz wygiął swoje ciało w skoku. Najwyraźniej dotarli do jakiegoś wąwozu? Dłoń Matriasena ześlizgnęła się z pasa wojownika. Palce tego drugiego musnęły czubki jego palców, nie zdążywszy jednak powstrzymać upadku. Bezwładne nagle ciało chłopaka pociągnęło za sobą protezę, rozdzierając strój jeźdźca i poleciało w dół. Przed oczami cesarza pojawiły się ptaki. Cała piątka. Zawisły w miejscu nad nim, przez chwilę wyglądały, jakby się zastanawiały co robić. Ale było to tylko mylne wrażenie. Cały czas machały w końcu skrzydłąmi, a pył pod nimi powoli formował się w coś większego.
Zginę tutaj - przeleciało jeszcze przez myśl wynalazcy. Zupełnie bez emocji, bez strachu czy niepokoju. Nie mógł nic z tym zrobić, nie było więc powodu do zmartwień. Uderzył twardo o pylistą ziemię brzegu wąwozu. Gdzieś kawałek dalej zarżał koń i dźwięk kopyt rozbrzmiał tuż przy głowie chłopaka. Wojownik ponownie skakał przez wąwóz. Jego rozwiane, białe włosy i piękne, złote oczy wydały się w tamtym momencie Matriasenowi tak bliskie i znajome. Jakby znów był przy nim jego brat. Wojownik miechem rozgonił ptaki, jednak tworzony przez nie duży odłamek lodu stracił oparcie w momencie, gdy zdzielił jednego mieczem. Bryła lodu uderzyła mężczyznę w pierś, strącając z konia, tuż obok wynalazcy. Wojownik upadł z jękiem, jednak błyskawicznie się podniósł. Spojrzał na leżącego. Oczy chłopaka były mętne, a ziemia wokół niego nasiąknięta krwią.
- Trzymaj się – mruknął, stając naprzeciw trzem pozostałym przy życiu wrogom, które właśnie pikowały w jego kierunku.
  W tym momencie rozległ się wystrzał. Jedno z błękitnych stworzeni wydało z siebie żałosny skrzek, a pozostałe rozproszyły się gwałtownie. Nie pomogło im to. Padły kolejne strzały i wokół wąwozu pojawił się niewielki, ciężkozbrojny, konny oddział.
- To już wszystkie, komisarzu! - krzyknął jeden z mężczyzn, trzymających pistolet kapiszonowy. Z lufy wciąż unosił się dym.
- Dobrze. - Do wąwozu zbliżył się postawny mężczyzna w lekkim pancerzu wspomaganym, przykrytym barwnym płaszczem, wyglądającym jakby był zszywany przez wiele krawcowych, z których każda miała nieco inny pomysł na efekt końcowy. Przy bokach konia wisiały dwa dziwaczne, ząbkowane ostrza, jednak poza nimi nie było widać u mężczyzny broni. - Aresztujcie czarowników i po sprawie. 
  Wojownik spiął wszystkie mięśnie, a otaczający go inkwizytorzy zareagowali błyskawicznie, dobywając spod płaszczy pistoletów.
- Ani drgnij chłopcze albo z miejsca rozerwiemy cię na strzępy. - Dowódca badawczo patrzył w twarz młodzieńca. Białe włosy albinosa i złoto w jego oczach coś mu przypominały, jednak nie był w stanie przypomnieć sobie, co dokładnie.
- Zgłupieliście? - jęknął półprzytomny Matriasen, zwracając na siebie uwagę zgromadzonych. W oczach komisarza pojawił się błysk zaskoczenia. - Opuś... cić... broń. - wydukał, dużym wysiłkiem woli chłopak.
- Opuścić! - rozkazał gwałtownie komisarz. - Seref! Na co czekacie! Pomóc rannym! - warknął do najbliższego podkomendnego.
(Zacharias? Zostawiam cię w tym niezręcznym momencie :P)

środa, 9 września 2020

Od Mirajane do Lexie

Po tej podróży czułam ogromne wyczerpanie. W głębi mojego ciała czułam gorąc, ale moje ciało zamarzało w pełni. Nie rozumiałam dlaczego, a raczej... Rozumiałam, ale nie chciałam przyswoić tych informacji do mnie. Całkowicie bałam się o moje życie. Co jak co, pragnęłam zobaczyć, że Mer i Lexie żyją. W mojej głowie słyszałam tylko to, że mam ich ratować. Ale dlaczego. Dlaczego miałam wrażenie, że ktoś z moich pozostałych bliskich jest w zagrożeniu. To Mer? Czy Lexie...? Co jak tamte stwory dogoniły jej gwardzistkę? Co jak jej przyjaciółce mogło się coś stać...
Poczułam jak ktoś mnie kładzie mnie w dziwnym miejscu, ale czułam, że mogę być tam bezpieczna... Ciągle jednak obawiałam się o bliskich. Dlaczego nie mogłam się obudzić i im pomóc?! Chcę się obudzić! Chcę się zaopiekować moją rodziną! Chcę, aby byli już obok mnie! Mój Mer i Lexie!
---
- Mer! Popatrz! Mam wianek od jakiejś dziewczynki z miasta! - krzyknęłam. - Lexie! - dodałam.
Uśmiechnęłam się słodko, biegnąc do moich najbliższych. Widziałam, jak Mer ma na sobie swoją tradycyjną zbroję, a Lexie była ubrana w mundur. Zarumieniłam się lekko, po czym kiedy przybiegłam do nich, zaśmiałam się.
- Cóż, jak mam być szczera, nauczyłam się od niej co nieco, dzięki czemu mam wianek dla każdego. - powiedziałam, po czym podeszłam do mojej gwardzistki.
Założyłam na jej głowę kwiatki, przytulając ją lekko. Kiedy już uśmiechnęłam się do niej i obdarzyłam ją uczuciem, zbliżyłam się do Mera. Od razu poczułam rumieńce na policzkach... Westchnęłam cicho, wkładając wianek na jego głowę z uśmiechem.
- Bardzo ci pasuje... - szepnęłam, a potem zauważyłam jedno...
Mer ukłonił się do mnie, ujął mą dłoń i uchylił lekko swój hełm, całując moją dłoń w geście podziękowania. Zarumieniłam się jeszcze mocniej, a potem odwróciłam głowę. W głowie przeleciało mi tyle myśli... Szczególnie ta, że chciałam ujrzeć jego twarz i chciałam pocałować jego policzek w geście podziękowania. Nie odzywał się, ale mimo to, zawsze czułam się przy nim bezpieczna... Odsunęliśmy się od siebie, a potem usiedliśmy razem na polanie w pobliżu miasta... Było tam pięknie, było tam dużo kwiatów... Przez ten czas zrobiłam jeszcze jeden wianek, który Mer zabrał z moich dłoni i założył mi go na głowę... To była przepiękna chwila.
---
Właśnie, kiedy patrzyłam w hełm Mera, obudziłam się... Otworzyłam lekko oczy, rozglądając się. Ciężko odetchnęłam.
- Lexie... Mer... G-Gdzie jesteście... - szepnęłam.
- Jestem tutaj, księżniczko. - powiedziała nagle moja gwardzistka.
Wolno obróciłam głowę w jej stronę, patrząc na nią nieco zamglonym wzrokiem. Uśmiechnęłam się bardzo słabo, ściskając bezsilnie jej dłoń. Westchnęłam, aby po chwili spróbować się podnieść. Lexie jednak mnie położyła z powrotem.
- Musisz odpoczywać... - powiedziała.
Zimno nadal było dość... uporczywe. Czułam się tak, jakbym nie miała mojego ciała. Chłód, naprawdę ogromny chłód... Nie wiedziałam w sumie co to miało znaczyć. Przyglądałam się dokładnie mojej gwardzistce, czy jest z nią wszystko w porządku... Bardzo się bałam, czy nikt jej nie skrzywdził. Gdyby tak było, sama bym zabiła tego lub tą, którzy ją skrzywdzili. To byłoby... Jasne, że nikt by nie przeżył. Zrobiłabym wszystko, aby moja rodzina żyłą w spokoju. Westchnęłam cicho, a potem uśmiechnęłam się do gwardzistki.
- Dziękuję, że tutaj jesteś... Wiesz może, co się dzieje z Merem? Bardzo się o niego martwię. - powiedziałam.
- Niestety, ciężko mi cokolwiek o nim powiedzieć. - odpowiedziała mi moja przyjaciółka.
Zmartwiłam się... Ale wiedziałam, skąd ona może wiedzieć... Popatrzyłam na miejsce, gdzie leżałam, była to muszla, tak sądziłam przynajmniej. Zauważyłam mojego pupila, który wiernie przy mnie leżał. Zagryzłam lekko wargę, patrząc po chwili na Lexie.
- Dziękuję, że jesteś... - dodałam. - Powinnyśmy porozmawiać z tymi syrenami w pobliżu... Pomogą tobie i mnie... A potem też Merowi... Chcę, aby tutaj wrócił... Chcę, aby był już z nami... Z jego rodziną... - szepnęłam, zamykając oczy. - Uratujmy go, proszę... - dodałam.
(Lexie?)

Od Zachariasa do Matriasena

Patrzyłem na niego z lekkim zdziwieniem. No świr, dobry, ale świr. Pyłek opadł na ziemię oraz na moje włosy, szybko go strzepnąłem, wyobrażając sobie, jak na mojej głowie wyrastają liście. Spojrzałem jeszcze raz do góry, na miejsce, w którym zobaczyłem ptaka. Czy on na prawdę mógł pochodzić z Khayru? Jakim cudem nic o tym nie wiem? Cóż... może i piniaty, które rozstawia się dzieciom do zabawy są dość podobne do tego zwierzęcia, to jednak jakoś trudno mi uwierzyć w to dziwne powiązanie. Wolałem sobie wmawiać, że mężczyzna gada brednie, usłyszał coś od jakiegoś pijaczka i to powtarza, albo sam sobie wmówił głupoty – najgorsze jest jednak to, że zazwyczaj kiedy wydaje nam się, że coś jest niemożliwe, bo nie bierzemy tej osoby na poważnie, wychodzi na odwrót. 
- Żebyś tylko zdążył przed zakończeniem wojny – powiedziałem bardziej do siebie, chociaż on to i tak usłyszał, posłał mi urażone spojrzenie. - W każdym razie, jak chcesz znaleźć źródło zasilania tej anomalii? - zapytałem spokojnie, podchodząc do Saevi'ego i odwiązując go od drzewa. Koń prychnął i szturchnął mnie w ramię. Już dawno powinniśmy znaleźć dla niego stajnię, dobrze o tym wiedział. Poklepałem go po szyi.
- To jest dobre pytanie – obrócił się wokół własnej osi. - Zazwyczaj źródło emanuje najsilniej, a drgania geomagiczne są najszybsze. Moje urządzenie przyprowadziło nas tutaj, czyli w tym miejscu jest źródło, albo gdzieś w okolicy – wyjaśnił. W tym czasie między koronami drzew coś przelatywało i poruszało liśćmi. Pyłek cały czas się rozsypywał w powietrzu, raz delikatnie, raz mocniej. Coś nimi musiało potrząsać, a podczas naszej krótkiej rozmowy, to coś pojawiło się kilka razy. - Gdybyśmy sprawdzili każde drzewa, albo przyjrzeli się uważniej liściom... - mówił dalej i chociaż go słuchałem, to również przyglądałem się koronom drzew. W górze coś się czaiło, tego byłem pewien. Czułem, widziałem, nawet mój koń zdenerwowany podrygiwał łbem na boki, dając mi znać, że chce stąd iść. Nie byłem pewny, czy wynalazca także o tym wiedział, ponownie go pochłonęły słowa, stawianie hipotez i wyobrażenia spełniania niemożliwego.
W pewnym momencie chciałem do niego krzyknąć, zwrócić na siebie jego uwagę, ale uderzył mnie jeden fakt; nie znałem jego imienia. Niestety nie było już czasu o nie pytać. Podszedłem po prostu do niego i szturchnąłem go w ramię. Spojrzał na mnie, wracając do rzeczywistości.
- Spójrz – wskazałem palcem na drzewa. - Zdaje mi się, ale czy one...
- Się poruszają – wyszeptał z cichą ekscytacją i jednocześnie zdenerwowaniem w głosie. Pnie rzeczywiście się poruszały, nie w naszą stronę, one się zagęszczały i zaczynały tworzyć nieduży okrąg, w którego centrum byliśmy my. Opadł na nas spory promień słońca. Zadarłem głowę do góry, gałęzie na moment uchyliły nad nami część czystego nieba. Instynktownie zarzuciłem kaptur na głowę, podobnie jak nieznajomy obok mnie. Milczeliśmy, obserwując dziwne zachowanie natury. Nagle coś przysłoniło cały nieboskłon; były to niebieskie ptaki o długich ogonach i skrzydłach, wielkością dorównującym krukom, było ich z cztery. Oboje się wzdrygnęliśmy, domyślając się, co nas czeka.
- Masz jakieś ustrojstwo na nie? - mocniej zacisnąłem dłoń na lejcach konia, aby mi nie uciekł. Gdy chłopak pokręcił głową, niebieskie ptaki przypuściły atak. Z ich piór wylatywał magiczny pył, który zamieniał się w ostre, lodowe szpikulce. Bez zastanowienia odwróciliśmy się i zaczęliśmy uciekać. W biegu wskoczyłem na konia, po czym złapałem nieznajomego za rękę i pociągnąłem go do siebie.
- Wskakuj – odpychając się nogami od ziemi, udało mu się wylądować na zadzie konia. Trzymałem go mocno, aby nie spadł i kiedy już poprawił się na siodle na tyle, aby nie spaść ze zwierzęcia, wyskoczyliśmy z kręgu drzew, przez niewielką dziurę między nimi. W tym samym czasie pociski nie ustawały, a jeden z nich drasnął mnie w ramię.

<Matriasen? Akcja!>

Od Matriasena do Zachariasa

Co? - Do Matriasena, jakby z opóźnieniem doszły ostatnie słowa rozmówcy. Spojrzał na szlachetne zwierzę i mało brakowało, a ponownie spadłby z drzewa. Błyskawicznie wycelował protezę w ptaka, przytrzymując drugą ręką, a zębami z całej siły wyrywając zawleczkę. Huknęło i ptak rozleciał się w błękitny puch. Chłopak odetchnął i spojrzał na Zachariasa.
- To wiele wyjaśnia. - Zerwał jeszcze kilka próbek liści i schował w skrytce w protezie, po czym zeskoczył z drzewa. Pod konarem, na którym siedział ptak były jeszcze resztki stworzenia. 
- Tak? - Wojownik zeskoczył koło niego. Wyglądał na nieco oszołomionego wystrzałem, którego był świadkiem. A i tak trzymał się dobrze. W większości ludzi, którzy pierwszy raz słyszeli broń prochową, ten dźwięk budził panikę.
- Karnawałowy posłaniec. Używają ich w Khayr do obserwacji i przenoszenia magii. Z jakiegoś powodu ich pióra doskonale absorbują magię i machając, są w stanie strzepywać ją w docelowym punkcie. - Wynalazca bardzo ostrożnie pobrał próbkę piór, po czym z poważną miną odwrócił się do rozmówcy. - Wojowniku, musimy wydostać się z tego lasu i jakoś to powstrzymać. - Zacisnął usta w cienką wargę. - Zwykła anomalia magiczna zwykle się wypala po jakimś czasie, jest do opanowania. Ale jeśli jest zasilana... ten las pochłonie miasto. Jego resztę właściwie. - Coś jakby go tknęło. Podszedł do drzewa i wbił się palcami w jego korę, zrywając najbardziej zewnętrzną warstwę. Między jego palcami, tylko czterema, co mógł zauważyć Zacharias, pociekła czerwona ciecz. - Jeśli mają tego więcej, mogą przemienić nas wszystkich w las. Komu wogle mogłaby przydać się tak wypaczona ziemia? Już same te pustkowia są bezwartościowe, a obarczone zmutowaną roślinnością będą jeszcze gorszym celem. Co właściwie chcą na tym zyskać? 
- Jesteś pewien, że to należy do Khayr? - zapytał wojownik, przyglądając się cieknącej z drzewa krwi. 
- To nie byłby pierwszy raz. - Matriasen spojrzał poważnie na tamtego. - Ty wojowniku walczysz mieczem, ale walcząc mieczem, przeżynasz się przez setki przeciwników, jednocześnie tracąc setki sojuszników. Pole bitwy sprowadza tylko śmierć obu stronom. Podstawą taktyki jest, że jeśli pokrzyżujesz plany wroga, nim ten zaatakuje - wygrasz. 
  Chłopak jeszcze przez chwilę patrzył na spływającą mu między palcami protezy krew. W końcu się od niej oderwał i uśmiechnął.
- Ale jest sposób, jest sposób, by temu wszystkiemu zaradzić. Popchnę technologię do przodu. Siła postępu jest nie do zatrzymania. Tylko rozumem, tylko intelektem wojna może zostać zakończona. Żadna magia, czy inne sztuczki nie pokonają ludzkiego rozumu. Żadna! I ja, sam tego dopilnuję. Choćbym miał sam siebie złożyć w ofierze na ołtarzu nauki, choćbym miał przewrócić pojęcie moralności i całe państwo obrócić do góry nogami! - Po swoich ostatnich słowach uderzył protezą w drzewo. Zatrzęsło się, a liście zachwiały. Teraz nawet gołym okiem dało się dostrzec, że cały czas emitują pył.
(Zacharias? Matriasen trochę się pobudził xd)

niedziela, 6 września 2020

Od Zachariasa do Matriasena

Przyglądałem się protezie z obojętną miną, chociaż w myślach podziwiałem jego robotę. Świr, ale jaki utalentowany, wcześniej słyszałem o technologii Sharru, ale nigdy nie widziałem jej na własne oczy, a jeśli już, były to proste kończyny czy pojedyncze dyski wsadzone w ludzkie ciało, aby jakoś podtrzymywały korpus, a to było zrobione bardzo dokładnie, z wieloma szczegółami. Krótko mówiąc: byłem pod wrażeniem.
Odsunąłem się kawałek do tyłu, zdejmując dłoń z miecza i uważnie przyglądając się jego poczynaniom. Z szerokim i dumnym uśmiechem na twarzy, mężczyzna zaczął się wspinać po drzewie z udziałem swojej liny. Kiedy już znalazł się na górze i mógł przyjrzeć się liściu, wyglądał na bardzo zaskoczonego, po chwili znowu się uśmiechnął zainteresowany.
- Możesz tutaj wejść? - zapytał. Na moment mnie zamurowało. Wałęsam się z nieznajomym po lesie, a teraz na jego prośbę mam wpiąć się po drzewie, aby obejrzeć liść. To brzmiało tak niedorzecznie. Pamiętaj, ten las to iluzja, może będzie ciekawie, wmawiałem sobie w myślach, po czym bez słowa przywiązałem konia do pierwszego, lepszego konaru i zaraz zacząłem wchodzić na drzewo. Zrobiłem to szybko i bez problemu, jak za młodych czasów, kiedy dla zabawy skakało się po drzewach i próbowano udawać małpę. - Spójrz – znowu się odezwał, kiedy zjawiłem się obok niego. Kucnąłem na gałęzi, trzymając się jedną ręką tej wyższej, aby nie stracić równowagi i nie wylądować na ziemi. Spojrzałem na trzymany przez niego listek, który zaczął pocierać kciukiem. Po chwili z małej, ciemnozielonej roślinki zaczął ulatywać jasnożółty pyłek, co ciekawsze, leciał on do góry. Nie ukryłem zdziwienia. - Te drzewa muszą być źródłem magii, która zmieniła tutejsze otoczenie – wywnioskował. W ciszy podniosłem głowę i zerwałem liść, który przypominał ten, trzymany przez obcego. Potarłem go palcami, zareagował to samo. Pyłek uniósł się do góry i przypadkiem wciągnąłem go do nosa. Kiedy kichnąłem, z mojego nosa wyleciał jasnozielony glut, który wylądował na niższej gałęzi. Skrzywiłem się, a zaraz zaskoczyłem, ponieważ po chwili z mojego smarka wyrosła gałązka pełna zielonych liści.
- To było obrzydliwe – stwierdziłem, podnosząc się i rozglądając po miejscu. Las jak las, zero jakichkolwiek śladów magii czy iluzji; przynajmniej dla mojego amatorskiego oka. Kiedy spojrzałem z powrotem na nieznajomego, zobaczyłem, że wychyla się w stronę świeżo wyrośniętej gałązki. Obserwowałem, jak próbuje do niej dosięgnąć i zastanawiałem się, czy gdyby to zostało w moim nosie, czy tam wyrosłoby drzewo. Przeszły mnie ciarki po plecach, a wtedy chłopak na tyle mocno wychylił się do boku, że zaczął spadać z gałęzi. Nogi mu się obróciły i w ostatniej chwili złapałem go za ubranie. Pociągnąłem do siebie i kiedy byłem pewny, że stabilnie siedzi, puściłem go. - Co zamierzasz teraz zrobić? - przerwałem ciszę, znowu rozglądając się po miejscu. Z tej perspektywy widziałem więcej, niż z dołu. Zadarłem głowę do góry i na moment zmarszczyłem brwi. - Ten ptak od początku tu siedział? - wskazałem na jasnobieskie zwierzę, z długim ogonkiem, który rozmiarów dosięgał do kruka. Przyglądał nam się w ciszy.

<Matriasen?>

piątek, 4 września 2020

Od Matriasena do Zachariasa

Spójrz na to, o, o tam. Nie widzisz? - Matriasen aż zatarł ręce z podniecenia. 
- Może bym widział, jakbym wiedział co. - Wojownik wpatrywał się w gałęzie, jednak najwyraźniej znalezisko albinosa nie wydawało mu się tak oczywiste.
- Ten liść, jest nieco inaczej ukształtowany, niż reszta. - Wynalazca wodził palcem w powietrzu, jakby coś rysować. - Jest też ciemniejszy. - Przesunął się nieco, by spojrzeć na ten konkretny okaz pod innym kątem. - Wygląda na starszy.  - Zbliżył się do drzewa i oparł o jego pień, zadzierając głowę w górę. - Jak się dobrze przyjrzysz... O! Teraz! - Pstryknął palcami. - W ten sposób nie poruszają się liście. - Rozejrzał się gwałtownie, jakby czegoś szukając. Potem spojrzał na swoje ręce. - Mógłbyś podać mi pomocną dłoń? - spytał, a przygodny towarzysz wzruszył ramionami i podszedł bliżej. 
- Jak?
- Potrzymaj. - To mówiąc Matriasen wyciągnął do niego swoje prawe ramię. Tamten spojrzał na niego dziwnie. 
- Rękę?
  Wynalazca uśmiechnął się tajemniczo i powoli, niemal teatralnie zaczął unosić rękaw, ujawniając kolejne metalowe elementy ramienia. Dojechał tak aż do samego korpusu. Wojownik głośniej wypuścił powietrze. Zapewne słyszał wcześniej o wyczynach technologicznych Sharru, jednak prawdopodobnie nigdy wcześniej nie widział tak solidnej i skomplikowanej protezy. No, może jako wojownik natknął się na pozostałości tej technologii na jednym z pól bitew między Sharr a Khayr, jednak jedynym, na co mógł trafić były protezy wojenne czy części wspomaganych pancerzy. A ta proteza była unikalna. Zrobiona z najlepszych materiałów, doskonale obudowana, masywna, ale nie na tyle, by rzucać się w oczy pod szerokimi rękawami chłopskiego ubrania. 
  Matriasen sięgnął do ramienia i wykonał kilka machinacji przy nim, po czym rozległ się syk rozprężanego powietrza i proteza osunęła się prosto w ręce wojownika. Zadowolony wynalazca drugą, wciąż funkcjonalną, ręką sięgnął za pasek i wyciągnął kilka narzędzi.
- Przechyl nieco na prawo - rozkazał.
- To twoja robota? - wojownik przechylił rękę, a wynalazca z zapałem zaczął majstrować przy kończynie.
- Jedno z pierwszych dzieł - przyznał pogodnie Matriasen. - Proteza ręki. Ostateczne rozwiązanie problemu utraty kończyn. Czy to na wojnie, czy na roli, utrata kończyn zwykle oznacza wykluczenie z pracy, a w efekcie i śmierć. Dzięki protezom będę w stanie pomóc ludziom, którzy utracili części swojego ciała podczas ciężkiej pracy dla dobra Cesarstwa. Nowe ręce, nowe nogi. Pomyśl, czy to nie wspaniała wizja? Wyobraź sobie ojca rodziny, jej żywiciela. Któregoś dnia szopa się zawaliła i przygniotła mu nogę. Zmiażdżona. Nic nie można zrobić, trzeba amputować. Rodzina nie jest w stanie żywić ojca, ba, nie jest w stanie wyżywić się sama. I wtedy pojawia się proteza. Ojciec zyskuje nową nogę. Nawet lepszą, niż oryginalna. W ciągu kilku dni wraca do pracy. - Klik! Zgrzytnęło kilka zamków i kilka modułów poluzowało się widocznie. - A dodatkowo protezy mogą posiadać więcej funkcjonalności. Coś ci pokarzę.
  Matriasen przymocował ponownie kończynę do ramienia, wycelował ją w gałąź. Puf! Z protezy wydostał się obłok pary i wystrzelił hak na sznurze. Wojownik gwałtownie się odsunął, a jego dłoń powędrowała w stronę miecza.  Kotwiczka z cichym trzaskiem wbiła się w drzewo, a wynalazca z zadowoleniem wskazał na to towarzyszowi. 
- Moduł wspinaczkowy! Niezłe, nie? Miałem go wykorzystać, by dostać się z powrotem do domu, ale teraz okazja jest znacznie lepsza. Zobaczmy, co też z tymi listkami jest nie tak?
(Zacharias? Spoko, ja też nie mam jeszcze wyczucia^^)

czwartek, 3 września 2020

Od Zachariasa do Matriasena

Mężczyzna był wyjątkowo rozgadany. Przypominał małego chłopca o bardzo wybujałej wyobraźni, który jest żądny przygód i który, niczym skończony idiota, skoczy w ogień, jeśli za jego ścianą znajduje się coś ciekawego. Odmówiłbym, chciałem odmówić i pójść swoją drogą. Niestety nie znałem tych terenów, a jeśli przybysz twierdzi, że normalnie w tym miejscu powinny stać domki, a nie leśne formacje, musiałem mu w pewnym stopniu zaufać, bo inaczej nie wyszedłbym z tej iluzji. Do stracenia jedyne co miałem, to czas, a mój czas nie jest wyjątkowo cenny, przynajmniej tak sądziłem.
- Zgoda – odpowiedziałem spokojnie. - Pod warunkiem, że potem zaprowadzisz mnie prosto do miasta – zażądałem. Mężczyzna szybko się zgodził, nie stanowiło to dla niego większego problemu, więc bez dłuższego ociągania się, ruszyliśmy we wskazanym przez niego kierunku. Nieznajomy bez przeszkód dotrzymywał kroku mojemu koniowi, więc postanowiłem z niego nie schodzić. - Skąd wiesz, że w tamtym kierunku znajdziesz źródło anomalii? - zapytałem, gdy zdałem sobie sprawę, że idziemy ku niewiadomej, tylko dlatego, że ktoś taki jak on, stwierdził sobie, że tamten kierunek jest najlepszy.
- Widzisz to? - wyciągnął przed siebie jakieś metalowe pudełeczko. Jedynie pokiwałem głową, czego z resztą nie zobaczył, ponieważ był wpatrzony w swój przedmiot. - Wskazuje on unipolacje magiczno-geostatyczne – zaczął tłumaczyć, jak działa ów przedmiot. Mówił bardzo szczegółowo, używając naukowego słownictwa, a ja, jako zwykły wojownik i rzekomy następca tronu, kompletnie nie rozumiałem jego dokładnych tłumaczeń. Nie będąc jednak pierwszym lepszym chłopem, który nawet czytać nie potrafi, zrozumiałem, że to dziwne pudełeczko wyczuwało zmiany w terenie, wolałem to sobie przetłumaczyć, że odczuwało magię. To brzmiało najprościej. Koniec końców mężczyzna jeszcze raz włączył przedmiot, które wydało z siebie kilka zgrzytów, a następnie mała, cienka igiełka wskazała kierunek przed nami. Potem mężczyzna schował przedmiot pod ubranie i szeroko się uśmiechnął. - Wspaniały wynalazek – podsumował całość, a ja jedynie przytaknąłem cichym mruknięciem. W tej chwili mogłem zgadywać, że nie był świrem, a wynalazcą; z drugiej strony każdy, kto kombinuje z niemożliwymi rzeczami, szukając nieodkrytych sposobów, jest wariatem.

Las się ciągnął w nieskończoność i wszystkie rośliny wyglądały tak samo. Nic się nie zmieniało. Rozglądałem się po terenie w nadziei, że znajdę coś ciekawego, godnego uwagi, ale zamiast tego widziałem tylko korę, gałęzie i liście. Mężczyzna co jakiś czas podziwiał jakąś roślinę, zaczynając o niej opowiadać, na co ja tylko kiwałem głową. Chciałem tylko dojść do jakiejkolwiek wioski i zjeść porządny posiłek, a zamiast tego tułałem się po lesie z obcym człowiekiem. Kiedy moje oczy dostrzegły drzewo, które rosło w trzy strony, zatrzymałem konia. 
- Krążymy ciągle w kółko – zauważyłem. Tę cholerną roślinę widzę już czwarty raz. - Nieznajomy wyciągnął metalowe pudełeczko z ubrania i je włączył. Igiełka zaczęła krążyć wokół własnej osi. Albinos przypatrywał jej się z zaciekawieniem.
- Tutaj musi być źródło anomalii – stwierdził i zamknął przyrząd, znowu je chowając. Zaczął rozglądać się po okolicy.
- Czego konkretnie szukasz? - zapytałem, schodząc z konia. Trzymając lejce w dłoni, obserwowałem jego ruchy. Stukał w drzewa, pociągał za gałęzie, przesuwał kamyki. I niech mi tu ktoś powie, że nie mam do czynienia z wariatem, westchnąłem w myślach.
- Może jest tu ukryte przejście? Albo jakaś bariera, za którą iluzja zniknie? A może... - zaczął wymieniać. Podrapałem się po głowie, po czym nie mając nic lepszego do roboty, zacząłem chodzić po tym miejscu w kółko i szukać czegoś, co może okazać się kluczowe w tej sprawie. Przyglądając się drzewom, zauważyłem jedną, dziwną rzecz.
- Liście się poruszają, ale wiatru nie ma – zmarszczyłem brwi. Po tych słowach nieznajomy także spojrzał na drzewa i nagle wskazał na coś ręką. 

<Matriasen?>

piątek, 21 sierpnia 2020

Od Matriasena do Zachariasa

To zależy. - Matriasen rozejrzał się po nietypowej i raczej niespotykanej w tych stronach formacji leśnej. - A pytanie jest na tyle ciekawe, że tego miejsca nie było tu jeszcze dwa dni temu. Miasto owszem, znajdowało się na końcu tego traktu, ale w nijaki sposób traktu nie okalały drzewa. - Białowłosy podszedł do najbliższej rośliny i popukał w nią. Dźwięk był stłumiony i naukowiec powiedziałby, że raczej naturalny dla drzewa. Choć nie mógł mieć pewności. Nie widział drzewa od... nie pamiętał, kiedy ostatnio widział drzewo. 
- Na końcu tego traktu? Tyle chciałem wiedzieć - odparł jeździec i ruszył powolnym stępem dalej trasą, którą szedł do tej pory.
  Matriasen ruszył za nim, z łatwością doganiając konia. 
- Wróciłbym do sformułowania "Miasto znajdowało się na końcu tego traktu.". Otóż tak, to niezaprzeczalna prawda, jak również to, że odkąd jestem w lesie nie natrafiłem na jego koniec, nie zależnie którym traktem się udawałem. - Jeździec gwałtownie się zatrzymał i spojrzał na chłopaka z góry. - Z moich obserwacji wynika, że mamy do czynienia z rzadką anomalią magiczną, zapewne mającą swoje źródło w Temeni, która powoduje zakrzywienie czasoprzestrzeni i traingulację nieliniową oktagonalnego wymiaru, przez co fraktale kwantowe przenikają się z matrycą biegu wydarzeń i... o, a to ciekawe. - Zamilkł, gdy podróżnicy stanęli na rozwidleniu traktów. - W tym mniej więcej miejscu powinniśmy już dochodzić do pierwszych zamieszkałych domów. I z tego co pamiętam nie było tu żadnych rozwidleń. 
- Takie rzeczy często się tutaj zdarzają? - spytał wędrowiec, patrząc na rozchodzące się drogi.
- Nie - zaprzeczył z uśmiechem Matriasen, wyjmując z szat niewielkie metalowe pudełko. - Czyż to nie jest ekscytujące? Magia nie powinna wogle być w stanie zamanifestować się na tych wyjałowionych ziemiach. To, że jakimś sposobem jej się udało zapewne oznacza jedną z kilku możliwości. Albo wypalone żyły magiczne powoli się regenerują, albo potężny mag natrafił na jakieś pozostałości Świątyń Źródła, albo anomalia została stworzona gdzie indziej i przeniesiona tutaj, albo ktoś przyniósł potężny artefakt i przy jego użyciu pobudził żyzność gleby. Albo wydarzyło się coś pomiędzy lub zupełnie innego! - Urządzenie piknęło cicho. - O! W tę stronę. 
- W tę stronę co? - podróżnik wyglądał na nieco przytłoczonego ciągłą paplaniną wynalazcy. 
- W tę stronę znajduje się źródło - odparł pogodnie Matiasen. - Jesteś wojownikiem, prawda? Jeśli chcesz dostać się do miasta to twoje wojownikowanie może być potrzebne na miejscu. Zabierzesz się ze mną?

Mniej więcej w tym samym czasie, przed lasem.
[...]Vanton stał przed nienaturalną formacją roślinną, przyglądając się jej ponuro.
- Więc próby spalenia tego nie odniosło skutku? - spytał stojącego koło niego komisarza Inkwizycji, którego pancerz wspomagany tracił nieco powagi w złożeniu z kolorowym płaszczem, właściwym jego urzędowi. Ale tylko nieco. Ten pokręcił przecząco głową. 
- Ogień wogle nie chwyta drewna. To na pewno sprawka magii. - odparł kwaśno. - Moi ludzie są gotowi do wejścia. Czekamy tylko na rozkaz z pałacu.
  Doradca kiwnął głową. Posłaniec powinien przybyć lada chwila. Sam w końcu rozkazał go wysłać, co nie stanowiło większego problemu skoro cesarz pracował nad swoim kolejnym projektem w hangarze. Matriasen nie mógł się dowiedzieć o lesie. Za bardzo by go to zainteresowało. Sprawa musiała zostać załatwiona możliwie szybko i możliwie cicho. 
  Rozległ się tętent kopyt i odziana w ciemny strój postać pojawiła się w polu widzenia zgromadzonych. 
- Oto i twoje rozkazy - powiedział Vanton, uśmiechając się lekko. Komisarz spojrzał na niego bez słowa, po czym ruszył odebrać wiadomość. Chwilę później niewielki, ale doskonale wyposażony oddział Inkwizycyjny w zwartej formacji zanurzył się w las.
(Zacharias? Wybacz, że tyle to trwało, ale teraz wracam do życia i będę już odpisywać regularnie :3)