Postać powoli podniosła się z posłania i spojrzała na przybyszkę. Jej delikatny owal twarzy, okolony opadającymi w stronę dekoltu w włosami wyraźnie odcinał się na tle mroku, panującego w pomieszczeniu swoim delikatnym kolorem. Dziewczyna wstała powoli. Była kompletnie naga, a jej smukłe ciało miało idealne proporcje. Odchrząknęła niepewnie, próbując dobyć głosu, który w pierwszej chwili wydał się dość chrapliwy, jednak wkrótce zmienił swoją melodię na przyjemną dla ucha.
- Po prawdzie… wolałabym o tym nie mówić. – Na zewnątrz podłużny sierp księżyca wyłonił się zza chmury i do pomieszczenia wpadło delikatne, błękitne światło, w którego świetle wyraźniej zalśniły zielone, kocie oczy postaci. Ariadna wypuściła głośniej powietrze. Patrzyła prosto w oczy… siebie samej. Sobowtór dziewczyny uśmiechał się przepraszająco, a palce jego dłoni nerwowo uderzały o siebie nawzajem.
- Jesteś… mną? – zmarszczyła brwi. – Nie, to nie możliwe. Moją… siostrą bliźniaczką?
Dziewczyna pokręciła głową. Jej zachowanie było spokojne, choć wyglądała na dość zakłopotaną.
- Wybacz mi Ariadno, nie sądziłam, że wrócisz tak wcześnie. Ostatnimi czasy długo pozostawałaś na swoich koncertach. Cóż. Wychodzi na to, że wyszłam nieco z wprawy.
- Jeszcze raz pytam, kim jesteś? – Głos Ariadny pozostawał donośny i pewny, jednak zdaniem jej sobowtóra kompletnie nie pasował do jej nieco zagubionej postaci.
- To głupio zabrzmi, zważywszy na to, jak wyglądam, ale… Sobą – mówiąc to dziewczyna zrobiła gest, jakby łapała coś w powietrzu. Właścicielka mieszkania patrzyła na nią, nie do końca pewna, co powinna zrobić.
- Dobrze. Podaj mi jeden powód, dla którego nie miałabym oddać cię w ręce władz? – spytała z rezygnacją dotykając nosa swoją dłonią.
- Ponieważ mogą ci nie uwierzyć. – Dublerka uśmiechnęła się i zrobiła gest, jakby oddawała strzał z kuszy. Widać dobrze czuła się w swoim nagim ciele. – Jestem równie dobrą tobą, jak ty sama. Zaaresztowaliby nas obie. Tak działają: jeśli jest problem, który cię przerasta, wtrąć go do lochu!
- To może sama wyjdziesz? – w głosie dziewczyny słychać było napięcie. Dublerka uśmiechnęła się.
- Jeśli chcesz paradować nago po mieście, nie ma sprawy.
- Jednego nie rozumiem, czego właściwie ode mnie oczekujesz? – Ariadna założyła ręce na piersi, a jej klon zrobił poważną minę.
- Żebyś pozwoliła mi tu zostać… jeszcze trochę. Można powiedzieć, że jestem poszukiwana i zwykle muszę się ukrywać przez cały czas. Jednak nie mam już siły.
Muszę odpocząć. Poza tym, nie mogę przestać być tobą jeszcze przez najbliższy tydzień. Na twoim miejscu wolałabym mieć mnie na oku. – Dublerka wzruszyła lekko ramionami.
- Dam ci coś do ubrania i zaczekam na ciebie w kuchni – szlachcianka wyglądała na zrezygnowaną. – Tam skończymy tę rozmowę.
- Dziękuję. – Dublerka dygnęła lekko, a Ariadnie przeleciało przez myśl, że faktycznie ma łudząco podobną mimikę do jej samej.
- Jeszcze nie powiedziałam, że możesz zostać – zaznaczyła, wyjmując z szafy jedną ze swoich codziennych sukni oraz bieliznę i podając je nieznajomej. Po tym wyszła. Kilka minut później obie dziewczyny siedziały razem w kuchni przy płonącej jednostajnie świecy.
- Dalej mi nie odpowiedziałaś na moje pierwsze pytanie – zauważyła właścicielka mieszkania, a dublerka przytaknęła.
- Na swoją obronę mam tylko fakt, że i tak nic ci to nie powie – odparła. – Nie chcę cię okłamywać, więc załóżmy, że jestem ubogą dziewczyną, mieszkającą w biedniejszej części miasta i chciałam choć raz wyspać się w prawdziwym łóżku.
(Ariadno? Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci drobne złamanie zasad, którego się dopuściłam :P Postać, z którą piszesz zachowuje się podobnie do twojej postaci. [Wszelkie zachowania niewłaściwe Ariadnie są winą mojej nieznajomości jej, jednak mam nadzieję wkrótce się z nią oswoić] Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze pisało, mimo owej nietypowej formy^^ Jeśli będziesz miała jakieś uwagi – pisz w komentarzach. Postaram się do nich zastosować.)
poniedziałek, 31 grudnia 2018
Misja grupowa nr 1 - Sekretów małą garść
Nikt nie wie jak do tego doszło, ale stało się. Wylądowaliście całkiem sporym stadkiem przy jednym stole, wypiliście stanowczo za dużo, a do tego ktoś postanowił dorzucić Wam do napoju co nieco Eliksiru Prawdy. Czyli... mówicie dużo, mówicie otwarcie i mówicie o wiele więcej niż mówić powinniście.Wymaga liczba słów: 800 słów (na dwie osoby) + 400 słów od każdej osoby co dołączy.Nagroda: 3 Kamyki + losowy składnik.
♣ Lexie
♣ Vincent
♣ Maddie
♣ Misericordia
♣ Nyati
♣ Te'Yanna
♣ Lotte
Karczma powoli się wyludniała, jej właściciel czyścił kufle. Już tylko nieliczni goście pozostawali rozrzuceni po całej sali. Kelnerki sprzątały stoły. Gwardzistka wzięła jeszcze jeden, niewielki łyk piwa. Jej kufel był prawie pełny. Nigdy nie piła zbyt wiele. Nagle rozległ się grzmot i krople deszczu zadudniły o dach zajazdu. Nie było mowy, by w taką pogodę wyruszać gdzieś dalej. Karczmarz za kontuarem westchnął i odłożył swoje naczynia. Wyszedł zza lady i odchrząknął.
- Szanowni państwo, jako że przez tą cholerną ulewę zapewne nigdzie nie pojedziecie prosiłbym, byście przeszli do sąsiedniej sali. Wszystkie pokoje już są oblegane i to będzie jedyne miejsce, w którym mogę was trzymać. - skrzywił się. - Także ruchy, albo osobiście wywalę was z gospody, niezależnie od pogody.
Od Aurory do Vincenta
Uniosłam wzrok na ciemny dach utworzony z koron wysokich drzew. Złote promienie słońca przechodziły przez niewielkie, ale liczne szczeliny i oświetlały w większej części leśny szlak, udeptany przez zwierzęta. Z uśmiechem wsłuchiwałam się w ptasi śpiew. Draco natomiast wesoło dreptał za mną, skacząc po liściach, leżących na ziemi.
Wróciłam spojrzeniem na runo leśne w poszukiwaniu ziół niezbędnych do wykonania lekarstw. Koszyk wykonany z witek wierzbowych co prawda był już prawie pełny, ale wciąż brakowało mi kilku roślin. Niestety nie mogłam znaleźć ich w żywozielonej gęstwinie. Spojrzałam na ciąg dalszy drogi, który tonął w mroku. Bałam się iść dalej. I to bardzo. Ale musiałam znaleźć te zioła. Dla dobra osób, które czekały na te lekarstwa. Podniosłam się więc z klęczek i zacisnęłam dłoń na rączce koszyka. Smok wzbił się w powietrze, a następnie przysiadł na moim ramieniu, dodając mi otuchy.
Mając przy sobie przyjaciela, ruszyłam wolno naprzód. Złocisty blask stopniowo ciemniał, aż w końcu zniknął całkowicie. Mimo tego, wciąż dało się dostrzec większą część tego, co nas otaczało. Oczywiście o ile to coś było maksymalnie w odległości metra od twarzy.
Wiedziałam, że muszę się pospieszyć, jeśli nie chcę, żeby zastała mnie jeszcze ciemniejsza od dnia noc. Wtedy prawdopodobnie bym się zgubiła. Spanikowałabym tak bardzo, że nawet gdybym znała drogę, nie potrafiłabym jej sobie przypomnieć.
Ostrożnie stawiałam małe kroki, podpierając się przy tym o drzewa, by nie stracić równowagi, potykając się o wystające korzenie lub liczne kamienie. Co do szukania roślin, to nawet się nie rozglądałam. W tej części lasu bowiem było tak ciemno, że nic poza gęsto rosnącymi drzewami w niej nie występowało. Musiałam przejść tym leśnym korytarzem do innej oświetlonej części i tam poszukać celu swojej wyprawy.
Jakiś czas szłam przed siebie, mając nadzieję, że ten przerażający tunel z drzew się kiedyś skończy, lecz słysząc cudze kroki, przystanęłam gwałtownie. Dochodziły z drugiego końca. Ktoś zmierzał w moją stronę i był coraz bliżej.
Przez moją głowę przeleciały masy czarnych myśli. W końcu nie raz się słyszało, że ktoś zaginął w lesie w tajemniczych okolicznościach. Serce od razu zabiło mi szybciej, zupełnie jakby chciało wziąć nogi za pas, porzucając i misję, i zioła w koszyku, i swoją właścicielkę. Nie mogłam jednak od tak uciec. Ten ktoś na pewno by mnie dogonił. W końcu ciężko się biegnie na oślep po nierównym terenie.
Czym prędzej schowałam się za jednym z drzew i wstrzymałam oddech. Światło ognia bijące od pochodni trzymanej przez tą osobę było coraz bliżej. Automatycznie wbiłam paznokcie w materiał mojej peleryny, modląc się w myślach, by ten ktoś mnie nie zauważył lub przynajmniej nie był postacią z opowieści mieszkających w tych lasach ludzi.
< Vincent? >
Wróciłam spojrzeniem na runo leśne w poszukiwaniu ziół niezbędnych do wykonania lekarstw. Koszyk wykonany z witek wierzbowych co prawda był już prawie pełny, ale wciąż brakowało mi kilku roślin. Niestety nie mogłam znaleźć ich w żywozielonej gęstwinie. Spojrzałam na ciąg dalszy drogi, który tonął w mroku. Bałam się iść dalej. I to bardzo. Ale musiałam znaleźć te zioła. Dla dobra osób, które czekały na te lekarstwa. Podniosłam się więc z klęczek i zacisnęłam dłoń na rączce koszyka. Smok wzbił się w powietrze, a następnie przysiadł na moim ramieniu, dodając mi otuchy.
Mając przy sobie przyjaciela, ruszyłam wolno naprzód. Złocisty blask stopniowo ciemniał, aż w końcu zniknął całkowicie. Mimo tego, wciąż dało się dostrzec większą część tego, co nas otaczało. Oczywiście o ile to coś było maksymalnie w odległości metra od twarzy.
Wiedziałam, że muszę się pospieszyć, jeśli nie chcę, żeby zastała mnie jeszcze ciemniejsza od dnia noc. Wtedy prawdopodobnie bym się zgubiła. Spanikowałabym tak bardzo, że nawet gdybym znała drogę, nie potrafiłabym jej sobie przypomnieć.
Ostrożnie stawiałam małe kroki, podpierając się przy tym o drzewa, by nie stracić równowagi, potykając się o wystające korzenie lub liczne kamienie. Co do szukania roślin, to nawet się nie rozglądałam. W tej części lasu bowiem było tak ciemno, że nic poza gęsto rosnącymi drzewami w niej nie występowało. Musiałam przejść tym leśnym korytarzem do innej oświetlonej części i tam poszukać celu swojej wyprawy.
Jakiś czas szłam przed siebie, mając nadzieję, że ten przerażający tunel z drzew się kiedyś skończy, lecz słysząc cudze kroki, przystanęłam gwałtownie. Dochodziły z drugiego końca. Ktoś zmierzał w moją stronę i był coraz bliżej.
Przez moją głowę przeleciały masy czarnych myśli. W końcu nie raz się słyszało, że ktoś zaginął w lesie w tajemniczych okolicznościach. Serce od razu zabiło mi szybciej, zupełnie jakby chciało wziąć nogi za pas, porzucając i misję, i zioła w koszyku, i swoją właścicielkę. Nie mogłam jednak od tak uciec. Ten ktoś na pewno by mnie dogonił. W końcu ciężko się biegnie na oślep po nierównym terenie.
Czym prędzej schowałam się za jednym z drzew i wstrzymałam oddech. Światło ognia bijące od pochodni trzymanej przez tą osobę było coraz bliżej. Automatycznie wbiłam paznokcie w materiał mojej peleryny, modląc się w myślach, by ten ktoś mnie nie zauważył lub przynajmniej nie był postacią z opowieści mieszkających w tych lasach ludzi.
< Vincent? >
niedziela, 30 grudnia 2018
Podsumowanie 52-53
Hej, hej, hej!
Przybywam z podsumowaniem, które, o dziwo, jest o czasie! Jak raz udało mi się czegoś nie zapomnieć, oklaski proszę! W każdym razie, w gwoli przypomnienia, dzisiaj właśnie liczę ile słów napisaliście w ciągu ostatnich dwóch tygodni, przyznaję rangi i dodaję Kamyczki. Miłej lektury życzę!
Z ogłoszeń parafialnych to mogę już oficjalnie powiedzieć, że do szablonu został wybrany nagłówek i będzie on tworzony w najbliższym czasie. Stąd też Sayari wkrótce nabawi się po raz pierwszy od swojego żywota jakiegoś normalnego szablonu!
Za wykonanie misji "Sekretów małą garść" następujące osoby dostają po 3 Kamyki: Lexie, Vincent, Maddie, Misericordia, Nyati, Te'Yanna, Lotte.
Dostęp do sklepu uzyskali: Lotte, Parys (jaki mail?), Richard, Takako. Sprawdźcie maile!
No i kto ile pisał!
(1/3) Ariadna: 460 słów | Zwyczajny plebs.
Helena: 530 słów | -
Keya: 700 słów | Zwyczajny plebs: +1 Kamyk.
Lotte: 880 słów | Zwyczajny plebs: +1 Kamyk.
Nyati: 670 słów | Zwyczajny plebs: +1 Kamyk.
Parys: 2310 słów | Rycerz na białym koniu: +2 Kamyki.
(1/3) Regulus: 580 słów | Zwyczajny plebs.
Richard: 1580 słów | Rycerz na białym koniu: +2 Kamyki.
Takako: 1730 słów | Rycerz na białym koniu: +2 Kamyki.
Akroteastor & Cythian'dial & Lexie: 5020 słów | Szlachta nie pracuje: +6 Kamyków
Kirrian & Vincent: 1720 słów | Rycerz na białym koniu: +3 Kamyki.
Przybywam z podsumowaniem, które, o dziwo, jest o czasie! Jak raz udało mi się czegoś nie zapomnieć, oklaski proszę! W każdym razie, w gwoli przypomnienia, dzisiaj właśnie liczę ile słów napisaliście w ciągu ostatnich dwóch tygodni, przyznaję rangi i dodaję Kamyczki. Miłej lektury życzę!
~~~~~~
Z ogłoszeń parafialnych to mogę już oficjalnie powiedzieć, że do szablonu został wybrany nagłówek i będzie on tworzony w najbliższym czasie. Stąd też Sayari wkrótce nabawi się po raz pierwszy od swojego żywota jakiegoś normalnego szablonu!
Za wykonanie misji "Sekretów małą garść" następujące osoby dostają po 3 Kamyki: Lexie, Vincent, Maddie, Misericordia, Nyati, Te'Yanna, Lotte.
Dostęp do sklepu uzyskali: Lotte, Parys (jaki mail?), Richard, Takako. Sprawdźcie maile!
No i kto ile pisał!
(1/3) Ariadna: 460 słów | Zwyczajny plebs.
Helena: 530 słów | -
Keya: 700 słów | Zwyczajny plebs: +1 Kamyk.
Lotte: 880 słów | Zwyczajny plebs: +1 Kamyk.
Nyati: 670 słów | Zwyczajny plebs: +1 Kamyk.
Parys: 2310 słów | Rycerz na białym koniu: +2 Kamyki.
(1/3) Regulus: 580 słów | Zwyczajny plebs.
Richard: 1580 słów | Rycerz na białym koniu: +2 Kamyki.
Takako: 1730 słów | Rycerz na białym koniu: +2 Kamyki.
Akroteastor & Cythian'dial & Lexie: 5020 słów | Szlachta nie pracuje: +6 Kamyków
Kirrian & Vincent: 1720 słów | Rycerz na białym koniu: +3 Kamyki.
Pozdrawiam,
Safcia
Od Lexie & Mer do Takako
Lexie pierwsza poderwała się ze swojego posłania. Mimi polecenia zielarki nie mogła nawet przez chwilę odpocząć. Cały czas myślała o tej chorobie, nie mogąc oderwać się od wizji Mirajane, zamieniającej się w taką samą bestię, jaką Mer wyniósł z izby chorych. Teraz byłą zmęczona, jednak zwarta i gotowa do podróży. Drugi gwardzista pojawił się w drzwiach do pomieszczenia. Lexie zmarszczyła brwi. Nie widziała nawet kiedy wyszedł, a przecież skradanie się nie było mocną stroną jego osoby.
Obaj strażnicy podeszli do dziewczyny.
- Więc dokąd, pani? - Spytała Lexie.
- Do Temeni. - Słowa dziewczyny były niczym grom z jasnego nieba. Lexie spojrzała na Mer, jednak ten nie odwzajemnił gestu, jak to miał w zwyczaju. - To bardzo daleko.
- To prawda. I będziemy musieli się pośpieszyć, gdyż bez moich naparów długo nie wytrzymają - przyznała dziewczyna. - Nie wiem, czy dacie radę podróżować tak szybko, jak my. Wolałabym, byście zostali w zamku i zajęli się chorymi.
- Przykro mi, pani, muszę odmówić - oznajmiła stanowczo Lexie. - Jeśli masz rację, a wszystko na to wskazuje, nie możemy ryzykować niepowodzenia tej misji.
- Przygotujcie więc sobie najszybsze konie - zasugerowała Lazy.
[...] Pół godziny później cała piątka był gotowa do drogi. Przez chwilę Lexie rozważała zostawienie Mer w zamku, jednak ostatecznie uznała, że jego obecność może okazać się niezbędna, jeśli natkną się po drodze na bandytów. Lub gdy będzie trzeba rozprawić się z Szamanem.
Dziewczyna nie wiedziała za wiele o Temeni, choć ta nazwa obiła jej się o uszy. W legendach jej ludu była przekazywana z pokolenia na pokolenie, jako miejsce, w którym pradawna magia została zniszczona. Lexie poczuła zimne ciarki na plecach.
- Skoro jesteście gotowi to ruszamy - zarządziła zielarka, wsiadając na czarną panterę. Jej drugi towarzysz przybrał formę białego lisa, co, ku zdziwieniu Lexie, zwróciło uwagę Mer. Ruszyli powoli, jednak zaraz za miastem przyśpieszyli tępa i konie ledwo nadążały za drapieżnym kotem.
(Takako? Prowadź nas xd)
Od Takako do Mer & Lexie
Zamykające się drzwi wydały skrzypiący odznak, a domykając je dobrze, ogromny huk. Ryuu pomógł mi dojść do ciała.
- Czy mógłbyś użyczyć mi swoich oczu? - zapytałam cicho. Nie lubiłam prosić o to jego, ale obecna chwila tego wymagała.
- Tak - odpowiedział krótko. Moje oczy zostały przysłonięte jego ciepłą dłonią. Po chwili uzyskałam wzrok. Przepadałam całe ciało z dokładnością. Niby nic nie było, jednak znak motyla w tęczówce oka dała mi bardzo dobrą wskazówkę. Ten sam znak również był na sercu zmarłego człowieka. Chcąc już kończyć swoje badania, trup nagle ożył. Poruszał się swoim martwym ciałem, które było już zesztywniałe. Trup rzucił się na mnie, zadrapując mnie w rękę. Na szczęście Ryuu nie zauważył tego i od razu zabił go. Pobrudziłam się co prawda krwią, ale nie było tak źle. Przynajmniej krew zasłoniła moją ranę. Gdy wyszliśmy, Yuzu się zlękną. Wyszłam i skierowałam się do miejsca gdzie mogłam się umyć oraz przy okazji przebrać. Będąc już przebrana, opatrzyłam swoją ranę i schowałam ją pod rękawem. Mer przyszedł po mnie, aby mnie zaprowadzić do reszty.
- Wybrudziłeś się krwią co nie? - wzięłam mokrą szmatkę i wręczyłam rycerzowi w zbroi. - Gdy wytrzesz się dokładnie, wrócimy do reszty - uśmiechnęłam się w jego stronę, a przynajmniej miałam taką nadzieję. - Przepraszam, że przeze mnie pobrudziła się twoja zbroja... Poczekam na zewnątrz do czasu, aż skończysz - wyszła zza drzwi. Nie musiałam długo czekać na Mer, gdy doszedł do mnie, ruszyliśmy w ciszy do reszty.
- Musimy go znaleźć! - usłyszałam zdenerwowany głos Ryuu.
- Co masz na myśli? - zapytała się Lexie.
- Ma na myśli szamana, który rzucił klątwę na to królestwo. Ludzie którzy mają już dość swojego życia przegrywają przez co on może przejąć nad nimi kontrolę - wtrąciłam się w słowo. Nie pozostało mi dużo czasu, więc musiałam się streszczać. W dodatku czułam jak moja rana się tylko zagłębia, a moje moce leczenia nic nie dawały. - Ryuu czy mógłbyś sprawdzić wszystkie osoby, które tutaj leżą wraz z Yuzu. Trzeba wszystkich oddzielić. Osoby mające znak motyla na tęczówkach niech będą po lewej stronie natomiast osoby bez znaku jednak z objawami po prawej stronie. Księżniczkę natomiast dajcie tutaj - wszyscy zabrali się do pracy, a ja usiadłam na podłodze. Wyjęłam ze swoje torby zioła z których miałam zamiar przygotować lek powstrzymujący klątwę. Zmieszałam wszystko razem po czym przesypałam do mniejszych miseczek metalowych i podpaliłam. Miły zapach rozpowszechnił się po całym pomieszczeniu.
- Dobrze się spisaliście, odpocznijcie w pomieszczeniu obok - wszyscy wykonali bardzo dobrą robotę. Musieli odpocząć, gdyż zmęczeni nie będą mi za bardzo przydatni. - Yuzu ty również dołącz do nich, nie chcę słyszeć żadnych ale - usiadłam pod ścianą tuż obok księżniczki. Wyjęłam swój flet i zaczęłam na nim grać delikatną melodię. Grając tak na flecie aury ludzie zmieniły swój kolor, przy okazji przypomniała mi się pewna osoba ze znakiem motyla. Grając na flecie przez dobre trzy godziny przestałam grać i zaczęłam ponownie przygotowywać miksturę, którą podpaliłam. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale dźwięki dzwonów pobliskiego kościoła oznajmiły poranek.
- Wiem już gdzie znajdziemy tego szamana - weszłam do pomieszczenia obok gdzie wszyscy odpoczywali.
<Mer? Lexie?> c:
- Czy mógłbyś użyczyć mi swoich oczu? - zapytałam cicho. Nie lubiłam prosić o to jego, ale obecna chwila tego wymagała.
- Tak - odpowiedział krótko. Moje oczy zostały przysłonięte jego ciepłą dłonią. Po chwili uzyskałam wzrok. Przepadałam całe ciało z dokładnością. Niby nic nie było, jednak znak motyla w tęczówce oka dała mi bardzo dobrą wskazówkę. Ten sam znak również był na sercu zmarłego człowieka. Chcąc już kończyć swoje badania, trup nagle ożył. Poruszał się swoim martwym ciałem, które było już zesztywniałe. Trup rzucił się na mnie, zadrapując mnie w rękę. Na szczęście Ryuu nie zauważył tego i od razu zabił go. Pobrudziłam się co prawda krwią, ale nie było tak źle. Przynajmniej krew zasłoniła moją ranę. Gdy wyszliśmy, Yuzu się zlękną. Wyszłam i skierowałam się do miejsca gdzie mogłam się umyć oraz przy okazji przebrać. Będąc już przebrana, opatrzyłam swoją ranę i schowałam ją pod rękawem. Mer przyszedł po mnie, aby mnie zaprowadzić do reszty.
- Wybrudziłeś się krwią co nie? - wzięłam mokrą szmatkę i wręczyłam rycerzowi w zbroi. - Gdy wytrzesz się dokładnie, wrócimy do reszty - uśmiechnęłam się w jego stronę, a przynajmniej miałam taką nadzieję. - Przepraszam, że przeze mnie pobrudziła się twoja zbroja... Poczekam na zewnątrz do czasu, aż skończysz - wyszła zza drzwi. Nie musiałam długo czekać na Mer, gdy doszedł do mnie, ruszyliśmy w ciszy do reszty.
- Musimy go znaleźć! - usłyszałam zdenerwowany głos Ryuu.
- Co masz na myśli? - zapytała się Lexie.
- Ma na myśli szamana, który rzucił klątwę na to królestwo. Ludzie którzy mają już dość swojego życia przegrywają przez co on może przejąć nad nimi kontrolę - wtrąciłam się w słowo. Nie pozostało mi dużo czasu, więc musiałam się streszczać. W dodatku czułam jak moja rana się tylko zagłębia, a moje moce leczenia nic nie dawały. - Ryuu czy mógłbyś sprawdzić wszystkie osoby, które tutaj leżą wraz z Yuzu. Trzeba wszystkich oddzielić. Osoby mające znak motyla na tęczówkach niech będą po lewej stronie natomiast osoby bez znaku jednak z objawami po prawej stronie. Księżniczkę natomiast dajcie tutaj - wszyscy zabrali się do pracy, a ja usiadłam na podłodze. Wyjęłam ze swoje torby zioła z których miałam zamiar przygotować lek powstrzymujący klątwę. Zmieszałam wszystko razem po czym przesypałam do mniejszych miseczek metalowych i podpaliłam. Miły zapach rozpowszechnił się po całym pomieszczeniu.
- Dobrze się spisaliście, odpocznijcie w pomieszczeniu obok - wszyscy wykonali bardzo dobrą robotę. Musieli odpocząć, gdyż zmęczeni nie będą mi za bardzo przydatni. - Yuzu ty również dołącz do nich, nie chcę słyszeć żadnych ale - usiadłam pod ścianą tuż obok księżniczki. Wyjęłam swój flet i zaczęłam na nim grać delikatną melodię. Grając tak na flecie aury ludzie zmieniły swój kolor, przy okazji przypomniała mi się pewna osoba ze znakiem motyla. Grając na flecie przez dobre trzy godziny przestałam grać i zaczęłam ponownie przygotowywać miksturę, którą podpaliłam. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale dźwięki dzwonów pobliskiego kościoła oznajmiły poranek.
- Wiem już gdzie znajdziemy tego szamana - weszłam do pomieszczenia obok gdzie wszyscy odpoczywali.
<Mer? Lexie?> c:
Od Mer & Lexie do Takako
- Lexie nie potrzebuję ciebie teraz więc idź do swojej pani - powiedziała Lazy, spinając swoje włosy w kucyk. Gwardzistka bez słowa ukłoniła się i podeszła do łoża Mirajane. Jej zwykle piękne oblicze krzywiło się w grymasach cierpienia. Dziewczyna uklękła i chwyciła ją za rękę. Jej skórę natychmiast przyprószył szary pył neutralizowanej magii. Zamknęła oczy czując nieprzyjemne mrowienie na pograniczu skóry i narośli.
Tymczasem zielarka wzięła się ostro do roboty, rozstawiając wszystkich po kątach. Mer został postawiony przed drzwiami, specjalnie przygotowanej dla lekarki sali, w której miała przebadać ciało. Obok niego stanęła czarna pantera, która gwałtownie przemieniła się w wysokiego, czarnowłosego mężczyznę. To był pierwszy raz, gdy postawny strażnik zwrócił na coś uwagę bez opóźnienia, trwającego dobrych kilka minut. Jego hełm obrócił się powoli i poruszył, jakby dokładnie przyglądał się zmiennokształtnemu. Nie uszło to oczywiście uwadze Ryu. Czarnowłosy również omiótł zbroję wzrokiem od góry do dołu, potem spojrzał w mrok, panujący za przyłbicą.
- Coś nie tak? - spytał. Mer przez chwilę nie odpowiadał, po czym z głębi jego zbroi rozległ się głęboki, dudniący głos.
- Jesteś zmiennokształtnym - powiedział i zamilkł. Czarnowłosy uniósł pytająco brew, jednak tak drobne sugestie nigdy nie docierały do zapuszkowanego gwardzisty. Westchnął i przewrócił oczyma.
- To coś złego? - dopytywał.
- Nie. - Mer obrócił głowę i zastygł w sztywnej pozie zbroi, powieszonej na stojaku w zamkowym hallu.
Ryu jeszcze przez chwilę patrzył na milkliwego strażnika, gdy nagle otworzyły się drzwi, przy których stali i ze środka wyłoniła się białowłosa dziewczyna oraz towarzyszący jej chłopak. Na jej poważnej twarzy nie było widać śladów łez, jednak jej oczy były wilgotne. Na jej ubraniu widać było również krew. Czarnowłosy strażnik rzucił pytające spojrzenie Yuzu, a ten dał mu znak, by wszedł i sam się przekonał. Ryu ruszył z miejsca, a za nim pomaszerował Mer. Obaj znaleźli się w pomieszczeniu w tym samym momencie i w tym samym momencie ujrzeli... to. Zwłoki, leżące na podłodze nie wyglądały na człowieka, którym były jeszcze przed chwilą. Całe ciało wyglądało na zniekształcone, jakby w połowie przemiany w coś innego. Wszędzie była krew. Najwyraźniej zielarka i jej sługa wdali się w pojedynek ze stworzeniem. Przez ciężkie kamienne ściany nie dobył się żaden dźwięk.
- Niedobrze - mruknął do siebie Ryu.
Mer podszedł do zwłok i uniósł je w górę sprawiając, że krew polała się po jego nienagannie wypolerowanej zbroi. Zarzucił je sobie na ramię i wyszedł, kierując swoje kroki do przystosowanego pomieszczenia na spalarnię zwłok tuż obok sali szpitalnej.
(Takako?)
piątek, 28 grudnia 2018
Od Ariadny
Palce
szarpnęły struny, a wydobywająca się pod ich naciskiem muzyka sprawiła,
że Ariadna mimowolnie uniosła głowę ku górze, pozwalając, by
rozbrzmiewające coraz głośniej szlochy i ciche westchnienia pokierowały
jej ciałem, wskazały sercu, które z nut powinna odczytać. Nie grała od
tak dawna, a przecież tak wiele się wydarzyło. Historia kołem się toczy,
nie powinna jej zatrzymywać.
Gdy
ostatni z dźwięków odbił się echem, oficjalnie informując o końcu
koncertu, jej sylwetką wstrząsnęły spazmy rozpaczy, a łzy pociekły
wzdłuż rozgrzanych policzków. Nie była w stanie stwierdzić, czy
ktokolwiek dojrzał w nich przytłaczający ciężar, kryjący się za
wywołanym przez stojące owacje szczęściem. Nie przykładała jednak
większej wagi do tak przyziemnej sprawy, przenosząc zainteresowanie na
rozentuzjazmowany tłum, oczekujący powtórzenia ostatniej z pieśni.
Uśmiechnęła się więc licho i pośpieszana przez właścicieli lokalu raz
jeszcze obdarzyła wszystkich fragmentem Nocnego dziecka.
Lokal
opuściła późnym wieczorem, gdy słońce ostatkami sił spoglądało na
miejskie zabudowy, zwiastując nadejście zmierzchu i żery wszelkiej maści
złodziejaszków. Sama myśl o ewentualnej napaści wprawiła ją w
zakłopotanie, zmusiła do nerwowego rozejrzenia się na boki w
poszukiwaniu potencjalnych oprawców. Przycisnęła lirę do piersi, niby
tarczę, mającą chronić jej duszę przed złem tego świata. Oczami
wyobraźni przywołała twarze wszelkich obecnych w karczmie pijaczyn i
istot, którym mogłaby przypiąć łatkę potencjalnych oprawców.
Parszywe
domysły i wysnuwane teorie przerwał jednak widoczny na horyzoncie zarys
alchemicznego ambulatorium, pełniącego również funkcję tymczasowego
mieszkania. Perspektywa spędzenia nocy z dala od wścibskiej pokojówki i
jeszcze gorszych członków rodziny przywołała na twarz radosny uśmiech, a
oczy błysnęły tysiącem iskier. Wymruczała więc wiążące słowa, pod
których wpływem zamek ustąpił, a drzwi stanęły otworem. Z rozkoszą
wstąpiła w ciepłe cztery ściany, natychmiastowo kierując się do
prowizorycznej kuchni, złożonej z kilku palników i magicznie chłodzonej
skrzyni na produkty spożywcze. Przemierzała przyciemnione korytarze, gdy
do jej uszu dotarły dźwięki nieznanego pochodzenia, dobiegające z
drugiej izby. Poczuła ciarki na plecach, a ciałem wstrząsnął zimny
dreszcz. A więc paranoi stało się zadość. Pstryknęła palcami, próbując
magicznie zidentyfikować coś, a może kogoś, kto zakłócał jej
domowe zacisze. Wiązka zniknęła w ciemności, a Ariadna, upewniając się,
że wyciszyła odgłos stawianych przez nią kroków, podążyła wprost w
paszczę lwa. Niemal krzyknęła, gdy na swym materacu ujrzała obcą
sylwetkę, pogrążoną we śnie, bądź z powodzeniem udającą letarg. Przy tej
widoczności nie sposób było stwierdzić, która z opcji wydawała się
sensowniejsza. Owinęła więc palce wokół stojącego nieopodal, mosiężnego
świecznika, rozważając wszelkie za i przeciw ataku na nieznajomą istotę.
Przemyślenia nie dostały jednak szansy, by przełożyć je na
rzeczywistość, gdyż wypuszczona nieumyślnie i w przerażeniu wiązka
dźwięku trafiła wprost w uśpioną sylwetkę, powodując jej ciche
syknięcie.
Ariadna
zrobiła trzy kroki wstecz, w pośpiechu przypominając sobie o wszystkich
możliwych drogach ucieczki, gdyby nie zdołała werbalnie przekonać
przybłędy do wyjścia.- Kim jesteś? - Dzięki magii głos zabrzmiał donośnie i pewnie, co według ojca Ariadny pokazywało przeciwnikowi, że nie boisz się wyzwań.
<Ktoś?>
I am standing in the ashes of who i used to be.

Imię: Ariadna
Nazwisko: Maheras
Pseudonim: Wszystkie swoje dzieła podpisuje wdzięcznym, kwiecistym mianem — Zinnia.
Wiek: 19 lat
Płeć: Kobieta
Wzrost: 170 cm
Rasa: Bruxa — rodzaj wampirzycy, która za dnia w pełni panuje nad swym krwiopijczym barbarzyństwem, nie wyróżniając się na tle innych ras, by po zmroku przeistoczyć się w iście morderczą i parszywą istotę, tracącą swój zdrowy rozsądek i świadomość. Ariadna nie urodziła się w tejże postaci, stając się ofiarą pewnej klątwy rzuconej dekadę wcześniej na rodzica szlachcianki. Pomimo starań zdjęcia gusła lub choćby zminimalizowania skutków, osiągnięcia ograniczyły się do spowolnienia przemiany i zredukowania transformacji, która następuje jedynie podczas pełni oraz nowiu.
Zawód: Wysoko urodzona szlachcianka parająca się alchemią i muzyką, którą można usłyszeć na lokalnych festynach, czy w najróżniejszych kulturalnych przybytkach.
Miejsce zamieszkania: Leoatle
Miejsce urodzenia: Khayr
Charakter: Niewinna i czysta jak łza, obca plugastwu, nieosiągalna dla bólu. Niezapisane strony jej umysłu, lśniące cnotą i miłością. Tabula rasa. Z wiekiem kartki pożółkły i zgniły, pokryte pleśnią niedopowiedzeń i wszechobecnego strachu, pielęgnowanego nienawiścią do samej siebie. Bijący od Ariadny dekadentyzm zdawał się przytłaczać, zmuszając ówczesnych towarzyszy do ucieczki, odcięcia przygnębiającego ciężaru. Jedynym, co podtrzymywało ją wówczas przy życiu, niezmiennie trwając u boku, podążając krok w krok, okazało się wampirze przekleństwo, symbol ostatecznego zepsucia. Dlatego więc nauczyła się z nim żyć, tolerować i sprytnie zacierać pozostawione ślady. I choć pozostawiony po nocnych atakach posmak krwi drażni kubki smakowe, przynosi również pewne ukojenie, błogą rozkosz, która w oczach Bruxy staje się kolejnym krokiem, przybliżającym ją do wiecznego potępienia. Robi co w jej mocy, by stać się częścią społeczeństwa, by nie odstawać i nie razić swym obliczem, choć niekontrolowane odruchy, zdenerwowanie przed każdym nowiem i pełnią, mimowolnie zwracają oczy w jej stronę. Wypowiadane przez nią zdania, choć piękne i starannie dobrane, zdają się zbyt żałosne i rozpaczliwe, jak na niespełna dwudziestoletnią niewiastę. Włada słowami, jakby trującym ostrzem, gestami wysyłając nieme błagania o pomoc, skażając umysły subtelną melodią. To w sztuce ukazuje swe prawdziwe oblicze, roni łzy i opowiada życiową historię, lecz większość nie widzi ich głębi, zatrzymując się na niewinnej, artystycznej powłoczce.
Zakorzenione głęboko, arystokratyczne cechy towarzyszą kobiecie w każdej chwili życia, a dumna postawa, wyraźnie słyszalny akcent i nienaturalny wręcz upór nie są jedynie przybraną maską. Ariadna doskonale zdaje sobie sprawę z własnych potrzeb i pragnień, czyniąc co tylko w jej mocy, by dopiąć swego, co w połączeniu z niezaspokojoną żądzą przygód i zgubną ciekawością, niejednokrotnie wpędziło brunetkę w niemałe kłopoty, którym wymknęła się jedynie za sprawą ojcowskich kaucji.
Z reguły uprzejma, prawdopodobnie zbyt naiwna i empatyczna, szczególnie w stosunku do osób mniej zamożnych i gorzej traktowanych. Większość zarobionych pieniędzy oddaje potrzebującym, w głębi serca wierząc, że w ten sposób zdoła odpokutować za nieumyślnie odbierane nocą życia. W skrajnych sytuacjach staje się iście bezczelna i arogancka, nie omieszkując wytknąć swego statusu społecznego, traktując tytuł niczym kartę przetargową, dzięki której szczeniackie zachowanie ujdzie jej na sucho, zastąpi przeprosiny.
Rodzina:
— Dalhia Maheras — los okazał się iście szyderczą bestią, gdy w najszczęśliwszym dniu jej życia, bowiem w chwili narodzin pierwszej córki, postanowił zagarnąć młodą matkę do siebie, pozostawiając nieukształtowaną rodzinę bez subtelnej, kobiecej ręki. Mimo tego ojciec od zawsze dbał, by wciąż żywe wspomnienia nigdy nie zniknęły, a dusza Dalhi zamieszkała w sercach młodego pokolenia.
— William Maheras — twardy i sprawiedliwy, niczym wiatr przemierzał bitewne pola, pozostawiając po sobie jedynie strumienie krwi i odcięte kończyny swych wrogów. Żołnierz jakby żywcem wyjęty z ballad, przodujący zarówno w rycerskim fachu, jak i ojcowskim zaciszu. Mimo tego seksualne napięcie wzięło górę, a samotność po śmierci żony pogłębiła tęsknotę za kobiecym dotykiem. Wystarczyła pojedyncza noc z niewłaściwą niewiastą, by na zawsze zniszczyć życie zarówno swoje, jak i córki. Od tamtej chwili rodzinne relacje nigdy nie wróciły na przyjazny tor, ograniczając się do wzajemnych żalów i rzucanych przy obiedzie oskarżeń.
— Perseusz Maheras — niczym klej stara się utrzymać rodzinę w całości, używając zarówno swej nieziemskiej charyzmy, jak i odziedziczonej po ojcu siły. Dwudziestopięcioletni młodzieniec z pewnością nie należy do szczególnie przystojnych, lecz mimo kilku szpecących skaz, niejedna kobieta zawiesiła na nim oko, choć do dziś nie wiadomo, co zasłużyło na ich uwagę - pewien urok, jakim emanuje Perseusz, czy jego status społeczny i pełna sakiewka. Często wyjeżdża, by spełniać swój wojskowy obowiązek, lecz wbrew niskiej, domowej frekwencji, to właśnie on okazał się największym wsparciem dla dotkniętej klątwą Ariadny.
— Attergar — wygnany i od lat zapomniany, choć niegdyś wiązano z nim ogromne nadzieje. Wystarczyła jedna błędna decyzja, by na zawsze wymazać go z drzewa genealogicznego i odebrać szlacheckie przywileje. Nie wiadomo gdzie się podział, a nikt nie wykazuje szczególnej inicjatywy, by dowiedzieć się, czy pierworodny Maheras wciąż dycha, czy może od lat gryzie ziemię. Jedyną pozostałą po nim pamiątką jest upstrzona krwią lutnia, nielegalnie spoczywająca pod łóżkiem Ariadny.
Partner: Brak.
Umiejętności: Magia i muzyka idą ze sobą w parze, od pokoleń przepełniając człowiecze ciała. I choć słowa na próżno starają się opisać ich piękno, a wyczerpujące porównania zdają się puste, wystarczy kilka pojedynczych nut, by zdominować umysł, poruszyć emocje. Osobliwa sytuacja młodej wampirzycy pchnęła ją w objęcia sztuki, pomagając choć na chwilę zapomnieć, jak obrzydliwą kreaturą się stała. Pozłacane ramiona liry otuliły jej kruche ciało, pozwalając, by smukłe palce szarpnęły za struny, doprowadzając instrument do krzyku, którego wdzięczność pobudziła zmysły i uzależniła bardziej, aniżeli najsilniejszy z narkotyków. Minęły lata, a Ariadna wciąż wiernie trwa przy swym muzycznym kochanku, dzieląc się jego anielskością z napotkanymi na swej drodze stworzeniami, przekazując dzięki niemu swą tragiczną historię.
Jednak nie tylko wokół dźwięku świat się kręci, a koniec koncertu przywodzi na myśl jedynie zbliżającą się transformację, której muzyka nigdy nie zdoła zatrzymać. Zdesperowana kobiecina sięgnęła po wiekowe tajniki alchemii, warząc wymyślne eliksiry, spożywając trujące składniki. Nie zdołała jednak zniwelować swych objawów, lecz zyskała doświadczenie, umożliwiające niesienie pomocy osobom trzecim, dla których drzwi jej domu zawsze stoją otworem. Dzięki płynącej w jej żyłach szlacheckiej krwi, od małego wpajano jej zasady savoir-vivre oraz podstawową znajomość tańców towarzyskich i ogłady w codziennym życiu, które nieszczególnie przydają się jednak na ścieżce, jaką obrała Ariadna.
Kwestia magicznych zdolności dziewczyny nie maluje się tak niebiańsko, a sama Maheras uznaje je za raczej mordercze, aniżeli użyteczne. Dominującą zdolnością okazuje się audiokineza, pozwalająca artystce na manipulację falami dźwiękowymi. W swej potwornej formie, gdy okruchy człowieczeństwa zostają doszczętnie zmiażdżone, moce zdają się nasilać, a sama Ariadna porusza się znacznie szybciej, aniżeli za dnia, zatracając jednocześnie jakąkolwiek świadomość, kierując się prymitywnymi instynktami i żądzą krwi.
Aparycja: Obawiasz się jej dotknąć, choć jej gładka, mleczna cera aż prosi się o subtelną pieszczotę. Błyszczy w słonecznym świetle, rumieni przy każdym podmuchu mroźnego wiatru, by w końcu powrócić do naturalnej tonacji. Spoziera na świat zielonkawymi, kocimi oczami, zdającymi się wręcz ociekać dziecięcą radością i niewyczerpalną ciekawością, przez którą przedziera się jednak melancholia, przeistaczająca się w iście dołującą pustkę, próbującą na siłę wypełnić się przyziemnymi dobrami. Zwieńczone równolegle rozstawionymi, ostrymi łukami brwiowymi, które wydają się jednak nienaturalnie uniesione, dopełniając wizerunek zagubionej owieczki. Pełne, malinowe usta nieustannie wykrzywione w ciężkim do zdefiniowania grymasie, wskazującym zarówno sympatię, jak i nieuzasadnione zdenerwowanie.
Wygląd dopełniają również czekoladowe, sięgające dekoltu włosy, które jeśli nie puszczone wolno i rozwiane, spoczywają w misternych wiązaniach, nietrafiających jednak w gusta młodej szlachcianki. Dziewczyna nie znosi nakładanych nieustannie ograniczeń, żądając wolności, podążając w miejsca, gdzie nikt nie zdoła jej powstrzymać. Ukazuje to zarówno swym chodem, gestami, jak i starannie dobranym ubiorem, składającym się głównie z delikatnych, niekrępujących sukien, bądź, co ku niezadowoleniu rodziny zakłada niemal cały czas, nieco zmodyfikowanego, męskiego odzienia.
Potworna skóra w niczym nie przypomina delikatnego dziewczęcia, przeistaczając się w żywy obraz rodem z koszmaru. Wychudzona, szara sylwetka, uwydatniająca wyrostki kolczyste kręgosłupa, zapadająca się wzdłuż żeber, by pęknąć wzdłuż szyi. Zdeformowane, nienaturalnie wydłużone kończyny, zakończone pazurami zdolnymi do swobodnego rozcięcia skóry. Obłąkane, czarne oczy i wydobywający się z ust przeszywający ryk, w niczym nieprzypominający żadnego odkrytego dotąd języka.
Historia: Dziewczę urodzone w ostatnim miesiącu roku, w kraju wyniszczonym wojną, przesyconym strachem. Egzystencję szlachcianki przypieczętowała śmierć rodzicielki, za którą obwinia się aż po dziś dzień i na nic zdają się zapewnienia, że Dalhia chorowała od lat i pewne było, iż nie przeżyje kolejnego porodu, a mimo to zmuszono ją do zajścia w ciążę. Ariadna dorastała więc z ciążącym mianem czarnej owcy i młodocianej morderczyni, co poskutkowało nieustannie napuchniętymi oczami i częstymi ucieczkami na opuszczone pobojowiska. Z czasem jednak sympatia powróciła, a rodzina zrozumiała, iż pastwienie się nad niewinnym dziewczęciem nie przyniesie ukojenia. Uśmiech i dziecięca radość odrodziły się niczym feniks z popiołów i towarzyszyły jej każdego dnia, aż do feralnych dziewiątych urodzin, gdy na jaw wyszła jedna z seksualnych przygód jej ojca, która okazała się nikim innym, aniżeli parszywą wiedźmą, niemogącą znieść odrzucenia. Przeklęła więc Williama, obiecując, iż pierwszego członka rodziny, którego ujrzy po powrocie, czekają wieczne katusze, ostatecznie zwieńczone spektakularnym upadkiem. Pech chciał, że to właśnie Ariadna przebiła się przez służbę, niczym błyskawica mknąc w ramiona ukochanego opiekuna. I choć z początku nie działo się zupełnie nic, a klątwa odeszła w zapomnienie, wystarczył pojedynczy powiew wiatru, by zdmuchnąć dziewięć świeczek i rzucić Ariadną w drugi kąt pomieszczenia. Gdy powstała w ten sposób chmura dymu i gruzu opadła, oczom zebranych ukazała się wychudzona, zdeformowana bestia o skórze w odcieniu antracytu. Terror, jaki wówczas zasiała i kontynuowała przez następne lata, wyrył się w głowach wszystkich na tyle głęboko, by zrezygnowali ze służby, bądź wyjechali jak najdalej. Ten sam los spotkał wkrótce ród Maheras, który w obawie przed opinią publiczną i zaogniającym się konfliktem w państwie, wyjechała wprost do Leoatle, gdzie, jak potajemnie liczyli, zdołają odnaleźć kogoś, kto pomoże Ariadnie.
Niestety nie odnaleziono dotychczas osoby, która byłaby w stanie wypędzić tak głęboko zakorzenione przekleństwo, zmuszając tym samym młodą szlachciankę do regularnych ucieczek w las, bądź zamknięcia w specjalnie przygotowanej izolatce, mieszczącej się w najgłębszych, piwniczych czeluściach.
Towarzysz: Brak. Zwierzęta zdają się wyczuwać jej monstrualną naturę, przez co nie darzą dziewczyny szczególną sympatią.
Inne:
— Herb rodu Maheras przedstawia, ku ogromnej ironii, purpurowe słońce, symbolizujące świętą inkwizycję, do której od lat zaciągają się pierworodni synowie urodzeni w tejże rodzinie.
— Ariadna nie ma żadnego magicznego przodka. Można śmiało powiedzieć, że starali się wręcz unikać wszystkiego, czego nie dało się logicznie wytłumaczyć.
— Odkąd stała się wampirzycą, nie jest w stanie przełknąć większości ludzkiego jedzenia. Jej dieta składa się głównie z zielonych warzyw i nabiału, które i tak z trudem w siebie wmusza.
— Czuje się znużona ciągłymi ucztami i szlacheckimi spotkaniami. Dużo bardziej uszczęśliwiają ją koncerty w choćby najbardziej obskurnych barach i podróże po ziemiach Leoatle.
— Posiada ostry akcent, przez który zrozumiałe wymówienie słów z wieloma głoskami dźwięcznymi następującymi zaraz po sobie, sprawia jej pewne trudności.
— Picie krwi wywołuje w niej ogromne wyrzuty sumienia, dlatego niejednokrotnie jej odmawiała, doprowadzając swój organizm do wyczerpania, ocierając się o śmierć.
Właściciel: Endocytoza [hw]
Preferowana długość odpisów: Preferuję raczej średnie lub długie odpisy i takie też chciałabym otrzymywać w zamian. Jestem jednak dość elastyczna i mogę się dostosować do wątku/serii.
Stopień Wpływu (SW): 3SW
Inne uwagi: Jedynym ograniczeniem, jakie chciałabym nałożyć, jest konsultowanie ze mną reakcji Ariadny na skrajne sytuacje, żeby uniknąć nieporozumień. Poza tym daję wam wolną wolę.
Od Takako do Lexie & Mer
Wiedziałam, że na zaufanie będę musiała popracować, ale teraz mnie nie to nie obchodziło. Miałam ważniejsze sprawy do załatwienia. Wjeżdżając do miasta poczułam coś, ale gdy tylko weszłam do chorych osób wiedziałam, byłam prawie że na sto procent pewna, że epidemię wywołał ktoś.
- Maski nie będą potrzebne - powiedziałam do nich, oddając swoją maskę w ręce Yuzu. - Ta choroba nie jest zaraźliwa - dodałam. - Yuzu, Ryuu czy moglibyście pójść po te rośliny - nie musiałam wymawiać nazwy rośliny, a oni już wiedzieli o co mi chodzi. - Lexie, czy mogłabym zobaczyć twoją panienkę? - zapytałam się z uśmiechem na twarzy.
Może jeszcze nie wiedziałam co jest przyczyną epidemii, ale byłam dobrej myśli. Zawsze sobie powtarzałam, że bycie optymistką przynosi tylko dobro. Dziewczyna bez słów zaprowadziła mnie do jej mości. Otaczająca ją aura była inna od pozostałych ludzi. Ona walczyła. Starała się jak tylko mogła walcząc o życie. Uśmiechnęłam się na ten widok.
- Dlaczego się uśmiechasz? - usłyszałam głos Lexie. - Co jest tak śmiesznego w niej? - zapewne gwardzistka mnie źle zrozumiała, ale nie miałam nic złego na myśli. Chcąc już jej wytłumaczyć moi towarzysze wrócili.
- Mamy te rośliny - usłyszałam głos Ryuu.
- Dziękuję - wzięłam rośliny i oddaliłam się od nich. Będąc mniej więcej na środku, gdzie było odrobinę więcej miejsca wzięłam rośliny, położyłam je na ziemi.
- Ryuu podpal liście, a gdy będą już odpowiednio rozpalone użyj wiatru i rozmieć cały dym po tym pomieszczeniu - nie musiałam długo czekać, gdyż chłopak wykonał polecenie wręcz od razu.
- Masz zamiar wszystkich spalić? - usłyszałam pytanie od jednych z lekarzy. Nie odpowiedziałam, gdyż potrzebowałam się skupić, aby użyć swoich mocy leczniczych.
- Ona ma zamiar oczyścić to pomieszczenie od czarnej aury, która tu zapanowała. To jest jeden z powodów waszej epidemii. Szukaliście pomocy przy pomocy książek, a nie przy pomocy serca tak jak to właśnie ona to teraz robi. Nasza panienka chce wpierw poprawić samopoczucie ducha chorych osób. Gdy oni zaczną wierzyć tak ich stan się polepszy na tyle, aby zdobyć chociaż odrobinę czasu więcej - po zakończeniu swojego "rytuału" leczenia, podeszłam do Yuzu, który obecnie dotrzymywał towarzystwa Lexie, Mer oraz lekarzowi.
- Skoro uzyskałam więcej czasu, to mogę zacząć od początku - uśmiechnęłam się w ich stronę. - Lexie nie potrzebuję ciebie teraz więc idź do swojej pani - chwyciłam swoje włosy i spięłam je w kucyka. - Przygotujcie mi salę w której będę mogła przebadać ciało - lekarze zrobili to o co poprosiłam. Gdy wszystko było już gotowe, wzięłam swoją torbę i nim weszłam, odwróciłam się na pięcie. - Mer, Ryuu czy moglibyście przypilnować, aby nikt mi nie przeszkodził, proszę. Yuzu ty wejdziesz ze mną. Za jakieś dwadzieścia minut powinnam wrócić. - skoro przydzieliłam wszystkich do pracy, weszłam do środka, zamykając za sobą drzwi na klucz.
<Lexie? Mer?>
- Maski nie będą potrzebne - powiedziałam do nich, oddając swoją maskę w ręce Yuzu. - Ta choroba nie jest zaraźliwa - dodałam. - Yuzu, Ryuu czy moglibyście pójść po te rośliny - nie musiałam wymawiać nazwy rośliny, a oni już wiedzieli o co mi chodzi. - Lexie, czy mogłabym zobaczyć twoją panienkę? - zapytałam się z uśmiechem na twarzy.
Może jeszcze nie wiedziałam co jest przyczyną epidemii, ale byłam dobrej myśli. Zawsze sobie powtarzałam, że bycie optymistką przynosi tylko dobro. Dziewczyna bez słów zaprowadziła mnie do jej mości. Otaczająca ją aura była inna od pozostałych ludzi. Ona walczyła. Starała się jak tylko mogła walcząc o życie. Uśmiechnęłam się na ten widok.
- Dlaczego się uśmiechasz? - usłyszałam głos Lexie. - Co jest tak śmiesznego w niej? - zapewne gwardzistka mnie źle zrozumiała, ale nie miałam nic złego na myśli. Chcąc już jej wytłumaczyć moi towarzysze wrócili.
- Mamy te rośliny - usłyszałam głos Ryuu.
- Dziękuję - wzięłam rośliny i oddaliłam się od nich. Będąc mniej więcej na środku, gdzie było odrobinę więcej miejsca wzięłam rośliny, położyłam je na ziemi.
- Ryuu podpal liście, a gdy będą już odpowiednio rozpalone użyj wiatru i rozmieć cały dym po tym pomieszczeniu - nie musiałam długo czekać, gdyż chłopak wykonał polecenie wręcz od razu.
- Masz zamiar wszystkich spalić? - usłyszałam pytanie od jednych z lekarzy. Nie odpowiedziałam, gdyż potrzebowałam się skupić, aby użyć swoich mocy leczniczych.
- Ona ma zamiar oczyścić to pomieszczenie od czarnej aury, która tu zapanowała. To jest jeden z powodów waszej epidemii. Szukaliście pomocy przy pomocy książek, a nie przy pomocy serca tak jak to właśnie ona to teraz robi. Nasza panienka chce wpierw poprawić samopoczucie ducha chorych osób. Gdy oni zaczną wierzyć tak ich stan się polepszy na tyle, aby zdobyć chociaż odrobinę czasu więcej - po zakończeniu swojego "rytuału" leczenia, podeszłam do Yuzu, który obecnie dotrzymywał towarzystwa Lexie, Mer oraz lekarzowi.
- Skoro uzyskałam więcej czasu, to mogę zacząć od początku - uśmiechnęłam się w ich stronę. - Lexie nie potrzebuję ciebie teraz więc idź do swojej pani - chwyciłam swoje włosy i spięłam je w kucyka. - Przygotujcie mi salę w której będę mogła przebadać ciało - lekarze zrobili to o co poprosiłam. Gdy wszystko było już gotowe, wzięłam swoją torbę i nim weszłam, odwróciłam się na pięcie. - Mer, Ryuu czy moglibyście przypilnować, aby nikt mi nie przeszkodził, proszę. Yuzu ty wejdziesz ze mną. Za jakieś dwadzieścia minut powinnam wrócić. - skoro przydzieliłam wszystkich do pracy, weszłam do środka, zamykając za sobą drzwi na klucz.
<Lexie? Mer?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)