piątek, 12 lipca 2019

Od Anatola do Lottielle

Nic nowego, jakiś starszy facet wzywa mnie do siebie, bo myśli, że umiera. TRZECI RAZ W TYM TYGODNIU. Jadę z Leoatle do niego, do Merkez. A kiedy docieram na miejsce, typ narzeka mi, jak to mu się nudziło i w sumie to czuje się lepiej i chyba jednak nie umiera. Nic, ot co normalny dzień w pracy lekarza. Zmarnowałem dwa dni na podróż, bo komuś się nudziło... Zirytowany wyszedłem, aby podążyć do hotelu. Jak się okazało pan 'nudzi mi się' poinformował całe miasto, że przybywam i kilka kolejnych osób prosi o konsultację. Przez brak wyboru zgadzam się i jadę do pierwszej osoby z listy. Ciąża. Nieplanowana. Oni zabezpieczać się nie potrafią? Kobieta pyta, czy mogę być jej lekarzem prowadzącym. Odmawiam, co by nie było, jestem lekarzem pierwszego kontaktu i chirurgiem, nie ginekologiem. Postanowiłem zostać w Temeni przez najbliższy tydzień, a później pojechać do Ucurum. Wielu pacjentów nie miałem, dlatego do wszystkich udało mi się zawitać dzisiejszego dnia i tydzień wolnego! Wieczorem przebrałem się z typowo lekarskiego uniformu w wygodny strój i wyszedłem z Anubisem na spacer. Zapaliłem papierosa dla odprężenia, spotkałem się przez to z niezadowolonym syknięciem węża, ten jednak nie zmienił swojej pozycji, dalej był owinięty wokół mojej ręki. Spojrzałem na swój nadgarstek, na którym widniał ślad po ugryzieniu. Dwie blizny w kształcie niewielkich kropek, ślad po kłach Anubisa. A obiecywałeś, że tu będzie lepiej. Żmijo. Dałem się przenieść do innego wymiaru wężowi poprzez ugryzienie. Tamtego czasu chyba wszystkie zmysły postradałem, skoro dałem się pogryźć Anubisowi, który obiecywał mi lepszy świat. Oderwałem myśli od dość bolesnego wspomnienia i skończyłem palić. Rozejrzałem się spokojnie po opustoszałych już powoli ulicach. Ta cisza panująca w nocy jest z jednej strony kojąca a z drugiej nie do wytrzymania. Postanowiłem wstąpić do jakiejś karczmy, dlatego Anubisa musiałem schować w rękawie dużej, czarnej bluzy. Cóż widok jadowitego węża nie powoduje zachwytu u większości. Wszedłem bez problemu, w środku naciągnąłem kaptur na głowę i przysiadłem przy barze.
- Co podać zacny panie? - zagadał gospodarz.
Zamyśliłem się na dłuższą chwilę i rzuciłem jakby od niechcenia:
- Cokolwiek, byle mocnego.
Spełnił moją prośbę i już po chwili stanął przede mną duży kufel z czymś, co na pewno piwem nie było. Do alkoholu zbytnio przyzwyczajony nie byłem, mimo że jestem lekarzem. Sam zapach mnie nużył i usypiał. Wziąłem spory łyk napoju i z trudem powstrzymałem się, żeby się nie skrzywić. Kwas jakich mało.
- Doktor nieprzyzwyczajony? - zaśmiał się.
W odpowiedzi mruknąłem coś niewyraźnie. Zaczął męczyć mnie tłum tutaj, miałem zamiar zapłacić i już wychodzić, ale zatrzymał mnie głos karczmarza:
- Ktoś pytał o pana. Podobno pilna sprawa. - westchnąłem.
- Jak tu przyjdzie jeszcze raz, niech się mnie jutro wieczorem spodziewa tutaj. - odparłem na odchodne i wyszedłem z budynku.
Głęboko wciągnąłem świeże powietrze i bardzo powoli je wypuściłem z płuc. Podwinąłem z powrotem rękawy i powoli ruszyłem w stronę mojego zakwaterowania.

~~~

Usiadłem na łóżku z gitarą w rękach i pociągnąłem za struny. Uszy mnie zabolały i stwierdziłem, że nastroję ją nazajutrz z rana. Poszedłem spać, ale nie był to sen spokojny. Nie pamiętam, co mi się śniło, ale nie dawało wytchnienia. Rano, czyli koło jedenastej, wstałem nieprzytomny i zmęczony tą nocą. A wieczorem miałem jeszcze spotkać się z jakimś pacjentem. Byłem załamany tym faktem, ale nie mogłem nie przyjść, skoro to coś pilnego... Postanowiłem cały dzień spędzić w łóżku, aby choć trochę żyć podczas spotkania. Anubis nie narzekał, ponieważ lubił się wygrzewać ze mną w łóżku. Spał w najlepsze, kiedy ja myślami błądziłem daleko stąd. W końcu udało mi się zasnąć, a obudziłem się, gdy już zmierzchało. Nie chciało mi się wstawać za nic w świecie, było mi tak błogo i dobrze. Niestety miałem iść do karczmy i sprawdzić co to za pilna sprawa. Jeśli kolejnej osobie się nudziło i chciała pogadać sobie z lekarzem, to nie ręczę za siebie. Wstałem niechętnie i zacząłem się ubierać, nie miałem w planach ubierania lekarskiego stroju, dlatego ubrałem się podobnie jak wczorajszego wieczoru; w bluzę z kapturem i czarne spodnie. Wyszedłem z lokum wraz z Anubisem i ruszyłem do karczmy. Dotarłszy na miejsce, usiadłem przy barze i zamówiłem wodę. -W pracy nie pije. - odparłem na zdziwiony wzrok gospodarza. Po chwili ktoś się przysiadł i usłyszałem pytanie:
- To Ty jesteś tym przejezdnym doktorem? - nie odwróciwszy wzroku od ściany z trunkami, która nagle wydała mi się bardzo interesująca, rzekłem:
- A w czym jest Ci potrzebny lekarz?


Lottielle?


716 słów

czwartek, 11 lipca 2019

"Każdy, kto śpi z wężem, trzyma siekierę pod poduszką. Tak, na wszelki wypadek."


Mochipanko

Imię: Anatol Vigro
Nazwisko: Irvin-Sullivan
Przydomek/Pseudonim: Ana, Vell, Sulli
Wiek: 28
Płeć: Mężczyzna
Wzrost: 178 centymetrów.
Rasa: Kitsune
Zawód: Vell zawsze chciał zostać muzykiem, los i rodzice chcieli jednak aby był lekarzem. Tak też się stało i skończył nieszczęśliwie medycynę.
Miejsce zamieszkania: Jako lekarz jeździ do pacjentów, często do różnych państw, przez co nie może się nigdzie wprowadzić na stałe.
Miejsce urodzenia: Londyn, Wielka Brytania.
Charakter: Vigro należy do istot o trudnym charakterze; jest indywidualistą, zawsze wszystko woli robić sam i nienawidzi jak ktoś miesza się w jego sprawy. W kilku słowach można by go opisać jako introwertyka i wariata, niemówiący nic do nikogo, czasami mruczy coś do siebie i ucieka od rozmów. Używa bogatego słownictwa i niejednokrotnie boryka się z niezrozumieniem ze strony innych istot. Czasami też, mówi tak zawile, iż wszyscy dają sobie spokój z próbą zrozumienia co chłopak im stara się przekazać. Nie ukazuje emocji, w każdej sytuacji stara się być subiektywny i neutralny. Momentami może wydawać się obojętny i oziębły. Zazwyczaj jest poważny i trochę naburmuszony, w stosunku do obcych jest zdystansowany, nie rozmawia z nimi, jeśli nie ma takiej konieczności. Zawsze stara się zachować zimną krew i raczej nie można powiedzieć, że jest typem osoby wylewnej. Ale do nieśmiałych również nie należy. Jak trzeba to się odszczeka i odwdzięczy wszystkim bez wahania. Zarówno pozytywnymi rzeczami, jak i tymi trochę mniej. Jest bardzo spostrzegawczy i inteligentny, a także lubi spać i wygrzewać się w łóżku. Trudno jest zdobyć jego zaufanie, nie przywiązuje się, traktuje resztę jako potencjalne zagrożenie, niezmiennie jednakże jest świetnym i lojalnym przyjacielem. Trudno się z nim żyje, często jest marudny i irytujący. Mimo tego wszystkiego, Anatol jest dobrą osobą, cwrażliwą na cierpienie innych i nienawidzi sytuacji, w których jest świadkiem krzywdy. Poza tym chłopak jest również bardzo troskliwy i opiekuńczy, kiedy ktoś z nim przebywa zrobi wszystko, aby zapewnić tej istocie bezpieczeństwo. Taka jego natura, że zaprogramowany jest na chronienie innych. Naprawdę da się go polubić, o ile wpierw się go pozna i uda się wytrzymać.
Rodzina: 
Sylwia Irvin— rodzicielka Anatola, znana i szanowana lekarka.
Greg Sullivan — ojciec Vigro, biznesmen.
Diva Irvin-Sullivan — młodsza siostra, wykłada biologię na uniwersytetach, zdobyła tytuł profesora.
François Irvin-Sullivan — ukochany starszy brat, wykluczony z rodziny, ponieważ rzucił studia prawnicze i zaczął podróżować.
Partner: -
Umiejętności:
 Vigro posiadł dar do gry na gitarze i fortepianie. Posiada umiejętność iluzji i hipnozy. Zdolny do przywoływania błękitnego ognia. Potrafi jeździć konno i dobrze gotuje. Może czytać w myślach, nie wszystkich ale z reguły mu się udaje.
Aparycja: Mężczyzna jest bardzo szczupły, należy do osób o naturalnie bladej skórze, na której bardzo widoczne są wszelkie rany, blizny i znamiona. Charakteryzuje go szczupła twarz, delikatne rysy, zadarty i zwykle czerwony nos. Uwagę przykuwają oczy, zwykle lekko przymrużone z powodu światłowstrętu. Duże i stalowe, po bliższym przyjrzeniu się widać jednakże błękit przebijający się przez zamglone tęczówki, a białka zaczerwienione. Włosy naturalnie w niezwykłym odcieniu, mianowicie białym, gdzieniegdzie przechodzącym w srebrny. Są bardzo długie, sięgają mu do pasa i są bardzo miękkie. Chłopak preferuje ubiór luźny, duże bluzy z kapturem, czarne jeansy, z powodu swojego zawodu zmuszony jest jednak do ubioru eleganckiego i białego.
Historia: Nie ma co za dużo opowiadać. Dwadzieścia osiem lat to nie tak dużo, jakby mogło się wydawać. Jako nastolatek Vell pragnął zostać muzykiem, uczęszczał na koła tematyczne i skrupulatnie uczył się gry. Należał nawet do grupy muzycznej. Rodzice, niezadowoleni, szybko ucięli jego marzenia i "sprowadzili na ziemię". Zmusili do pójścia na medycynę. Mimo że robił wszystko aby go stamtąd wyrzucili, nieszczęśliwie udało mu się skończyć te studia i zaczął pracować, ponieważ nie miał innego wyjścia jak zrobi to co chcieli od niego wszyscy; rodzice, siostra, przyjaciele. Jedynie jego brat zerwał się z domu i tyle było o nim wiadomo, ponieważ rodzina się go wyparła i nie wspominali nawet, jak Anatol pytał.

Głos: Vigro mówi cicho, jego głos jest niski, słychać w nim zwykle nutę irytacji i znudzenia. Mowa jego charakteryzuje się specyficznym, nieco angielskim akcentem.
Towarzysz: Anubis
Inne: 
Uwielbia w wolnych chwilach grać na gitarze.
Często mówi do siebie.
Uwielbia gorącą czekoladę.
W lisiej postaci: (autor: Miguel Molero)
 Klik!
Właściciel: PetParty (howrse) | li-sensei@protonmail.com
Preferowana długość odpisów: Ja z reguły piszę średnie, od osoby współtworzącej historię nie wymagam konkretnej długości odpisów. Jak wygodnie.
Stopień Wpływu (SW): 4
Inne uwagi: Dziwne akcje pożądane. Można doprowadzić do stanu śmierci klinicznej. Konsultacja w kwestiach seksu niewymagana, ale mile widziana.

~~~~

Abyss
Imię: Anubis
Płeć: Samiec
Wiek: 170 lat
Gatunek: Biały wąż
Charakter: Wąż bardzo inteligentny i przyjazny dla tych, których lubi Vigro. Nie stanowi zagrożenia dla właściciela, aczkolwiek ten zostawia pewien dystans między nimi. Bardzo lubi się wygrzewać i stara się wszędzie być z Anatolem. Nie ugryzie bez powodu. 
Wygląd: Wąż raczej średniej wielkości, mierzy z metr dwadzieścia. Grubości niewiele ponad dziesięć centymetrów. Wszystkie jego łuski koloru śnieżnobiałego, które na głowie jak i reszcie ciała układają się w zadziwiająco piękny wzór. Oczy z daleka wyglądają na czarne,z bliska można jednak wyróżnić wiele barw, między innymi ciemną wiśnię.
Moce: Wąż potrafi komunikować się telepatycznie z właścicielem, jednakże rzadko to robi. 
Historia: Wąż, zanim trafił do doktora, był wrogiem każdego i wiele istot oddałoby całe majątki dla jego skóry i śmierci. Skórą jego wiele dam chciało ozdobić swoje stroje. Panowie zaś pragnęli śmierci stworzenia, gdyż ten do niejednej śmierci się przyczynił. A zwierze, jako że bardzo inteligentne, nie dało się tak łatwo złapać. Stał się wiernym towarzyszem Anatola kiedy ów lekarz go uratował i kilka tygodni ukrywał, aby ten mógł wydobrzeć i wrócić do siebie. Jednak wąż postanowił zostać. 
Właściciel: Anatol Vigro Irvin-Sullivan

poniedziałek, 8 lipca 2019

"Sztuka kluczem do zwycięstwa."

Imię: Garad Darksan
Wiek: 28 lat
Płeć: Mężczyzna
Wzrost: 178cm
Rasa: Hiss. Rasa humanoidalna charakteryzująca się niebieską skórą i czerwonymi oczami. Zazwyczaj wzrost osobników tej rasy nie przekracza 190 cm. Są dobrze zbudowani, lecz niezbyt silni (zazwyczaj dorównują ludziom, lecz rzadko są od nich silniejsi). Rasa ta charakteryzuje się bardzo dużą inteligencją. Przedstawiciele tej rasy pałają olbrzymim zamiłowaniem do sztuki, lecz sami jej nie tworzą. Są genialnymi żołnierzami, lecz wojny prowadzą według ścisłych zasad moralnych.
Rasa Hissów jest wyjątkowo monogamiczna. Kiedy już para się zejdzie zostaje ze sobą do końca swoich dni. Jednocześnie przedstawiciele tej rasy pałają wyjątkową odrazą, a w niektórych przypadkach, wręcz nienawiścią do osobników i ras homoseksualnych (wyjątkiem są rasy nieposiadające konkretnej płci). Społeczeństwo hissów jest dość hermetyczne, lecz nie całkiem zamknięte na innych. Zamieszkują niewielki obszar w królestwie Merkez. Hisowie mimo odrębnej kultury i społeczeństwa chętnie służą pod obecnie panującym władcą, wyłączając jednak wojny domowe w które się nie mieszają uznając zwierzchnictwo zwycięskiej strony. Dysponują na tyle potężną gwardią, że żadna strona konfliktów domowych w historii nigdy nie zakwestionowała ich neutralności.
Zawód: Niegdyś kapitan gwardii Hissów, zdegradowany i wydalony ze służby za złamanie jednego z praw moralnych prowadzenia wojny, jakim jest dbanie o bezpieczeństwo cywilów podczas oblężenia. Zrobił to jednak tylko raz by wydostać swój oddział z pułapki zastawionej przez przeciwnika, który wpuścił oddział do miasta gdzie otoczył go wykorzystując cywilów jako żywą tarczę. Obecnie pracuje jako najemny zabójca ceniony za finezje i precyzję wykonywania zleceń. Nie przyjmuje jednak wszystkiego co się nawinie, a jedynie te zadania które sobie upodoba. Nie zwraca zaliczek za zlecenie.
Miejsce zamieszkania: Chatka na uboczu drogi prowadzącej do jednego z miast leżącego na terytorium hissów.
Miejsce urodzenia: Hellegor. Miasto na terytorium hissów.
Charakter: Bardzo opanowany i tajemniczy. Zawsze zachowujący zimną krew i powagę. Mówi stanowczo i powoli. Jak większość przedstawicieli swojej rasy pała zamiłowaniem do sztuki innych ludów i ras oraz je studiuje, lecz wiedzę na jej temat wykorzystuje do poznania i pokonania przeciwnika czego nauczył się w akademii oficerskiej gwardii hisów. Interesuje się technologią zwłaszcza nastawioną na militaria. Ceni sobie zasady lecz wyznaje też tą mówiącą, że cel uświęca środki pod warunkiem, że środki te nie godzą w honor żołnierza gwardii hisów. Zna język elficki, który bardzo lubi ze względu na długowieczną historię tej rasy. Szanuje innych, a zwłaszcza osoby które uzna za honorowe. Ma słabość do płci pięknej, lecz nie ogranicza się tylko do swojej rasy. Chętnie nawiązuje współpracę , zwłaszcza gdy uzna umiejętności innej osoby za przydatne do swoich planów. Z racji wykonywanej profesji często można go zobaczyć w barach lecz nie lubi tych miejsc ze względu na wszechobecny hałas i rozgardiasz. Nie miesza się do pijaczanych burd.
Z racji tego iż jest hissem powierzchowne rany bardzo szybko się na nim goją lecz zostawiają po sobie dość znaczną bliznę. Niestety w przypadku ran głębokich, zakażonych lub ogólnie chorób musi przyjmować bardzo specyficzne leki gdyż większość leków stosowanych przez inne rasy może wywołać reakcję alergiczną powodującą powikłania lub zgon.
Rodzina: Z rodziną stracił kontakt niedługo po tym jak poszedł do wojska. Po kilku latach służby w jednostkach liniowych kiedy awansował i został wysłany do akademii gwardii hissów otrzymał wiadomość o śmierci rodziców.
Partner: Brak.
Umiejętności: Świetny dowódca. Mimo wydalenia z gwardii jego żołnierze ciągle czekają na jego rozkazy.
Aparycja: Wytatuowany na ramieniu symbol jednostki w której służył będąc w gwardii. Kilka blizn na ciele po powierzchownych ranach. Krótkie czarne włosy. Charakterystyczne dla rasy czerwone oczy i niebieska skóra.
Historia: Z dzieciństwa ma miłe wspomnienia mimo iż minęło ono w dość surowym rygorze ojca, co jednak pomogło mu gdy poszedł do armii, gdzie służył przez 6 lat. Po dwóch latach w jednostkach liniowych awansował na stopień oficerski i został wysłany do "akademii gwardii hissów".
Podczas oblężenia jednego z miast podczas wojny w którą zaangażowali się hissowie jego odział podczas szturmu na jedną z dzielnic został wciągnięty w pułapkę podczas której przeciwnicy użyli cywilów jako żywej tarczy, by okrążyć go i zmusić do poddania. Mimo, że stoi to w sprzeczności z zasadami według których walczyli hissowie zdecydował się na użycie miotacza płomieni i przedarcie się przez linie przeciwnika co skończyło się zdobyciem dzielnicy i upadkiem obrony miasta. Mimo to został postawiony przed sąd który mimo starań jego podwładnych oraz jego zasług zdegradował go i wydalił z armii. Tylko dzięki silnej psychice Garad nie załamał się lecz ciągle nie daje mu to spokoju. Po wydaleniu z wojska przez pół roku szukał nowego zajęcia. Gdy przyjął pierwsze zlecenie na zlikwidowanie pewnego lichwiarza zrozumiał, że to będzie jego dalsza ścieżka kariery.
Towarzysz: Brak stałego towarzysza.
Właściciel: karol.konpl@gmail.com

Preferowana długość odpisów: Średnie
Stopień Wpływu (SW): 4.
Inne uwagi: Z racji braku odporności na magię oraz niemożność jej używania proszę o rozsądne używanie czarów na mojej postaci.

środa, 26 czerwca 2019

Od Regulusa do Nuvena

Zerwałem się z łóżka jeszcze przed świtem. Czym prędzej dotarłem do drugiej ściany przy wejściu do mojej groty, nie zważając na rozrzucane przeze mnie futra. Z prędkością światła posprzątałem bałagan tam panujący i oparłem płótno o kamienną ścianę. To właśnie w tym miejscu zwykłem malować swoje obrazy.
Światło leniwie wschodzącego słońca padło na bladą powierzchnię i zaczęło rozlewać po niej złotą farbę. Chwyciłem drewnianą miskę i wrzuciłem do niej popiół uzyskany z ogniska rozpalonego zeszłej nocy. Następnie dodałem do niego nieco wody i zmieszałem wszystko razem cienkim, krótkim patykiem, który to jako pierwszy wpadł mi w ręce. Od dłuższego czasu czekałem na natchnienie. Choćby najmniejsze. Jakiekolwiek. I tego właśnie dnia, mój długo wyczekiwany gość przyszedł do mnie.
Sprawnymi ruchami ręki zacząłem nanosić na płótno obraz, który powstawał w mojej głowie.
Kiedy kontury były gotowe, zrobiłem kilka kroków w tył i spojrzałem z niewielkiej odległości na zaczęte dzieło. W pamięci zapisywałem listę składników, potrzebnych mi do wykonania farb. Parę z nich już posiadałem, ale znaczna część musiała być świeża.
Bez dłuższego namysłu zmyłem z rąk czarne plamy, by następnie móc zdjąć białą, nieco za dużą koszulę nocną. Szybko przebrałem się w wyjściowe ubrania i chwyciłem skórzaną torbę, do której to zbierałem składniki. Następnie zgarnąłem kilka drewnianych figurek do lnianego worka. Miałem cichą nadzieję, że tym razem, dzięki pokryciu ich farbą, uda mi się zwiększyć popyt. W końcu nie wszystkie barwniki mogłem zdobyć całkowicie za darmo.
Gotowy do wyjścia, opuściłem mój dom, ostrożnie stąpając po stromych zboczach gór. Po tylu latach zdążyłem już przyzwyczaić się do warunków, na które byłem skazany. Nie mogłem przecież zamieszkać wśród ludzi. Jestem dla nich zbyt niebezpieczny i dlatego muszę żyć jak najdalej od nich. Trudna droga i zdradzieckie skały skutecznie zniechęcały ciekawskich do dalszych poszukiwań niezapomnianych wrażeń.
W pewnym momencie zmieniłem się w hybrydę, nazywaną bazyliszkiem, by móc pokonać ogromną szczelinę. Mógłbym oczywiście ją obejść, ale znacznie wydłużyłoby to moją drogę na targ, gdzie miejsca na stragany były ograniczone. Liczyła się każda sekunda. Nie raz mi jej zabrakło i patrzyłem, jak ktoś zgarnia ostatnie miejsce tuż przed moim nosem. Nawet, jeśli jesteś niepełnosprawny, to nie ma najmniejszego znaczenia. Każdy chce zarobić na chleb i nikt ci nie ustąpi.

***

Zeskoczyłem z ostatniego kamienia na gęstą trawę już pod ludzką postacią. Zamknąłem oczy i rozłożyłem ręce, po czym wypełniłem płuca zapachem wszechobecnych sosen. Na swojej twarzy poczułem ciepłe promienie. Uchyliłem powieki i spojrzałem na rozlewające się po moim ciele światło. Schodziło ono coraz niżej i zajmowało coraz większą część mnie.
Kiedy już całkowicie byłem nim pokryty, blask zaczął rozlewać się po łące, nadając szaremu porankowi kolorów. Uwielbiam tą porę dnia. Czas, kiedy coś, co z początku wygląda smutno i tajemniczo nabiera barw, zmieniając się w coś wspaniałego. Takiej zmiany pragnę.

***

Wciąż było wcześnie, gdy dotarłem do miasta. Jego kamiennymi uliczkami przechadzali się głównie kupcy i ranne ptaszki, które specjalnie wstawały przed innymi mieszkańcami, by móc w spokoju dokonać zakupów i zdobyć przedmioty, które pojawiają się nagle i równie szybko znikają z rynku.
Postanowiłem rozstawić swój skromny stragan obok innego, należącego do blond mężczyzny, sprzedającego kamienie szlachetne. Dzięki temu byłem blisko zajętego przeze mnie miejsca i mogłem wybrać kilka klejnotów do wyrobu farb. Przejrzałem wszystkie z nich, by na koniec wybrać kilka tańszych, niebieskich kamieni. Zapłaciłem i schowałem je do swojej torby, po czym wróciłem na swoje miejsce.

***

Ku mojemu zdziwieniu kolorowe figurki cieszyły się znacznie większym zainteresowaniem niż te pozbawione barwnej warstwy. Muszę częściej robić takie eksperymenty.
Z zadowoleniem schowałem do worka kilka pozostałych prac. Poprzednio było ich znacznie więcej. Z uśmiechem schowałem wypełnioną monetami sakiewkę do torby, zebrałem swoje rzeczy i ruszyłem spacerem ulicą.
Zatrzymałem się przed karczmą. Piękny zapach z niej ulatujący obudził mój żołądek. Przez chwilę wahałem się, lecz długo tłumiony głód zwyciężył. Niepewnie wszedłem do środka. Od razu rozejrzałem się po pomieszczeniu. Kamienne ściany zdobiły hafty, zawieszone na drewnianych belkach. Podłoga wykonana z tego samego tworzywa cicho skrzypiała pod moimi stopami. Zobaczywszy karczmarza, przyglądającego mi się zza lady, skierowałem się w jego stronę. Był to czarnowłosy mężczyzna sporych rozmiarów. Gęsta broda zasłaniała połowę jego okrągłej twarzy, a krzaczaste brwi prawie wchodziły mu do małych oczu. Wyglądał na groźnego osobnika. Z tego względu zamówiłem ciepły posiłek i zająłem miejsce przy stoliku na uboczu.
Czekając na jedzenie, zacząłem przyglądać się pozostałym klientom karczmy, ulokowanym na drugiej połowie lokalu. Nie znałem nikogo z obecnych, ale potrzebowałem jakiegoś zajęcia. Musiałem skupić się na czymś innym, by choć trochę zmniejszyć uczucie ssania w żołądku.
Wśród zebranych dostrzegłem kilku karłów, olbrzyma i osobnika, którego rasy nie byłem w stanie określić. Prawdopodobnie nigdy nie miałem z nią styczności. Tym, co rzucało się w oczy i wyróżniało młodzieńca były szpiczaste uszy. Widząc, że nieznajomy odwraca głowę w moją stronę, szybko odwróciłem wzrok, zapomniawszy, że cały czas mam opaskę na oczach i nikt pewnie nie wie, że naprawdę nie jestem niewidomy.

< Nuven? >

wtorek, 25 czerwca 2019

Od Keyi do Lexie

Zimne dłonie błądziły po moim ciele, pozostawiając jedynie nieprzyjemny dreszcz. Próbowałam się wyrwać, ale okazałam się za słaba. Kiedy usiłowałam wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk, pojawiał się jedynie ból. Ciemność ogarniała całe moje ciało, a oprawca pozwalał sobie na coraz więcej. 
Nagle zobaczyłam błysk, a w nim znaną mi dobrze twarz Jastrzębia. Walczyła z kimś, ale nosiła na sobie ciężkie łańcuchy. Wydawało mi się, że jej policzki okalają krwawe łzy, a ciało słabnie. Próbowałam podejść, wyrwać się z uścisku. Nie byłam w stanie się poruszyć. Co się dzieje?

Gwałtownie otworzyłam oczy i z trudnością łapałam powietrze. Próbowałam się unieść, ale ból skutecznie mi to uniemożliwił. Z moich ust wydobył się żałosny syk, a dłonie złapały za podbrzusze.
Wyczułam tam jakiś materiał i od razu na to zerknęłam.
Dopiero wtedy przypomniałam sobie co ja tu robię i co się właściwie stało. Spojrzałam na ciemniejące niebo i zacisnęłam zęby. Czułam się mokra od potu i niesamowicie zmęczona. Klatka piersiowa szybko opadała i wstawała z trudem łapiąc każdy oddech.
- Jak się czujesz? – obok pojawiła się towarzyszka.
Ogarnęła mnie fala wstydu, przez którą nie mogłam spojrzeć na dziewczynę. Powinnam temu jakoś zapobiec.
- Kiepsko, ale do przeżycia. – wymamrotałam. – Bardzo spieprzyłam sprawę? Ile mnie ominęło?
Na ułamek sekundy pozwoliłam, aby nasze spojrzenia się spotkały i od razu tego pożałowałam.
W jej ślepiach dostrzegłam gniew i  rozczarowanie.
Z jakiegoś powodu bałam się, że się na mnie zawiodła. Było mi z tego powodu głupio. Dlaczego?
- Spałaś dwa dni. Bliźniaki uciekły. – jej głos nie zdradzał żadnych emocji. – Najlepiej będzie jeżeli jeszcze poleżysz. Rana wygląda brzydko.
Pokiwałam potwierdzająco głową i zamknęłam oczy.  Zastanawiało mnie gdzie są i co to dla nas oznacza. Musieli wiedzieć o naszych poszukiwaniach i zastawić pułapkę.
W takich momentach żałowałam, że nie posiadam jakiś cudownych mocy. Wydawało mi się, że tak byłoby łatwiej.
No i nie musiałam pchać się w tą podróż. Przysporzyło mi to jedynie problemów. Z drugiej strony będę mogła spotkać się z braciszkiem. Ciekawe jak mu się wiedzie.
Droga była wyboista i co chwilę kołysało nami na boki. Nie dałam rady usnąć, a ból z każdym takim wybrykiem narastał. Kiedy zdjęłam opatrunek ujrzałam głęboką ranę. Była jednak na tyle płytka, aby nie przebić narządów.
- Jesteśmy. – pierwszy raz odezwał się Mer, który powoził.
Podniosłam się na tyle ile dałam radę i rozglądnęłam. Wjechaliśmy do biednego miasta, które wyglądało tragicznie. Smród drażnił nos, a ludzie wydawali się dziwnie podejrzliwi. Oglądali nas i szeptali między sobą. Zauważyłam, że byli tutaj praktycznie starzy i niedołężni.
Stanęliśmy dopiero przez stajnią i małą karczmą obok. Wyszła do nas grubsza i starsza kobieta z połowicznie siwymi włosami.  Przez moment wydała mi się dziwnie znajoma.
- Potrzebujemy koni. – Jastrząb zabrał głos i krzywo na mnie spoglądnął. – Zatrzymamy się tu na chwilę.
Miałam zaprotestować i zapewnić, że dam radę jechać sama, ale jej wzrok pewnie mnie zatrzymał. Westchnęłam i przeklęłam przez zęby.
Do pokoju wniósł mnie Zbroja, który był zimny, a moje poszukiwania jego oczu się nie powiodły. Znaleźliśmy się teraz w jednym pokoju. Nawet dziewczyna wyglądała na zmęczoną, co wcale nie było czymś nienormalnym.
- Dziękuję. – powiedziałam, kiedy zostałyśmy same. – Czuję się już dobrze, więc jutro nadgonimy.
Kiedy nasze spojrzenia się ze sobą zetknęły, nieco się speszyłam. W przeciwieństwie do mnie jej kąciki ust lekko się uniosły i jedynie pokiwała delikatnie głową. W tym momencie dostrzegłam, że jest naprawdę piękną kobietą. No i chyba nie była już zła.
- Ciekawą masz tą moc. Wyglądało to bardzo ciekawie. – poprawiłam poduszkę, uważając na wciąż obolałe ciało.
- Być może. Wszystko ma swoje plusy i minusy.
Dziewczyna również się rozluźniła i przymknęła ślepia. Wyraźnie nad czymś myślała, więc postanowiłam więcej nie przeszkadzać. Kiedy ułożyłam się do spania, na nowo zawitał w mojej głowie obraz Jastrzębia skutego w ciężkie łańcuchy.

Obudził mnie świt. Ptak jeszcze spał, a Mer jak zwykle gdzieś znikł. Przez chwilę dziewczyna ciężko oddychała i nerwowo poruszała rękami, aby nagle otworzyć oczy. Patrzyła w sufit i próbowała zaczerpnąć powietrza, co za krótką chwilę jej się udało.
Nie zauważyła mojego tępego wpatrywania się w tą scenkę, więc udawałam, że wciąż śpię. Dopiero kiedy usłyszałam jak wstaje w z łoża, zrobiłam to samo. Robiłam to powoli i ostrożnie, zważając na zwiększony ból.
- Jak się spało? – spróbowałam zagadać.
- Mogło być lepiej. – wzruszyła ramionami, poprawiając włosy. – Jednakże nie ma na co narzekać.
Kłamała, dobrze to wiedziałam. Ale gdyby nie obraz z wcześniej, wcale bym tego nie widziała. Jej ukrywanie uczuć było niesamowite i przerażające.
- Złapmy ich jak najszybciej i skończmy tę zabawę.  – uśmiechnęłam się niepewnie.
Podeszłam do okna i oparłam dłonie o niemal rozpadający się drewniany parapet. Widok z okna nie zachwycał. Ukazywał bowiem jedynie dachy starych domów.
Po krótkiej wymianie zdań udałam się do łazienki, gdzie założyłam nowy opatrunek. Rana wyglądała jeszcze gorzej niż wieczorem i zaczęłam się poważnie martwić. Jednak nie miałam czasu bardziej się nią zająć. Bliźniaki wciąż miały artefakt.
Kiedy przyszedł czas zapłaty okazało się, że karczma jest pusta. Nigdzie nie było dosłownie żywej duszy. Zaraz potem okazało się, że całe miasto po prostu opustoszało.
Niektóre domy pozostawały otwarte i ukazywały przedmioty, które normalnie powinny zostać zabrane. Wyglądało to tak, jakby mieszkańcy nagle uciekli. Tyle, że w nocy nic specjalnego się nie działo. A właściwie była to zwyczajna noc.
- Nie podoba mi się to. Możemy już stąd jechać? – zapytałam, kiedy udało mi się wdrapać na konia.
Był wysoki, więc w tym momencie usadowienie się na nim było niezwykle ciężkie. Każdy krok konia powodował silniejszy ból. Z czasem udało mi się przyzwyczaić i ciało po prostu go ignorowało.
Podróż musiała odbywać się galopem, a tylko w razie konieczności zwalnialiśmy tempo. Moja kara klacz wyglądała na zmęczoną i było mi jej naprawdę szkoda. Nie mogłam niestety z tym faktem nic zrobić, jak jedynie liczyć, że szybko znajdziemy Rudych głupków.
W połowie dnia natknęliśmy się na kolejną opustoszałą wioskę. W środku było kilka osób, a raczej tylko ich ciała. Na własne oczy przekonałam się jak groźny jest ten przedmiot. Ta wiedza spowodowała u mnie również większe zainteresowanie artefaktem.
Ruszyliśmy dalej. Zbroja jak zwykle był prawie taki, jakby go nie było. Dziewczyna za to wyglądała na przejętą i głęboko nad czymś się zastanawiającą.
Wkroczyliśmy w las niezwykle wysokich drzew. Sięgały one niemal 30 metrów, a ich grube pnie zasłaniały większe obszary. Podłoże było piaszczyste i powodujące większe zmęczenie naszych koni. Z rozkazu Jastrzębia zrobiliśmy postój.
Było tutaj chłodniej i pozwoliło to na zyskanie sił. W między czasie zajęłam się swoją raną, która powoli zaczęła się zasklepiać. Opuchlizna nadal jednak nie schodziła, a ja liczyłam, że uda mi się obejść bez zakażenia.
Nagle usłyszałam dziwne uderzenie. Z każdą sekundą było głośniejsze . Mer niemal natychmiast powstał i chwycił za swoją broń. To samo zrobiła dziewczyna, która dzierżyła swoją piękną włócznię.
Tylko ja nie mogłam się wygramolić i zdołałam tylko chwycić swój mały sztylet.
Zza drzew pojawiło się pięciu wyrostków. Wyglądali na starszych, ale byli umięśnieni i na pewno nie mieli dobrych zamiarów. Ich twarze ukryte były za dziwnymi maskami, a ich broń składała się z dwóch ostrych mieczy.
Maski były na swój sposób straszne. Wyglądało to tak, jak jakaś zorganizowana grupa. Przez chwilę pomyślałam nawet, że zostali nasłani przez Rudzielców. Co wcale nie mogło zostać wykluczone.
Wszystko działo się szybko. Ptak dzielnie walczył z dwoma, Mer również. Tylko ja siłowałam się z pojedynczym. Musiało to wyglądać komicznie, a wskazywała na to jego rozbawiona mina.
Gdzieś w oddali zobaczyłam nasze ofiary, które skutecznie nas zwodziły. Dwie czerwone głowy stały i uważnie nas obserwowały.
Zauważyłam, że moja towarzyszka bardzo łatwo sobie poradziła i już biegła w ich stronę. Jej skóra wydzielała to samo co poprzednio i wyglądała teraz naprawdę groźnie. Zaraz potem i mi udało się pokonać przeciwnika i nie czekając pobiegłam za nią. Zauważyłam na swojej dłoni krew, która sączyła się teraz z niepogojonej rany.
- Teraz nam nie uciekniecie… - szepnęłam do siebie.

Lexie?


niedziela, 23 czerwca 2019

Od Ayarashi do Lexie

Czwarta alejka, półka pierwsza od dołu, pod literą R. - powiedział niechętnie, po czym stracił zainteresowanie przybyłymi i wrócił do przeglądania dokumentów. Ruszyłam za gwardzistką, gdy tylko poczułam ruch łańcucha, którym, byłam połączona z dziewczyną. Mijałyśmy kolejno alejki, aż trafiły na alejko oznaczoną numerem IV.
-Teraz wystarczy ją znaleźć. -powiedziała gwardzistka zaczynając przeszukiwać dany regał z dokumentami, również zaczęłam przeszukiwać półkę. Przeglądanie tej całej papirologi w dwie osoby zeszło nam bardzo szybko i znaleźliśmy to po co przyszliśmy. wzięliśmy księgę i zaczęliśmy ją studiować wzrokiem, by jak najszybciej znaleźć tego osobnika.
-Jest! - powiedziała trochę głośniej, po czym przeczytała miejsce zamieszkania owego osobnika, a było nim Merkez. spisałam dane na małą kartkę, zanim Lexe zamknęła spis wejść.
-Może przekażemy strażnik, żeby tej osoby nie wypuszczali za mury miasta. Wtedy mielibyśmy lepsze szansę, że go schwytamy. -powiedziałam licząc na reprymendę od strony towarzyszki.
-Dobra uwaga, to ruszajmy. -Szybkim tempem dotarliśmy do bram miasta i poinformowaliśmy straż i ruszyliśmy sprawdzić poprzedni bar. Na nasze szczęście przy samym wejściu rozbrzmiało owe imię osobnika, którego czekaliśmy teraz wystarczyło go tylko złapać. Atmosfera była luźna prawie tak samo jak po zmierzchu, powoli wkroczyłyśmy do środka, natomiast ja byłam dwa kroki za gwardzistką. Nasz cel od razu zwrócił wzrok w naszą stronę, a jego ciało nagle się spięło, powodując lekkie drżenie jego ciała.

(Lexie?)

czwartek, 20 czerwca 2019

Od Kiirana do Akroteastora

Gdy tak słuchał słów swego towarzysza, a robił to nad wyraz uważnie, co nie zdarzało się mu zbyt często, Kiiran układał w głowie najkrótszą (i rzecz jasna najbezpieczniejszą) trasę, aby zdobyć wskazane przez Akroteastora przedmioty. Był w tym mieście kiedyś tylko przelotnie, i to w chwili, gdy w murze nie ziała wyrwa po piekielnym cielsku, więc można powiedzieć, że wiedział to i owo. Nie odważył się jednak ruszać samemu na poszukiwania tych wszystkich dziwacznych ziół, których nazwy jego współtowarzysz podróży wymienił. Zapamiętał tylko coś o pieprzu, resztę postanowił zostawić na jego głowie. A więc, musieli odwiedzić jakiś sklep magiczny, chyba jakaś starowinka przedmioty do rytuałów sprzedawała przy głównym rynku. A może przy południowej bramie? Wazę łatwo będzie można komuś podwędzić z okna, teraz, gdy trwała ewakuacja, zarówno mieszkańcy domów, jak i strażnicy mieli ciekawsze rzeczy na głowie. Serce kultysty było tutaj największym problemem, bowiem chłopak nie wiedział, jak oni mogli wyglądać, a że jak mu się wydawało Morteo nie był jakoś wybitnie chętny do współpracy... Cóż. Dobrze, że miał w torbie przy siodle jakieś stare rękawce z króliczego futra.
— Nie mam żadnych wątpliwości — odpowiedział po chwili ciszy, nawet nie spoglądając na istotę. Obserwował za to Czuwacza, skrzętnie omijającego ich towarzysza, a czasem na niego powarkując, gdy ten odważył się omieść burego psa wzrokiem swych nieludzkich ślepi. Kii nawet nie zadawał sobie trudu uspokajania podopiecznego. Wiedział, że na nic się to nie zda, bowiem jeśli Czuwacz coś wyczuwał, coś, co nie było do końca bezpieczne, za wszelkie skarby świata nie byłby w stanie go zbić z tropu, jakim było chronienie właściciela. I to właśnie chłopak w nim cenił. Prawdziwą, szczerą, zwierzęcą lojalność.
Milczeli aż do momentu dotarcia do szeroko otworzonej bramy, przez którą nadal przemykali przerażeni ludzie, a wszystkiemu temu przyglądali się strażnicy. Aspirujący mag pozdrowił ich luźnym gestem, nie otrzymując jednak odpowiedzi. Na twarz młodzika wypłynął delikatny uśmiech.
— Sztywni są, jakby ich jakie diabły w rzycie ugryzły — zaśmiał się pod nosem, gdy odeszli już poza zasięg słuchu mężczyzn. Z powodu tego, że Akroteastor zasłonił "oblicze", Kiiran nie mógł ocenić, czy ten prosty żart podszedł stworzeniu do gustu, chociaż sądząc po znaczącej ciszy, raczej się to nie stało. Przecież nie każdy musiał lubić tak wyrafinowany, chłopski humor, prawda? Chłopak jednak postanowił nie ograniczać się do tego dowcipu i szybko przywołał z pamięci kolejne. Za tymczasowy punkt honoru wziął sobie rozbawienie Liivei w taki, czy inny sposób. W międzyczasie, gdy szukał w pamięci najzabawniejszego żartu, jaki mógłby odpowiedzieć, rozglądał się wokół, szukając pozostawionych bez opieki naczyń. Jak dostrzegł, wielu ludzi spoglądało w ich stronę, głównie ze względu na Mirkę, której ciągłe parskanie z powodu wszechobecnego pyłu nie należało do najcichszych. Postanowił więc zsiąść z klaczy i uwiązać ją do koniowiązu przy czymś, co wyglądało jak publiczna stajnia. Dopiero wtedy, już na nogach, ruszył za stworzeniem, które zdawało się iść przed siebie, nie oglądając się nawet na Awanturnika. W końcu udało się Kiiranowi z nim zrównać, przez co mógł podjąć próbę wywołania uśmiechu na jego.. czaszce. O ile było to możliwe.
— Co to jest — zaczął, a łeb Akroteastora nieznacznie zwrócił się w jego stronę — Prostokątne, pomarańczowe i szkodzi na zęby?
Cisza była dostatecznym wyznacznikiem tego, że istota czeka na rozwinięcie myśli, samej nie mając raczej zamiaru jej dokańczać. Kiiran odchrząknął cicho, po czym schylił się i podniósł coś z ziemi.
— Cegła! — oznajmił tryumfalnie, unosząc obiekt do góry. Śmiechu nie było, a jedynie w ustach chłopaka pojawił się posmak żałości. Czyli chyba nie podobają mu się te same żarty co parobkowej gawiedzi, na to wychodziło.
— ŻART TEN POZBAWIONY JEST JAKIEJKOLWIEK LOGIKI — mruknął niespodziewanie towarzysz chłopaka, na co ten podniósł szybko wzrok znad potłuczonej misy — KTÓŻ BY BYŁ TAKIM GŁUPCEM, AŻEBY SPOŻYWAĆ CEGŁĘ?
— A bo ja wiem? Biedne dzieci z Merkez? 
Na to Morteo już nie odpowiedział, pozostawiając chłopaka samego sobie. Może to i dobrze, gdyż zaledwie chwilę później Awanturnik dostrzegł wyraźnie opustoszały dom z otwartym oknem. Kiiran zakasał rękawy koszuli i pokazał gestem stworzeniu, aby te się zatrzymało.
— CÓŻ TYM RAZEM? CZYŻBYŚ CHCIAŁ OPOWIEDZIEĆ MI KOLEJNĄ BEZSENSOWNĄ HISTORIĘ?
— Nie, nie, znalazłem coś — Aristair wszedł mu w słowo, wskazując kciukiem na drogę do środka domu — Tam na pewno coś będzie. I to za darmo. 
— CZY CHCESZ DOKONAĆ KRADZIEŻY?
— Tak, tak, ale cicho, bo cię ktoś jeszcze usłyszy — Młodzian rozejrzał się wokół jeszcze raz, upewniając się, że dostrzega tylko jednego strażnika, opartego leniwie o ścianę na końcu ulicy — To bardziej pożyczenie na wieczne nieoddanie. Jeden pojemnik wte czy we wte im różnicy nie zrobi. Tylko bym potrzebował twojej pomocy, bo jak zacznę się wspinać po tej ścianie, to trochę mi to zajmie. A ty mnie możesz podsadzić.

Akroteastor?

piątek, 14 czerwca 2019

Od Lexie do Crylin

Cóż. Po części miał rację. Lexie doskonale to wiedziała. Nie powinna deklarować czegoś, czego mogła nie być w stanie spełnić. Ale kierował nią impuls. Kto jak kto, ale akurat ona wiedziała co to znaczy utracić swoje rodzeństwo. Zresztą je obie trochę poniosło. Gwardzistka spojrzała na szczątki ciała, walające się po jaskini. Ciężko to będzie wytłumaczyć straży miejskiej, jeśli znajdą je w okolicy tego bałaganu. Niby wejście do groty było dobrze ukryte, jednak dziwnym zbiegiem okoliczności, gdy pojawiało się ciało któryś z miejskich psów dość szybko był w stanie je wywęszyć.
  Nie było zresztą powodu, by pozostawać tu choćby chwilę dłużej. Zresztą czas uciekał. 48 godzin to nie wiele na odnalezienie dziecka, ukrytego przez miejscowy gang. I w tym wypadku najlepszą opcją wydawało się skontaktować z ich konkurentami i przekonać do współpracy. 
  Gwardzistka wyszła z jaskini za smoczycą. Na zewnątrz zaczynało już robić się jasno, jednak wciąż jeszcze nie było widać słońca na nieboskłonie. Musiało być koło trzeciej. Crylin leżała przed grotą na brzuchu, prawie się nie poruszając. Piasek wokół niej zabarwiony był krwią. Lexie westchnęła i uklękła przy towarzyszce.
- W tym stanie jej nie pomożesz - powiedziała miękko, po czym delikatnie wsunęła dłonie pod jej kolana oraz barki, po czym dźwignęła z podłoża, niczym małe dziecko. Dziewczyna nie była zbyt ciężka, znacznie cięższe ładunki kazano gwardzistce nosić podczas szkolenia, nie było to więc dla niej zbyt dużym problemem. Dziewczyna nie zaprotestowała. Nie zrobiła też nic, żeby jej to uniemożliwić. Musiała być na prawdę wyczerpana.
  Znacznie większym okazało się wybranie miejsca, do którego chciał ją zanieść. I nawet Lexie, choć zwykle miała problem z niuansami zawiłości odczytywania ludzkich emocji była pewna, że Crylin nie podziękowałaby jej za zaniesienie się do szpitala. Gwardzistka ruszyła powoli w stronę miasta. O tej porze i tak będzie tam raczej nie wiele osób i chwilowo powinny pozostać niezauważone. Jej stopy automatycznie skierowały się do zamku. W końcu nie było bezpieczniejszego miejsca na niebie i ziemi, niż  ta masywna budowla, wchodząca masywnymi palami w morze. 
  Nie była do końca pewna co zrobi, gdy do niego dotrze, na całe szczęście - nie musiała. Ku swojemu zdziwieniu zauważyła znajomą, zakutą w zbroję sylwetkę, zmierzającą w stronę zamku. Przyśpieszyła kroku i wkrótce zrównała się z Mer. Wyraz jego przyłbicy był jak zawsze nieprzenikniony. Nie dał po sobie poznać, że zauważył pojawienie się swojej współpracowniczki.
- Mer, potrzebuję ustronnego mieszkanka - oznajmiła cicho. Strażnik nie odpowiedział, jednak zmienił nieznacznie kierunek marszu. Lexie to w nim kochała. Robił co było trzeba bez zbędnego hałasu. 
  Nie szli długo. Zbroja zaprowadziła ich do ciasnej uliczki, z obu stron okolonej niezbyt eleganckimi kamieniczkami. Mer zatrzymał się przed trzecim wejściem i pchnął drewniane drzwi, które bez sprzeciwu otworzyły się na klatkę schodową. Wprowadził gwardzistkę na drugie piętro i wprowadził do niewielkiego mieszkanka, które zresztą również było otwarte. Widać nikt nie nachodził masywnego gwardzisty - przemknęło przez myśl Lexie.
  Kobieta ułożyła Crylin na niewielkim posłaniu (idealnie pościelonym!), znajdującym się w rogu pokoju.
- Przynieś jakichś szmat i ciepłej wody - rozkazała i powiodła wzrokiem za masywną zbroją, przemieszczającą się z trudem po ciasnym mieszkanku. Czym to miejsce właściwie dla niego było? Domem? Czy to znaczyło, że to tu mieszka, gdy znika z zamku? Czy tu... czasem ściąga zbroję?
  Po chwili koło gwardzistki pojawiła się balia z wodę i szmaty. Z niejaką wprawą Lexie wzięła się do oczyszczenia i opatrzenia rany. 
- Powiem, że jesteś chora - usłyszała przy drzwiach głęboki, grobowy głos. Odwróciła się zaskoczona, by ujrzeć stalową rękawicę i zatrzaskujące się drzwi.

[...]Siedzenie na podłodze i wpatrywanie się w sufit na pewno nie pomoże siostrze Crylin. W tym momencie jednak Lexie nie była w stanie więcej zrobić. No i musiała sobie poukładać kilka rzeczy w głowie. Przede wszystkim fakt, iż jej towarzyszka jest smoczym dzieckiem. Co samo w sobie nie było aż tak szokujące, gdyby nie to, że rozpoznawała tego smoka. Poza tym Matriasen... po co temu odległemu władcy potrzebny był artefakt z Leoatle? Sama Łza Oceanu wydała się nagle dziewczynie tajemniczym przedmiotem. W końcu nigdy sama by nie wpadła na to, że posiada jakąś moc. Wyciągnęła przedmiot z rękawicy i spojrzała na niego pod światło. W jej dłoniach i tak był bezużyteczny - zwykła, ładna błyskotka. Czym mogła się stać w dłoniach kogoś innego?
  Crylina na posłaniu poruszyła się niespokojnie. Chyba powoli wracała do sił. Gwardzistka schowała artefakt i wstała, by spojrzeć na towarzyszkę z góry. Miała otwarte oczy. Te kryształowe tęczówki... Lexie przebiegł dreszcz po plecach.
- Poczyniłam pewne kroki - powiedziała chłodno, sięgając do pasa po notatnik. - Procedury jasno określają zasadę postępowania w wypadku porwania. Mam listę kryjówek twojego gangu, współpracowników oraz kontakt do agenta straży w ich szeregach. 
  Rzuciła notesem w dziewczynę.
(Crylin? To co robimy?^^)

czwartek, 13 czerwca 2019

Od Lexie do Keyi

Lexie rzuciła się w kierunku koni, jednak było już za późno. Rodzeństwo pełnym galopem oddalało się gościńcem, pozostawiając za sobą jedynie chmarę kurzu. Gwardzistka zacisnęła zęby i odwróciła się do powozu. Jej spojrzenie padło na oddalającego się ukradkiem woźnicę oraz wykrwawiającą się powoli Keyę. Nigdzie nie było też Mer.
- Wracaj tu - warknęła do wymykającego się mężczyzny, który słysząc, że został zauważony rzucił się biegiem w kierunku lasu. Gwardzistka zrobiła zamach i cisnęła w niego włócznią, która z cichym plaśnięciem wbiła się w jego lewą nogę sprawiając, że upadł z jękiem.
  Lexie postanowiła zająć się nim później tymczasem podeszła do leżącej towarzyszki. Rana nie wyglądała dobrze. Była głęboka, prawdopodobnie nóż przeszedł na wylot, a wypływająca z niej krew zanieczyszczona była jakąś ciemną cieczą. Prawdopodobnie trucizną. Gwardzistka podeszła do powozu i odszukała bagaże bliźniąt. Nie byli w stanie wziąć ze sobą za wiele i na całe szczęście sporo ubrań zostało w powozie. Lexie wybrała trochę lepszego materiału i podarła go w pasy, którymi następnie zatamowała krwawienie w boku Keyi.
- Możesz wstać? - spytała gwardzistka, nie otrzymała jednak żadnej odpowiedzi. Najemniczka wyglądała na półprzytomną. Utrata krwi, ból, a prawdopodobnie również trucizna zrobiły już swoje.
  Tak ostrożnie, jak była w stanie strażniczka uniosła towarzyszkę i ułożyła ją w powozie, przykrywając następnie kocem. Chwilowo było to wszystko, co była w stanie dla niej zrobić, zwróciła się więc do woźnicy, który zdążył już dojść do skraju gościńca i przewrócić o wystający korzeń. Właśnie desperacko próbował wstać, wspierając się na włóczni gwardzistki. Przy czym zarówno zraniona noga, jak i jego tusza nie pomagały mu w tym zadaniu.
  Lexie przez chwilę przyglądała się jego wysiłkom z założonymi rękoma, po czym podeszła do niego od tyłu i chwyciła za kołnierz, z trudem pomagając mu stanąć na nogach. Mężczyzna spróbował zamachnąć się na nią włócznią, jednak z łatwością mu ją odebrała, przez co niemal nie wylądował na ziemi ponownie.
- Lepiej dla ciebie będzie współpracować - powiedziała cicho, przysuwając mu grot broni do gardła. Grubas pokiwał głową energicznie i pozwolił się pociągnąć z powrotem w stronę wozu.
  Mer dalej nigdzie nie było, co przelotnie odnotowała podświadomość kobiety. To musiało jednak poczekać. Zbroja kiedyś się znajdzie. Zapewne. Oby.
  Gwardzistka posadziła rannego na podłodze wozu. Mężczyzna stęknął i rozsiadł się z ulgą na drewnianym podłożu. Spojrzał ponuro na swoją oprawczynię.
- Gdzie i w jakim celu - zapytała Lexie, powtarzając wcześniejsze pytanie Keyi.
- Co? - grubas zrobił głupią minę.
- Wieźliście to. - Kobieta przewróciła oczyma.
- Do stolicy Nelayan. Tam mieli to od nas odebrać - odparł niechętnie woźnica.
- Kto?
- Nie wiem - mruknął. - Nie przedstawili się.
- I przyjąłeś ofertę z niepewnego źródła? - Gwardzistka skrzywiła się.
 - Grozili mojej żonie i córce! Musiałem to zrobić, inaczej by je skrzywdzili. - Lexie zrobiła sceptyczną minę i ze znudzeniem przerzuciła włócznię z jednej ręki do drugiej, zwracając uwagę mężczyzny na jej ruch. - Poza tym oferowali duże pieniądze...
  Dziewczyna rzuciła mu jeszcze jedno spojrzenie, po czym westchnęła.
- Zabandażuję ci nogę i nie chcę cię już więcej widzieć. Zrozumiałeś? - oznajmiła, obchodząc wóz i stawiając przy nim włócznię. Od strony mężczyzny usłyszała ciche ni to potwierdzenie, ni to stęknięcie. Wzięła nieco szmat, którymi wcześniej opatrywała Keyę. Rzuciła też dziewczynie przelotne spojrzenie. Nie wyglądała najlepiej. Była blada, poza policzkami, na których pojawiły się już czerwone wypieki. Niedobrze.
  Wróciła do woźnicy i z wprawą zatamowała krwotok. Wręczyła bez słowa mężczyźnie kilka czystych szmat i wskazała gościniec. Ten stęknął i stanął na nogach, po czym chwiejnie ruszył traktem, oglądając się raz po raz za siebie. Chyba bał się otrzymać kolejną włócznię w plecy.
  Za plecami gwardzistki rozległ się chrzęst zbroi. Lexie odwróciła się z dłońmi założonymi na pięści,
- Więc? - spytała, unosząc brew. - Gdzie byłeś?
  Mer nie odpowiedział. Stał nieruchomo, trzymając za uzdę konia. Jak sobie po sekundzie uświadomiła Lexie - konia bliźniaków.
- Złapałeś ich? - Cisza. - Nie, nie ma ich tutaj. - Cisza. - Masz tylko ich konia. - Cisza. - Gdzie oni są? - Cisza. - Mer. - Cisza. Gwardzistka westchnęła. - Zignorowałeś rozkaz. Powiesz mi wreszcie co się dzieje?
- Musimy się śpieszyć - oznajmił pusto. Kobieta zmarszczyła brwi. Miał rację, co nie zmieniało faktu, że oczekiwała odpowiedzi na swoje pytania.
- Dobrze. Zaprzęgnij konia. Powozisz. - Skinięcie głową i ruch w stronę powozu. - Jedziemy... - Lexie zawahała się - do najbliższego miasta. Zamieszkałego.
  Przez chwilę obserwowała jak zaprzęga konia, po czym  wskoczyła do wozu zobaczyć, jak czuje się Keya. Szmaty na jej ramieniu przemokły, a jej twarz była całkiem czerwona. Nie wyglądało to dobrze. Lexie szybko zmieniła opatrunek, po czym odnalazła bukłak z wodą i zmoczyła w niej kilka pasów tkaniny, by ułożyć je na czole dziewczyny, na karku oraz na nadgarstkach i w kostce. Zaczęła też przegrzebywać torby w poszukiwaniu jakichś ziół. Mogła co prawdę spróbować coś znaleźć w lesie, jednak nie znała zupełnie miejscowej flory, miała więc nadzieję, że w porzuconych bagażach będzie coś przydatnego.
(Kaya?)

wtorek, 11 czerwca 2019

Od Akroteastora do Kiirana

ZBĘDNYM JEST OBAWIAĆ SIĘ O ME ŻYCIE - mruknął Akroteastor, wciągając powietrze przez otwór nosowy. - MA OSOBA WYCZUWA NIEBEZPIECZEŃSTWO ZE ZNACZNEJ ODLEGŁOŚCI. ZNACZNIE BARDZIEJ OBAWIAŁBYM SIĘ O NIE, GDYBY PRZEMIERZAĆ TAMTO MIASTO MOJA OSOBA ZMUSZONA BYĆ MIAŁA. ZAPEWNE NIE USZŁO TWOJEJ UWADZE, ŻE OSTATNIM RAZEM PLANOWANO MNIE WTRĄCIĆ DO MIEJSCOWEGO LOCHU, NIM TWA INGERENCJA NIE UNIEMOŻLIWIŁA IM UCZYNIENIA TEGOŻ. - Założył dłonie na piersi. - CHOĆ MOŻESZ MIEĆ RACJĘ, IŻ MOJA OBECNOŚĆ NIEZBĘDNA BĘDZIE W MIEŚCIE, ALBOWIEM TWA OSOBA PRAWDOPODOBNIE NIE ZDOŁA DOSTARCZYĆ MI ODPOWIEDNICH ZIÓŁ. - Morteo zamilkł i zgrzytnął zębami. Ulatniał się w takim pośpiechu, że nie zdołał zabrać całego swojego wyposażenia.
- Skoro tak mówisz. - Mężczyzna przewrócił oczyma.
- OWSZEM. - przytaknął stwór.
- Nie odpowiedziałeś mi na pytanie - zauważył Kiiran, spinając konia i ruszając w drogę powrotną ku miastu. Akroteastor ruszył pieszo, z łatwością dotrzymując kroku maszerującemu koniu.
- TRUDNO JĄ PRZEGAPIĆ. JEST NA POŁUDNIU WIOSKI, NIEDALEKO CENTRUM I PRZYNAJMNIEJ W BIEŻĄCYM MOMENCIE ZNAJDUJE SIĘ NA ZAKOŃCZENIU GOŚCIŃCA, PRZEBIEGAJĄCEGO NAJKRÓTSZĄ DROGĄ OD KRAŃCA WIOSKI. - Zamilkł na chwilę, jakby w zamyśleniu, odwracając czaszkę do słońca. - CHYBA ŻE ZDĄŻYLI JUŻ ODBUDOWAĆ TE BUDYNKI, W CO ŚMIEM WĄTPIĆ. A JEŚLI CHODZI O POJEMNIK... CÓŻ. SŁOIK NADAĆ SIĘ WINIEN, ALBO JAKOBYŚ DZBAN. BYLEŚ NIE USZKODZIŁ NARZĄDU NADTO PODCZAS TRANSPORTU. MASZ JESZCZE JAKIEŚ WĄTPLIWOŚCI CZŁOWIEKU?
(Kiiran?)