poniedziałek, 24 lutego 2020

Od Brainina do Rakagorna

Siedziałem na naszym wozie ledwie szóstą godzinę, gdy Rakagorn w końcu zjawił się z powrotem i zaczął marudzić na typowe opóźnienia związane z handlem, ale poza powierzchownym zirytowaniem wydawał się nie być naprawdę zły, więc po prostu założyłem, że i tak nie muszę się niczym martwić. Wręcz zacząłem się uśmiechać pod nosem, gdy braciszek oznajmił mi, że spędzimy kilka dni w mieście i nie będę musiał pilnować wozu, bo załatwił nam strzeżony magazyn na ten czas. 
- Czyli jeśli dobrze zrozumiałem... - zacząłem zbierać moje klamoty z wozu w czasie, gdy Rakagorn opowiedział mi o swoich postępach i znów zaprzęgał kucyki do wozu - ...mam około trzech, czterech dni wolnego dla siebie, śpimy w karczmie "Dno beczki", w której twój znajomy załatwił nam pokoje i nie mogę tam powodować awantur... - kontynuowałem, a Rakagorn potakiwał i pomrukiwał w zgodzie - ...aha ...no dobrze, to ja się rozejrzę trochę po mieście. Jakbym nie wrócił za dwa dni przejdź się do świątyni lub lecznicy powinieneś mnie tam zastać. - odparłem wesoło i wymaszerowałem z uśmiechem i marudzeniem Rakagorna za plecami, który miał zająć się dowiezieniem wozu do pilnowanego magazynu. 
Z plecakiem na plecach i torbą przewieszoną przez ramię zagłębiłem się w mieście szukając jakiegoś warsztatu lub sklepu rzemieślniczego. Chciałem wpierw uzupełnić brakujące mi materiały i odczynniki zanim będę mógł zająć się przyjemnościami. 
Po jakimś czasie znalazłem sklep, który nadawał się w sam raz. "Kotłujący kociołek", który był czymś w stylu połączonego sklepu aptecznego i zielarza. Na wejściu jak to w przypadku takich miejsc uderzyła mnie mocna nieprzyjemna woń różnych roślin, nawozu oraz typowej "chmurki" wydobywającej się z kociołków. Gdy wszedłem rozległ się również dzwoneczek, którego w pierwszej chwili zignorowałem usiłując przyzwyczaić się do aromatów, ale sklepikarz oswojony z aromatami szybko przybiegł z zaplecza. 
- Witam, w czym mogę pomóc? - zapytał niski człowiek (wciąż o jakieś czoło wyższy ode mnie) w pobrudzonym fartuchu, i rękami pobrudzonymi ziemią, jakby dopiero przed sekundą oderwał się od pracy. Szybko spytałem o najważniejsze brakujące mi odczynniki. Uzupełniłem większość zapasów i na odchodnym spytałem.
- A tak z innej beczki... nie wie pan, gdzie jest tu jakaś gildia najemników lub duża oberża? - spytałem, a na twarzy sklepikarza widać było zdziwienie, bo uznał mnie za uczonego lub alchemika nie zaś za łowcę nagród. 
- Eee... no cóż... jeśli zajdzie pan na rynek powinien pan spostrzec tawernę "Tarcza i kufel"... tam przez większość czasu rezydują... osoby do wynajęcia. - skończył trochę niezgrabnie człowiek po czym pożegnaliśmy się i ruszyłem w stronę rynku. Oczywiście zanim dotarłem do oberży wpadłem jeszcze do kuźni i zaopatrzyłem się w trochę gwoździ i metalu, dzięki czemu mój plecak znów stał się przyjemnie ciężki (choć większość ras uznałaby już i tak, że był stanowczo za ciężki).
Teraz stałem przed szyldem ukazującego rycerza z tarczą, zrobioną z taboretu, i kuflem w drugiej dłoni będącego jego orężem. Widać w mieście musiał być jakiś rzeźbiarz albo artysta... zresztą nie mnie oceniać takie ozdoby, skoro niektórzy moi współplemieńcy sami tworzą wielkie murale lub wykuwają całe sceny bitew lub sag na ścianach jaskiń i domów. 
Wzruszając ramionami wszedłem do tawerny, moje wejście zostało zauważone przez część biesiadników, ale tylko tych bliżej wejścia, bo pod barem było duże zamieszanie i rozgardiasz, którego z początku nie rozumiałem. Gdy jednak podszedłem bliżej (przepychając się pomiędzy kilkoma ludźmi) spostrzegłem, że nad barem jest zawieszona duża tablica wypełniona plakatami i zleceniami, a teraz akurat jakaś barmanka przypinała nowe zadania, które musiały być źródłem zainteresowania otaczających mnie ludzi. 
Gdy barmanka z uśmiechem odeszła od tablicy naraz cały tłum zamilkł, zaczytany w listach i opisach zadań, aż ktoś zawołał.
- Dla nas zadanie z górskim ogrem! - Młody wojownik otoczony przez swoją drużynę podszedł do lady, a uprzejma barmanka podała mu kopię zadania wiszącego na tablicy ogłoszeń. Po czym zanotowała imiona śmiałków i odeszła do innych obowiązków. 
Gdy znów skupiłem się na czytaniu zleceń szybko musiałem odrzucić dużą część zadań polegających na polowaniu na bandytów lub wymagających długich miesięcy podróży. W końcu wyłowiłem jedno dziwne zadanie, które mnie zaciekawiło.
- Chciałbym to zadanie z znikającymi krowami... - powiedziałem podchodząc do lady, a lekko zdziwiona kelnerka przez chwilę szukała zlecenia, o które mi chodzi, aż wyłowiła to, które mnie zaciekawiło. Polegało ono na pozbyciu się bestii, która porywała z farmy krowy co około tydzień. Nie było żadnego opisu stwora, bo farmer nie był na tyle odważny, by samemu spróbować zapolować na stwora, gdy usłyszał jego ryki w czasie zarzynania jego bydła.
- No dobrze... proszę oto pańska kopia, jako dowód wykonania zadania farmer powinien dać panu taką oto kamienną tabliczkę... używamy ich, by potwierdzić wykonanie zadania i jako upoważnienie do wypłacenia nagrody za rozwiązanie problemu. Kogo mam wpisać do rejestru? - spytała na koniec dziewka trzymając już uniesione pióro. 
- Brainin Ogniobrody - odparłem chowając kopię zlecenia do wewnętrznej kieszeni kurty po czym zamówiłem jeszcze kufelek piwa i potrawkę z królika, bo już zaczynałem być porządnie głodny. 
Gdy skończyłem posiłek, ruszyłem szukać karczmy "dno beczki" w której miałem nadzieję złapać Rakagorna i powiedzieć mu, że planuję jednak wybyć na trochę z miasta... na szczęście znalazłem go w karczmie wraz z kilkoma innymi handlarzami, którzy zagrywali się w "karawanę", grę dość wolną jak na standardy kasyn i wymagającą troszku myślenia i planowania. Gdy oderwał się od stołu  był wyraźnie zadowolony i podrzucał wesoło nową sakiewkę. 
Usiedliśmy przy barze zamawiając sobie po szklanicy czegoś mocniejszego po czym opowiedziałem bratu gdzie zamierzam wybyć. Niedaleko miasta jakieś trzy czy cztery godziny od miasta na granicy z lasem leżała nieszczęsna farma, która była celem mojego zadania. Chciałem również dowiedzieć się czy Rakagorn zechce ze mną  wyruszyć czy woli jednak spędzić czas w mieście. 
(Rakagorn?)

środa, 15 stycznia 2020

Od Matriasena do Misericordii

Pulsujący ból w skroniach i dzwonienie w uszach. Nie było to dla Matriasena nowe uczucie. Spróbował się podnieść, jednak coś ograniczało jego ruchy. Otworzył oczy. Świat przypominał kolorową plamę, z której powoli wyłaniały się znajome kształty. Opuścił wzrok na swoje dłonie. Tkwiły w zatrzaskach, przytwierdzonych do krzesła. Przez chwilę próbował sobie przypomnieć, jak to się stało, gdy jego wzrok zogniskował się na elektrodach wykrywacza kłamstw. Właśnie, miał wypytać marchewkową dziewczynę o… o wszystko w sumie. Rozejrzał się, szukając płomiennych włosów. Były. Rudowłosa siedziała na ziemi, plecami do niego i najwyraźniej intensywnie się nad czymś zastanawiała. W dłoniach trzymała coś, co wyglądało jak kawałek pergaminu. Cesarz wyciągnął się na tyle, na ile pozwalała mu obręcz na szyi, próbując zobaczyć co pisze, jednak nic to nie dało. Czuł niejaką dumę. Naprawdę dobrze skonstruował to krzesło. Aż dziwne, że dziewczyna była w stanie się z niego wydostać.
- Jeśli szukasz odpowiedniego słowa, może pomogę – zaoferował pogodnie. Była dokładnie tym, czego szukał. Jego intuicja okazała się być jak zawsze niezawodna. Nic nie mogłoby go wprawić w lepszy humor. No, może tylko udoskonalenie maszyny z jej wkładem.
- Z-zamilcz potworze, dręczycielu marchwi i pożeraczu warzyw! - wykrzyknęła, wyraźnie zdenerwowana, choć akurat z ich dwójki to Matriasen powinien być bardziej nerwowy. - Teraz ja będę zadawać pytania, także mów prawdę!
  Dla podkreślenia swoich słów przesunęła przełącznik na wykrywaczu kłamstw. Urządzenie zabrzęczało lekko i po miedzianych drutach przeskoczyła iskra. Cesarz poczuł rażący ból w klatce piersiowej. Rzucił się, jakby chcąc się wyrwać, jego serce biło jak szalone, a palce dłoni zacisnęły na oparciu krzesła, wbijając w drewno. Zrobiło mu się ciemno przed oczami. Znowu zaczęło mu dzwonić w uszach.
  Gdzieś z oddali dobiegał go jakiś dźwięk, jednak nie był w stanie nawet go zidentyfikować. Poczuł dotyk na twarzy i z trudem otworzył oczy. Przed swoją twarzą miał twarz marchewkowej dziewczyny. Wyglądała na nieco zmartwioną, ale gdy tylko zobaczyła, że chłopak się budzi odsunęła się i poruszyła ustami, jakby coś mówiła.
  Cesarz nie raz został kopnięty przez prąd podczas pracy, jednak nigdy nie bolało to tak mocno. Przez głowę mu przeleciało, że trzeba się zastanowić nad skutecznością wykrywacza kłamstw. Być może wstrząsy elektryczne nie do końca stymulują ludzi do mówienia prawdy, mimo zapewnień Naczelnego Inkwizytora o skuteczności tej metody. Być może powinien sam się przyjrzeć przesłuchaniom i wspomóc wojskowych swoim błyskotliwym geniuszem.
- ...lo ...szysz ...bie ...ówię? - Dziewczyna otwierała szeroko usta i widać było, że stara się mówić bardzo powoli. Matriasen skinął lekko głową, nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa. Rudowłosa położyła ponownie skupiła swoją uwagę na pudełku i zaczęła je oglądać z każdej strony. - To tak powinno działać? To chyba niezbyt efektywne potwierdzanie prawdomówności.
- Trzeba... - zaczął powoli wynalazca czując, jak plącze się mu język - zmniejszyć intensywność.
- Co, jaką intensywność? Że niby tymi kółkami z boku? - dziewczyna dotknęła czegoś na pudełku, a Matriasen zacisnął palce na oparciu w oczekiwaniu na kolejny wstrząs. Nic takiego jednak się nie stało. Rozluźnił się nieco.
- Zapewne, chodzi o tą dużą.
- Dobrze, a teraz mów. Co odkryłeś na temat ożywiania marchwi. - Nacisnęła przełącznik, a Cesarzem ponownie wstrząsnął prąd elektryczny. Tym razem jednak nie stracił przytomności, musiała więc znacząco zmniejszyć intensywność.
  Serce ponownie mu przyśpieszyło i potrzebował chwili, by je uspokoić.
- Na pewno pomogłoby... gdybyś zaczekała, aż zdążę coś powiedzieć - zauważył, wciąż czując, jak serce wali mu w piersi, jakby właśnie przebiegł maraton.
- Więc mów  - zażądała, zaplatając ręce na piersi.
  Chłopak odchylił głowę do tyłu w zastanowieniu.
- Łatwiej by to było narysować... ale dobrze. Marchew, jako warzywo deryglocjalne charakteryzuje się fluktuozą infracyjną, która oddziałuje z polifrozją morficzną mieszanki deokryrybonukleiny i miazmatu rotasu z wrażeniem pseudomistycznym ars musicorum, generowanym w sposób systematyczny przez struny wnętrza rut, połączonych neurofonicznie z sercem energetycznym, fletem z Hameln. Zgodnie z teorią Yashino Sho o hermerkulizacji nehjotowej powinno to zadziałać przy spełnieniu warunku optimum i założeniu fletrenu dodatniego, jednak z jakiegoś powodu działa to tylko na marchwie.
(Misericordia?)

poniedziałek, 13 stycznia 2020

Od Mirajane do Lexie

Moja biedna Lexie pozostawiła mnie. Przynajmniej tak mi się wydawało, w końcu... Straciłam znowu to cudowne ciepło, które mną się opiekowało. Nie pamiętałam co się stało. Chyba zemdlałam, ale nie byłam tego całkowicie pewna. Niósł mnie Discord. Jego ciepło, było inne, różniło się od tego, jakie dawała mi moja cudowna gwardzistka. Zawsze przy mnie była, zawsze mnie wspierała, chroniła i oddawała swoje zdrowie za mnie. Dlaczego nie umiałam się jej odwdzięczyć. Dlaczego czułam się niegodna tej, którą tak kochałam. Od kiedy spotkałam się z nią pierwszy raz, zaprzyjaźniłyśmy się, a co najważniejsze, stałyśmy się sobie bliskie jak siostry. Nigdy nie chciałam tego zmienić i nie miałam zamiaru nic zmieniać. Tak miało pozostać. Tylko co my teraz zrobimy... Zamek się spalił... A w nim cała moja rodzina, służba, lud... Wszystko i wszyscy. Mer... Mój Mer, który zawsze mnie chronił przed złem, nie wiedziałam, gdzie teraz się znajdował. Pragnęłam, aby znowu mnie obronił tarczą, aby szedł obok mnie... Przypomniała mi się parada na cześć królestwa...
---
Lud krzyczał ze szczęścia, wokoło nas latały płatki kwiatów. Wysiadłam z karocy w pięknej, błękitnej sukni, przyozdobionej specjalnie przygotowanymi dla mnie materiałami. Wtedy właśnie, obok mnie, pojawił się Mer. Patrzył na mnie z głębi ciemności w hełmie, ale podał mi oczywiście swoją dłoń, po czym kiedy wyszłam z karocy, moje plecy okrył czerwonym płaszczem. Uniósł tarczę do góry, aby słońce nie uderzało mi w oczy, a co najważniejsze z ogromną czułością pomógł mi dojść na przygotowane miejsce dla rodziny królewskiej.
Za mną wybiegło moje młodsze rodzeństwo, które ze śmiechem machało do ludu. Dwaj, młodsi ode mnie, bliźniacy wyszli obok siebie z uśmiechami na twarzach. Przed nami kroczyli rodzice, którzy jako pierwsi zasiedli na tronie. Ja usiadłam po prawicy mojego ojca. Wtedy właśnie Mer minimalnie uchylił swój hełm, zakrywając się jak mógł i pocałował wierzch mojej dłoni. Wtedy właśnie chyba po raz pierwszy w życiu na moich policzkach pojawił się tak mocny rumieniec. Spojrzałam na mężczyznę i wyjęłam chustę, podając ją gwardziście.
- Wygraj turniej... Dla mnie. - powiedziałam z uśmiechem.
Mer przyjął moją chustę, którą przyłożył sobie do serca. Zza niego wyszła Lexie, która stanęła za moim tronem. Była wierną gwardzistką, nie oddalała się ode mnie, byłam jej zawsze wdzięczna. Tradycją było, że księżniczka ma prawo wystawić do turnieju swojego gwardzistę, a ja z chęcią to zrobiłam. W końcu... To był Mer... Który nie raz uratował mnie od złego. Uśmiechnęłam się do niego, po czym przechyliłam lekko głowę i wygładziłam suknię.
W trakcie turnieju z pasją przyglądałam się wszystkim pojedynkom. Mer wygrywał. Dla niej. I udało się. Wygrał zawody, a ja ze szczęścia wstałam i zaczęłam głośno klaskać w dłonie.
- Dziękuję ci Mer! Jestem najszczęśliwszą księżniczką na ziemi! - powiedziałam donośnie i posłałam pocałunek w powietrzu dla niego.
Zasługiwał na to...
---
Obudziłam się nagle, głośno się śmiejąc. Discord smagał mnie końcówką swojego ogona, abym się wybudziła. Znaleźliśmy się nad Królestwem Syren. Dlaczego tutaj... Ah... No tak. Muszę wezwać pomoc! Popatrzyłam na mojego Haresa i rzuciłam zaklęcie, dzięki któremu mogliśmy oddychać pod wodą. To była podstawa, więc czar na pewno będzie bardzo długo działał. Rzucę go znowu za jakiś czas. Discord zanurzył się ze mną i z ogromną szybkością ruszyliśmy na audiencję do króla.
Udało się nam dotrzeć i otrzymać możliwość rozmowy z władcą syren. Pokłoniłam się nisko przed tronem. Sala była wielka, niewiele różniąca się rozmiarem od tej w Leoatle. Wszędzie ozdoby były w kształcie muszel, spirali, a dodatkowo wszędzie były piękne koralowce, jakie dodawały temu miejscu uroku. Popatrzyłam w oczy starego trytona.
- Witaj władco mórz. Jestem Mirajane Melanie Reiss, córka króla Leoatle. Nasz zamek i kraj został zaatakowany. Moja gwardzistka jest w drodze tutaj, a za nią prawdopodobnie jest pościg! Proszę cię, panie, wyślij część swojego wojska, aby uratował moją gwardzistkę! - powiedziałam dumnie i donośnie. - Naprawdę potrzebujemy pomocy. Zamek płonie, a my nie mamy gdzie się udać. - dodałam jeszcze.
Stary mężczyzna zastanowił się i kiwnął głową. Machnął potem swoim trójzębem, a wtedy posłaniec wyruszył. Otarłam czoło, czułam nadal ogromne gorąco jakiego ode mnie biło. Musiałam dostać pomoc... Inaczej umrę...
- Proszę cię, panie, o opiekę lekarską dla mnie i dla mojego pupila... - powiedziałam, pokazując na moje małe zwierzątko...
Król się zgodził. Zostałam zabrana do oddziału szpitalnego w zamku. Mam nadzieję, że Lexie żyje... A Mer za niedługo do nas dołączy...
<Lexie? ^^>

sobota, 11 stycznia 2020

Od Ayarshi do Lexi

Dziewczyna jeszcze miła trochę czasu dla siebie wiec zażyczyła sobie kanapek na posiłek. Po paru minutach przyszła służka z talerzem, na którym była wieża kanapek. Gdy była sama zjadła trzy kanapki, a resztę dobrze zawiązałam w tkaninę i schowałam do szuflady. Gdy słyszała pukanie do drzwi.
-Wejść. -jakaś osoba dała jej list, kobieta odprawiła osobnika i otworzyła  list zaczęła go czytać i aż krew w niej się zagotowała, gdy ujrzała, że król ma zamiar ja od eskortować do domu.
-Po moim trupie. -Zerwała się z miejsca i chciała zabrać swoje ciuchy, ale ich tam nie było. Przeszukała pomieszczenie i znalazła tylko suknie i spódnicę. Zezłoszczona rozerwała suknie i przewiązała ja na piersiach, a spódnice skróciła, przewiązała jeszcze worek sznurem i wyślizgła się oknem.
- Wysoko - powiedziałam do siebie w myślach, idąc krawędziarką budynku. Przeoczyła kolejne części i zeszła na ziemię, gdy przemykała przez ogród zauważył ją jeden ze strażników i zaczął ją gonić, lecz nie udało mu się złapać dziewczyny która uciekła do pobliskiego lasu. W tym czasie, straż weszła do pomieszczenia, w którym  spodziewali się Ayarashi, ale jej tam nie było powiadomili o tym Lexie. Ayarashi mknęła miedzy gałęziami i ukryła się w zamaskowanej dziupli słysząc w oddali zbliżający się pościg.

(Wybacz za ta beznadzieje Lexi)

piątek, 3 stycznia 2020

Od Raggasha do Akroteastora

Demon przewrócił oczami z dezaprobatą, po czym zginając palce środkowy i wskazujący w każdej dłoni przedrzeźniał Akroteastora:
- Rzekomo zaginiony syn władcy, no pewnie przecież każdy władca tyle chędoży, za przeproszeniem, że nie zliczy swoich następców tronu. Pójdźmy zatem na kompromis. Skoro nie ma powodu do buntu... Stwórzmy go.
Akroteastor, z racji braku mimiki twarzy, nie mógł wyrazić swego zniesmaczenia zachowaniem demona, ale aby Raggash miał okazję wyrzucenia z siebie potoku słów dał mu szansę na wypowiedzenie się.
- A PO CO MAMY SIĘ ANGAŻOWAĆ W PODŻEGANIE PODDANYCH? ZWYKŁA STRATA CZASU.
- Nic Pan nie rozumie, nieprawdaż? Bez zamieszania nie mamy szans na... podmianę, nazwijmy to, dziedzica właściwego na nowego. Łatwiej zinfiltrować przeciwnika gdy jest zdezorientowany. Jeśli obszar po obszarze będziemy nakłaniać do współpracy, bądź podmieniać lokalnych włodarzy, będziemy w stanie podnieść daninę i chwilowo przetrzymać ją dla siebie, czyli zebrać dodatkowe fundusze dla naszej kampanii. Gdy rozpęta się chaos, wkradniemy się w łaski władcy i wykradniemy dziedzica, by zwrócić... nowego, bądź pozbędziemy się obu w taki czy inny sposób. Jeśli zapanują zamieszki, ludziom będzie bez różnicy kto obejmie tron, byleby zapanował pokój.- To powiedziawszy, machnął ręką i stworzył na stole mapę królestwa, a na niej żołnierzyki, przesuwające się w jedną i drugą stronę. Baron, widząc konsternację, zechciał wyrazić niepewność.
- A czy utrata ludzi nie osłabi już wątłego królestwa? Władza krajem bez poddanych jest bezsensowna...
- A któż ma ich mordować, jeśli nie kontrolowani przez nas możni? Nie chcemy wojny, tylko chaosu kontrolowanego. Resztę załatwi propaganda!
- WIĘC ROZPOCZYNAMY REWOLUCJĘ OD OSŁABIENIA JUŻ DELIKATNEJ GOSPODARKI- Morfeo z przyjemnością wynajdywał każdą lukę w myśleniu demona.- NAWET BĘDĄC TAK GŁUPKOWATĄ PERSONĄ, AVENGASH, ZASKAKUJE MNIE PAN TYM LEKKOMYŚLNYM "PLANEM".
- A Pan zaskakuje mnie swoim uporem, i udawaniem że nie zauważa Pan rozległych zalet mojego planu - fuknął na pozór obrażony Raggash. - Nie będziemy rujnować gospodarki, tylko opróżniać skarbiec państwa i napełniać nasz. Gdy król będzie miał przed oczami widmo bankructwa, obecny tu Baron von Rihler zaskarbi sobie jego sympatię swoimi własnymi bogactwami, które de facto pożyczył od monarchy na chwilę. Gdy zbliżymy się do niego, pozbędziemy się go po cichu. A władzę, jako główny sponsor królestwa, będziemy mieć już wcześniej, co tylko da nam dodatkowy czas na przygotowanie tego kraju "po naszemu".
- Muszę przyznać, Panie Akroteastorze- Rihler, jako niewątpliwie najlepszy kandydat na twarz całego planu, również chciał mieć coś do powiedzenia w materii sposobu jego wykonania- że jakkolwiek szalony by ten plan nie był, ma duże szanse powodzenia. Wzniecając zamieszki z powodu zwiększenia drastycznie daniny, zmusimy króla do interwencji, co zwiększy wydatki na żołd i zmusi go do rozproszenia swych sił. Jeśli uda nam się odpowiednio długo podtrzymać ten stan i doprowadzić do desperackiej sytuacji finansowej, wkradnięcie się w łaski będzie dziecinnie proste. Co więcej, niektórych szlachciców możemy przekonać do współpracy, biorąc na cel najbogatszą baronię jako pierwszą i zrobienie z niej przykładu... Oczywiście, rozmowy z kolejnymi baronami odbyć musiałyby się w kuluarach.
- Z tym nie powinno być problemu, zamki mają słabe zabezpieczenia antydemonowe - rzucił od niechcenia Raggash, przesuwając siłą woli pionki na mapie. Akroteastor teraz zorientował się, że demon wszystkie ruchy o których mówili zaznaczał na mapie.
- Tym lepiej, a przy okazji nie stracimy zbyt wielu cennych ludzi, tworząc okazje do pozbywania się tych... niewygodnych.
- A JEŚLI KTÓRYŚ BARON BĘDZIE MIAŁ NA SŁUŻBIE MAGA KTÓRY UTWORZY BARIERĘ DZIĘKI KTÓREJ PAN RAGGASH BĘDZIE MÓGŁ CO NAJWYŻEJ POPATRZEĆ NA JEGO ZAMEK?
- Wtedy należy pamiętać, że Bełt z kuszy nie jest magiczny - Raggash rzekł to z taką lekkością jakby właśnie ogłaszał deser- I nieprzyjemnie piecze czy trafieniu- odparł wciąż patrząc na mapę teraz naczelny strateg całego przedsięwzięcia.- A jeśli zaszyje się w zamku, kto niby mu uwierzy? Ludzie pomyślą że oszalał. Łącznie ze służbą i strażą. Ktokolwiek by się nam nie przeciwstawił, przy odrobinie myślenia bez problemu zostanie zneutralizowany. I ten sam los może spotkać króla. Taki jest mój plan, panie Akroteastorze. Jeśli chce pan nam przedstawić nam jakiś dyskretny i czasochłonny plan działania, na którego efekty będziemy czekać do następnego stulecia którego tylko pan dożyje, bo ja wrócę do piekła z nudów w międzyczasie a ludzie są bardzo śmiertelni, więc cóż... słucham.
- Panowie wybaczą że się wtrącę przed szanownym panem Akroteastorem - Baron wyglądał jak  maleńkie ziarnko piasku przy dwóch antycznych skałach- czy zarzucamy koncept tworzenia ludziom przywódców? Jeśli przywiążą się do nich zbytnio, mogą wymagać ich obecności także po rewolucji...
- Nie zawsze będą niezbędni, ale ma pan rację, powinniśmy ograniczyć udział osób trzecich. Ukazanie ich wszystkich jednocześnie będzie wyzwaniem nawet dla mnie- demon patetycznie wskazał na siebie z uśmiechem. Żartuje z króla, szlachty, Akroteastora, mnie a teraz z siebie, rzekł sobie w duchu Elkanov. Jeśli to jest diabeł, to ludzie w piekle cierpią od śmiania się w nieskończoność...
(Fox, decyzja jest Twoja, Raggash może i ma ciekawe pomysły, ale to Akro jest szefem, jak bardzo sztywny by nie był :3)


"Dalsze siedzenie przy barze wpędzi Cię co najwyżej w alkoholizm… Szczerze mówiąc są gorsze opcje."

nieznany
Imię: Kiku
Pseudonim: Niu
Wiek: Dwadzieścia dwa lata
Płeć: Mężczyzna
Wzrost: 165 cm
Rasa: Neko
Zawód: “Prowadzę własny biznes. Niewielka, stabilna instytucja, dobra na nasze niespokojne czasy” - posiada własny pub, w którym jest barmanem, kucharzem i kelnerem w jednym.
Miejsce zamieszkania: Wszędzie i nigdzie - dosłownie i w przenośni. Gdy otwierał swój pub kierował się niską ceną, a nie ukrytymi haczykami. Dopiero gdy planował renowację głównej sali dowiedział się, że kupił w pełni świadomy budynek z funkcją magicznych drzwi. Tak oto budynek wisi między wymiarami a jego drzwi zaprowadzą Cię wszędzie… No, chyba że go obrazisz.
Miejsce urodzenia: Ucurum
Charakter: Za ladą to spokojny barman rzucający błyskotliwą radą czy filozoficzną mądrością życiową dla potrzebującego uwagi klienta. Jednemu powie coś łagodzącego ból duszy, drugiemu zaś szepnie, że ma się zabrać do roboty pod groźbą zdzielenia ścierką. Sam nie wie, kiedy ze zwykłej potrzeby dobrze wypełnionej pracy stał się matką dla bandy oszołomów udających groźnych przestępców. Jednak mimo tej specyficznej otwartości do podobnych mu wyrzutków społeczeństwa wciąż pozostaje oschłym nędzarzem, który nie dopuszcza nikogo do swoich problemów. Pod skorupą względnej samodzielności ukrywa przerażającą potrzebę bliskości i akceptacji schowaną z powodu strachu przed zranieniem. Czasami chciałby się po prostu do kogoś przytulić nie mówiąc nawet dlaczego.
Rodzina: 
Elizabeth - Ukochana matka, której umarło się ostatnimi czasy. Jej tragiczny koniec wciąż powraca w snach. 
Umiejętności: Potrafi słuchać. Bez względu na to, w czym tkwi problem, będzie próbował pomóc Ci go rozwiązać. Żadna sprawa nie jest dla niego beznadziejna i nikt nie jest zły. Stara się nie oceniać osoby, a jeśli już to robi to przez jej motywacje, a nie czyny.
Sukces swojego interesu zawdzięcza nie tylko przydatnemu lokum, ale też swoim wysokim zdolnościom kulinarnym. Każde danie otacza swoją miłością, bo kto wie, może trafi komuś przez żołądek do serca.
Aparycja: Niewysokie i wątłe ciało sprawia, że trudno wziąć go za poważnego rywala. W istocie nie cechuje się też żadną siłą. Sprawia to, że jest niebywale zwinny i skoczny. Za jego słabe punkty ewidentnie można zaliczyć głowę i plecy - jedno dotknięcie, a nawet największa siła woli przegra z odczuwalną przyjemnością. Na udach malują się rządki blizn - pamiątki po trudnym okresie przeżywanym po śmierci matki.
Historia: Wraz z matką przez całe dzieciństwo podróżował po świecie. Oprócz wspomnień pozostał mu z tamtych dni pluszowy miś, który także stał się pewną maskotką pubu. Gdy matka oddała za niego życie łapał się każdego sposobu by przeżyć, aż w końcu mógł otworzyć własny interes. Śmiało można stwierdzić, że optymistycznie rozpoczął nowy epizod swego życia.
Towarzysz: Pub, pluszowy miś i banda rozbójników. Kogo więcej mu potrzeba? 
Inne: 
Jego lęki są absurdalne - choć uwielbia groźne sytuacje i zwierzęta, to wpada w atak paniki, gdy tylko straci źródło światła bądź rozpęta się burza.
Właściciel: korneliar
Preferowana długość odpisów: Liczy się jakość, a nie ilość, chociaż długim opkiem nigdy nie pogardzę.
Stopień Wpływu (SW): 3SW (Po wcześniejszej konsultacji istnieje możliwość podniesienia SW)

sobota, 28 grudnia 2019

Od Misericordii do Matriasena

Cała ta sytuacja coraz to mniej jej się podobała. Ten nieszczególnie rozgarnięty osobnik coraz to bardziej zaczynał przypominać jej szalonego naukowca, którego spotkała podczas jednej ze swoich podróży, a jego mina sugerowała, że najchętniej rozebrałby ją na części i poskładał z powrotem dokładając kilka elementów. Jednocześnie dotarło do niej kilka rzeczy. Po pierwsze jego imię wydawało się dziwnie znajome. Nie potrafiła sobie przypomnieć kim właściwie był właściciel tego imienia, ale już je gdzieś słyszała. Ród Valhinów… To też powinno jej coś mówić, ale nie potrafiła skojarzyć faktów. Postanowiła zatem, że później się nad tym zastanowi. Po drugie – siedziała właśnie przykuta do krzesła. Jeśli nieznajomy postanowi skrzywdzić  ją albo którąś z marchwi jest całkowicie bezbronna. Pozostaje jej wierzyć, że Matriasen mówił prawdę i nie skrzywdzi uratowanej przez nią marchewki. Po trzecie, i najważniejsze – czy on właśnie wspomniał coś o ożywianiu warzyw? Musiała się dowiedzieć więcej na ten temat. Jeśli możliwe jest przywrócenia życia martwym marchewkom, to wtedy cała jej misja przyjmuje zupełnie inny wymiar. Nie tylko pomści śmierć swoich bliskich, ale też być może przywróci ich do życia. Nie mogła przepuścić takiej okazji.
- Przepraszam bardzo… – na wszelki wypadek postanowiła uważnie dobierać słowa – Czy mogłabym zadać pytanie?
- Pytanie? Najpierw odpowiedz na moje pytania! – znów uśmiechnął się w ten sam przerażający sposób – Kim jesteś? Skąd pochodzisz? Czy jest was więcej?
- Eee… - Misericordia nie wiedziała co odpowiedzieć
- W jaki sposób powstała hybryda człowieka i marchwi? Czy miała w tym udział magia? W środku wyglądasz jak człowiek, czy jak marchew? Odżywiasz się jak ludzie czy przeprowadzasz fotosyntezę? – Matriasen wyrzucał z siebie niekończący się ciąg pytań – Potrafisz korzystać z magii? Smakujesz jak marchew, czy jak człowiek? Czy pod tymi ubraniami skrywa się ludzka skóra, czy też może pomarszczona skórka z marchwi? Posiadasz korzenie? Jak nauczyłaś się chodzić i mówić? Czy jest możliwe stworzenie więcej ludzi-marchwi?
- Ja… Yyy… - zasypana pytaniami nie wiedziała na które powinna odpowiedzieć na początek
- Czekaj! Nie odpowiadaj! Przyniosę swój wykrywacz kłamstw, tak na wszelki wypadek. I coś do notowania – to powiedziawszy zniknął w sąsiednim pomieszczeniu
„To moja szansa!” pomyślała Misericordia i zaczęła wdrażać w życie swój plan opracowany dawno temu na wszelki wypadek. Ćwiczyła kiedyś w lesie częściową przemianę i postanowiła teraz jej użyć. Najpierw zaczęła zmieniać swoje stopy w korzenie. Kiedy zwęziły się na tyle, żeby przecisnąć się przez metalowe obręcze wyciągnęła je z nich i zamieniła z powrotem w stopy. Następnie powtórzyła to samo z rękami i głową. Najwięcej magii musiała zużyć na uwolnienie brzucha, bo wymagało to częściowej przemiany połowy ciała, jednak po chwili uporała się i z tym. Starając się robić jak najmniej hałasu wzięła w ręce jedną z metalowych rur i zaczęła się skradać. Powoli wyjrzała zza progu i ujrzała Matriasena grzebiącego w jednym ze swoich złomo- pagórków. „Jednak mam dzisiaj szczęście” pomyślała widząc, że jest odwrócony do niej plecami. Zaczęła powoli iść w jego stronę starając się nie nadepnąć na wszechobecne kawałki żelastwa. Była już tuż za nim kiedy ten znalazł to, czego szukał i odwrócił się w jej stronę. W tym momencie z perspektywy wynalazcy zdarzyło się kilka rzeczy jednocześnie. Odwrócił się, zrobił zaskoczoną minę, próbował krzyknąć, poczuł silne uderzenie w głowę i stracił przytomność. Misericordia przywaliła mu jeszcze kilka razy dla pewności i spróbowała podnieść ciało mężczyzny.
- Jakie to ciężkie! – wysapała i upuściła go prosto w stos gwoździ – To pewnie przez tą metalową rękę tyle waży
„Jak nie siłą, to może sposobem?” pomyślała i spróbowała złapać go za nogę i pociągnąć. Powoli zaczął się przesuwać w pożądaną przez nią stronę. Jednak ciągnięcie nieprzytomnego mężczyzny przez wysypisko śmieci nie należy do najłatwiejszych i na tej kilkumetrowej trasie zdarzyło się kilka „wypadków”. Otóż najpierw całkowicie „niechcący” nadepnęła mu na rękę kiedy wyciągała ze stosu żelastwa skrzynkę, którą Matriasen określił jako wykrywacz kłamstw. Następnie jeden z pagórków zawalił się prosto na jego brzuch, coś wybuchło tuż obok kiedy jego metalowa ręka trąciła jakiś podejrzanie wyglądający cylinder, na głowę spadła mu puszka z farbą, którą Misericordia przypadkiem strąciła kiedy uderzyła się głową o półkę, a już pod sam koniec ciało mężczyzny zaliczyło bliskie spotkanie trzeciego stopnia z progiem od drzwi i rzuconą niedbale na podłogę cegłą. Żaden wypadek nie był jednak na tyle poważny żeby wynalazca nie był w stanie odpowiedzieć jej na kilka pytań. A przynajmniej taką miała nadzieję. Do pokoju z tajemniczą maszyną dotarł poobijany, podrapany, posiniaczony i miał z lekka przypalone ubranie (prawdopodobnie od wybuchu) jednak po bliższych oględzinach nadal wydawał się być całkiem żywy. Przy najmniej na tyle, na ile marchewka była w stanie stwierdzić. Władowała go na krzesło, na którym sama jeszcze chwilę wcześniej siedziała, przykuła go metalowymi obręczami, podpięła do niego te dziwne przyssawki wystające z wykrywacza kłamstw, wzięła i postawiła obok siebie doniczkę z marchewką po czym usiadła na podłodze na wprost krzesła i postanowiła poczekać. Na jednym z kawałków tego dziwnego pergaminu, który leżał na biurku zaczęła pisać anonimowy list do cesarza, w którym zamierzała oskarżyć siedzącego na krześle nieprzytomnego człowieka o próbę morderstwa, tortury i niebezpieczną fascynacją hybrydami ludzi z warzywami. Uznała, że mężczyzna jest niebezpieczny i cesarz powinien coś z nim zrobić. Pisanie nie było nigdy jej mocną stroną, więc w żółwim tempie kreśliła koślawe literki na papierze.
- Jego eksel… ekcel… escel… - marchew próbowała przypomnieć sobie pisownię słowa – eminescencjo? Nie… To było inaczej… To może „Wielmożny cesarzu”. Tylko jak on się nazywał?
Usilnie próbowała sobie przypomnieć imię cesarza. Jak to Te’Yahnna go nazywała? Martes? Morten? Manfed? Macarius? Mahomet?
- O! Już wiem! Matriasen z rodu Valhinów! – to powiedziawszy spojrzała na uwięzionego mężczyznę i zbladła.
W tej oto chwili przypomniała sobie skąd kojarzyła imię tego człowieka i wcale jej się to nie podobało. Właśnie poturbowała i przykuła do krzesła władcę państwa, w którym właśnie się znajdowała. Jakby tego było mało wcześniej przywaliła mu rurą i siedząc na krześle wprost powiedziała, że zamierzała go zabić. Z tego to się już chyba w życiu nie wybroni… Z paniką w oczach wpatrywała się w ciało mężczyzny. Co teraz powinna zrobić?

(Matriasen?)

czwartek, 26 grudnia 2019

Od Matriasena do Misericordii

Matriasen wstał chwiejnie. Wciąż dzwoniło mu w uszach od uderzenia, był też nieco oszołomiony reakcją rudowłosej, którą najwyraźniej bardzo zdenerwowało uruchomienie maszyny. Trybiki w głowie wynalazcy zaczynały powoli się obracać, gdy jego wzrok powoli ogniskował się na postaci rudowłosej, odwróconej tyłem do niego i powoli gładzącej coś, czego chłopak do końca nie widział. Przemawiała do tego melodyjnym, delikatnym głosem - jak do dziecka. Dopiero teraz Matriasen zorientował się, że w ustach ma warzywo. A dokładniej - marchewkę. Wyjął je z nich. Dlaczego ta dziewczyna sprzeciwiała się użyciu warzywa do testów? Czemu została uwięziona? Czemu maszyna polepszyła jej stan. Maszyna nie działa na ludzi. Maszyna działa tylko na...
- Marchewki! - wykrzyknął wynalazca, uderzając się otwartą dłonią w czoło. Nie było to najmądrzejsze, co mógł w tamtej chwili uczynić, bo widocznie zwrócił uwagę rudowłosej. Ta odwróciła się gwałtownie w stronę cesarza, a w jej oczach była chęć mordu, która najwyraźniej rozgorzała ponownie na widok wynalazcy. W dłoniach faktycznie trzymała ożywioną wcześniej marchew.
- Widać za słabo cię uderzyłam. - Odłożyła warzywo ostrożnie sobie do kieszeni i chwyciła ponownie użytą wcześniej rurę. - Tym razem się nie pozbierasz.
  Ruszyła w stronę chłopaka z wyraźnym zamiarem spełnienia swojej groźby.
- Czekaj, czekaj! Nic nie rozumiesz! - bronił się Matriasen, wycofując poza zasięg rury i obchodząc dziewczynę dużym łukiem, zmierzając w stronę maszyny.
- Rozumiem wystarczająco wiele. - Zamachnęła się, a chłopak gwałtownie wpadł całym swoim ciałem w nią, przemykając pod jej ręką i niemal przewracając. Niemal, bo rudowłosa okazała się silniejsza. Odepchnęła przeciwnika na bok i ponownie się zamachnęła, jednak zatrzymała w połowie ruchu, gdy chłopak wyciągnął przed siebie warzywo, które trzymał teraz w dłoni.
- Odłóż rurę albo - uniósł warzywo za trzymaną w dłoni zdrową, zieloną natkę - zjem marchewkę! - To była oficjalnie najgłupsza groźba, jaką wynalazcy udało się w życiu powiedzieć. Zwykle podobne pogróżki brzmiały: "Przestań nalegać, bym się przebrał albo nie zjem marchewki". Cesarz nigdy nie przepadał za warzywami. Rudowłosa machinalnie zaczęła macać się po kieszeni, do której ją włożyła. Ta była pusta. Spojrzała z nienawiścią na uśmiechającego się Matriasena i powoli odłożyła narzędzie. - Dobrze. A teraz wrócimy do tamtego pomieszczenia. - Białowłosy wskazał dłonią pokoik z maszyną. Kobieta zacisnęła dłonie w pięści, jednak wykonała polecenie. Widać nie chciała stracić świeżo odzyskanej towarzyszki. - Teraz ściągnij wszystko z tamtego krzesła, tego wystającego spod tej olbrzymiej rury. - Matriasen cały czas ściskał nać zakładniczki, trzymając się w sporej odległości od rudowłosej. Kobieta już udowodniła swoją siłę, cesarz wolał nie wdawać się z nią ponownie w bójkę. Wciąż nieco dzwoniło mu w uszach. - Dobrze, usiądź na nim. 
  Rudowłosa spojrzała niechętnie na Matriasena, a potem na mebel. Owo krzesło zdecydowanie nie wyglądało jak jedno z tych, które stawia się w jadalni dla gości. Przynajmniej nie w zwykłej jadalni. Jego ramy były niezwykle grube, masywne nogi zostały przytwierdzone do podłoża, a na oparciu, obu poręczach i przednich kończynach przymocowane zostały masywne klamry, zamykane na zatrzask.
- Zrobię to, ale musisz obiecać, że nie skrzywdzisz marchwi - powiedziała przez zęby dziewczyna.
- To rozsądna oferta - przyznał chłopak z uśmiechem, po czym przybrał poważny wyraz twarzy. Wyprostował się i przyłożył wolną dłoń do serca. - Ja, Matriasen z rodu Valhinów przysięgam, że tej marchwi nie stanie się krzywda, jeśli zrobisz o co proszę.
  Rudowłosa obrzuciła go badawczym spojrzeniem. Nie miała wiele wyboru. Nie jeśli chciała uratować trzymane przez wynalazce warzywo. Z wahaniem usiadła, a gdy tylko jej plecy dotknęły oparcia, masywna klamra na wysokości brzucha zacisnęła się z cichym kliknięciem. Chłopak odetchnął i spojrzał na trzymaną w dłoni marchew z namysłem. 
- Na co czekasz? - burknęła rudowłosa. - Odłóż ją. 
- Daj mi chwilę - powiedział, po czym zniknął na chwilę z jej pola widzenia, by wrócić z niewielkim, ale wysokim pojemnikiem, po brzegi wypełnionym ziemią. Ostrożnie wsunął do niego swojego zakładnika i postawił na jednej z bardziej płaskich części tego złomowiska. - Dobrze, teraz możemy zająć się tobą - oznajmił pogodnie, ostatni raz poprawiając natkę warzywa. Podszedł do kobiety i ukląkł przed nią, by przypiąć jej nogi do nóg mebla. - Faktycznie mówili, że jesteś czarownicą, ale to? - Roześmiał się, podnosząc się i kolejno przytwierdzając jej dłonie do poręczy. - Ludzka marchewka była ostatnim, czego się spodziewałem. To na prawdę zaskakujące, że w tym świecie mogą istnieć takie cuda, jak ty. 
- Masz szczęście, że nie miałam noża. Gdyby nie to, byłbyś już martwy - mruknęła, gdy delikatnie przemieszczał jej głowę. 
- Tak, tak. - Wsunął jej swoją zwykłą dłoń pod włosy i uniósł je nieco, by nie zostały przytrzaśnięte. Ostatni zatrzask szczęknął, zaciskając się na szyi rudowłosej. - I nie miałbym okazji przyjrzeć się takiemu fenomenowi! Spójrz na siebie. Jesteś czymś, czego świat dotąd nie widział. Człowiek-marchewka. - Roześmiał się, a jego śmiech wcale nie brzmiał tak beztrosko i wesoło, jak przedtem. - Jak to się mogło stać, że się rozwinęłaś, co? Na pewno magia miała w tym swój udział. Skąd pochodzisz, kim jesteś? Czy w środku różnisz się od zwykłego człowieka? Wiedziałem, że jesteś kluczem do moich badań! Jeśli zrozumiem, jeśli znajdę to coś... może nie będę już dłużej musiał ożywiać warzyw? Może będę w stanie przywrócić życie... ludziom?
(Misericordia?)

niedziela, 22 grudnia 2019

Od Rakagorn do Brainina

Kiedy tylko wyszedłem z stajni skierowałem się do spichlerzy i składów zapasów. Było to dobrze zaopatrzone miasto graniczne dzięki czemu handel stał tu na wysokim poziomie ponieważ stanowiło najważniejsze źródło utrzymania tutejszego rządcy oraz garnizonu.
Dlatego właśnie tam skierowałem swoje kroki w pierwszej kolejności. W mieście funkcjonowały 2 duże firmy kupieckie oraz gildia zrzeszająca mniejszych handlarzy oraz kupców. Osobiście posiadam licencje oraz glajd kupiecki firmy z Ardmoru o dobrej płynności i znajomościach wśród wielu pomniejszych wędrownych handlarzy oraz gildii kupieckich, jednak wiele dużych firm kupieckich oraz magnatów towarowych nie traktuje nas poważnie. Chyba, że  potrzebują oręża i pancerzy dla swoich strażników. Dlatego nie przejmowałem się filiami większych organizacji gdzie wyśmiano by moje licencje i poszedłem do piętrowej kamienicy z szyldem gildii kupieckiej.
Kiedy pochodziłem do drzwi instynkt, który nabyłem podczas bijatyk karczemnych z Braininem (lub hałasy dobiegające zza drzwi) dał znać więc odskoczyłem w bok w ostatniej chwili dosłownie. Ponieważ chwilę później drzwi gwałtownie się otworzyły i z kamienicy wypadł jakiś bogato ubrany paniczyk prosto na bruk.
- Następnym razem jak Cię, mendo, zobaczę w tym mieście to Ci połamie kolana! - krzyknął wysoki, ale wyraźnie spasiony jegomość w tunice podszytej niedźwiedzim futrem i ogromnym pasem za który był zatknięty toporek w którym rozpoznałem insygnia szefa miejscowej gildii kupieckiej.
Był łysy, kwadratowa szczęka oraz wydatne kości policzkowe niebieskie oczy ciskały błyskawicami w stronę człowieka leżącego na bruku. Miał około 2 metrów wysokości, z postury przypominał niedźwiedzia. Jedyne czego brakowało mu według mnie do godnego wyglądu była długa za pas, błyszcząca w słońcu broda.
- Zapamiętam to sobie, My, szlachetny ród Dama... - zaczął szlachcic, ale nie skończył bo wkurzony łysol zmarszczył brwi i ryknął potężnie parę gróźb pod adresem szlachcica na które ten zareagował w najlepszy możliwy sposób krzycząc przeraźliwie i biorąc nogi za pas. Szef patrzał na uciekającego paniczyka po czym chciał się odwrócić i wejść do swojej kwatery, ale zatrzymałem go mówiąc.
- Widzę, że twoja gościnność jak zwykle powala na kolana. - uśmiechałem się kpiąco kiedy łysol powoli obrócił się w moją stronę marszcząc groźnie brwi.
- Ty. - stwierdził tylko po czym  podszedł do mnie pochylił się, by spojrzeć mi w oczy.
Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem aż w końcu obu nam puściły nerwy. Roześmialiśmy się przyjaźnie. Chwycił mnie w swój niedźwiedzi uścisk, nie pozostając mu dłużny poklepałem go siarczyście po plecach.
- Czy mi się wydaje czy przez ostatnie parę miesięcy broda Ci urosła o parę cali. - powiedział odsuwając mnie na szerokość ramienia i przyglądając mi się uważnie.
- Również miło cię widzieć i czy mi się wydaje czy straciłeś parę kilo. - odparłem, szczerząc się w uśmiechu. Obaj znowu roześmialiśmy się serdecznie po czym zaprosił mnie do swojego gabinetu na łyk czegoś mocniejszego oraz by powspominać „Stare dobre czasy”.
Przesiedzieliśmy parę ładnych godzin opowiadając o tym jak nam się żyje. Marudząc na wszystko od konkurencji, przez mendy pospolite kończąc na barmanach rozcieńczających wino wodą. Zleciało nam trochę zanim przeszedłem do sedna sprawy. Przedstawiłem mu chęć uzupełnienia mojego wozu o nowe towary. Oczywiście mogliśmy być starymi przyjaciółmi, ale jak to się mówi w naszym fachu „Kochajmy się jak bracia, targujmy się jak krasnoludy”. Długo żeśmy siedzieli i negocjowali odnośnie towarów, które obecnie ma na składzie gildia kupiecka. Niestety dla mnie składy zapasów były na chwilę obecną wypełnione rudami wszelkiej maści które najlepiej sprzedawać w dużych ilościach, a mój wóz nie nadawał się na przewóz takiego towaru. Próbowaliśmy jeszcze pogadać z paroma niezależnymi handlarzami przebywającymi w kamienicy jednakże żadni nie byli zainteresowani sprzedażą swoich towarów. Z braku innych opcji postanowiłem zapełnić miejsce na wozie przez wynajęcie go pośrednikowi, który zapłacił mi z góry za przetransportowanie swojego towaru do jednej z wiosek przez które mieliśmy przejeżdżać po drodze do stolicy Merkez.
Jedynak były dwa problemy, którym nie mogłem zaradzić. Pierwszym było to, że pośrednik który  czekał na przybycie jakiegoś ważnego urzędnika czy coś w tym stylu i nie mógł wydać towaru od razu następnego dnia tylko musiałem poczekać na nie z dwa dni. Co nie było problemem bo opłacił nam postojowe pokoje w tawernie oraz udostępnił miejsce na mój wóz w swoim strzeżonym magazynie. Innym problemem było to, że kilka dni zwłoki dawało Brainowi więcej czasu na picie i szukanie kłopotów albo raczej, jak on woli mówić, ich zaczynanie.
- Boski kowalu miej mnie w opiece. - wyszeptałem idąc do mojego wozu, by opowiedzieć Braininowi jak poszły negocjacje.

„Obecny skład wozu to obecnie 100%:”
Skrzynie z wyrobami krasnoludzkich czeladników (narzędzia, miecze, ozdoby, oraz przedmioty potrzeb domowych).
Kilka beczek z olejem do lamp sprowadzonych z Ardmoru na zamówienie.
Trzy skrzynki pełne butelek z bimbrem (2 na sprzedaż, ostatnia na użytek własny).
Pół tuzina zapieczętowanych skrzyń oprawionych logo przewoźnika.

(Brainin?)

czwartek, 19 grudnia 2019

Od Keyi do Lexie

Nie mogłam uwierzyć, że tak łatwo dałyśmy się złapać. Mój umysł nie pojmował jeszcze w jak poważnej sytuacji się znalazłyśmy, ale ciało przesiąkło lękiem. Ciemność potęgowała strach i jednocześnie powodowała rośnięcie w środku wściekłości. Jak głupim trzeba być, żeby wpaść w tak idealnie zastawioną pułapkę.
Martwiło mnie teraz dosłownie wszystko. Tylko nie wiedziałam co jest gorsze. Nieznajomość oprawców czy kierunek wyprawy, a może to, że wciąż nie odzyskałyśmy cholernego artefaktu.
Co mi też przyszło do głowy, skłaniając do pomocy nieznajomej. Chociaż po całym tym wydarzeniu moje zaufanie do Jastrzębia znacznie wzrosło. Byłam skłonna powiedzieć, że cieszę się z jej towarzystwa. I było to prawdą.
Zapach niesamowicie drażnił mój nos i płuca. Mokre podłogi zdążyły nasączyć brudne ubranie, a węzeł mocno uwierał. Próby wyszarpania się z ucisku na nic się nie zdały, a jedynie powodowały większy ból. Również wcześniejsza rana, która nie zdążyła się zagoić - mocno mi przeszkadzała.
- To jesteśmy w dupie. - warknęłam bardziej zła na samą siebie, niż zastaną sytuację.
Nienawidziłam niewoli, zawsze źle mi się kojarzyła. Do tego to cholerne bujanie statku, wcale nie uspokajało mojej zranionej teraz duszy.
- Musimy obmyślić jakiś plan działania. - towarzyszka jakimś nieznanym mi sposobem wciąż była opanowana. - Jakikolwiek. Co pamiętasz z momentu łapania? Jakieś znaki szczególne?
Zamyśliłam się, patrząc na niewielki strumień światła wpadający zza moich pleców. Pozycja w jakiej teraz leżałam sprawiała we mnie poczucie całkowitego upokorzenia.
- Ich maski. - skupiłam myśli, wracając do tamtego dnia. - Kiedyś słyszałam o ludziach, którzy ukrywają twarz. Plotki mówiły, że to jakiś rodzaj barbarzyńców, skrzywdzonych przez resztę świata. Podobno mają zdeformowane twarze i przesiąknęli nienawiścią.
- Do kogo?
- Sama chciałabym wiedzieć. - westchnęłam, opanowując powoli gniew. - Może rudasy też do nich należą, a artefakt ma im pomóc?
Zasugerowałam, sama nie będąc pewna. W odpowiedzi usłyszałam tylko wydychane przez kobietę powietrze i ciche westchnienie. Nastała chwila ciszy, ale została przerwana dobiegającymi krzykami u naszych głów. Wyglądało na to, że rozpoczynamy naszą wyprawę w nieznane.
Słychać było szum fal i ich uderzenia o boki statku. Co jakiś czas ktoś coś krzyczał, ale nic co mogło się nam przydać. Słona woda była dosłownie wszędzie, a zapach ryb po kilku godzinach przestał tak mocno drażnić zmysły. Oczy przyzwyczaiły się do ciemności, ale pozwalały jedynie określić, że jesteśmy w jakiejś ładowni. Nadal nie miałyśmy planu, ani poszlaki.
Nagle rozległy się ciężkie kroki, a zaraz potem ktoś gwałtownie uchylił drzwiczki, wpuszczając nieco światła. Był to gruby, niski mężczyzna. Jego twarz ozdabiała maska z nieznanymi mi symbolami. Wyglądały jak runy pomieszane z starożytnym pismem.
Kucnął wpychając dwa talerze, na których spoczywała oskubana ryba. Nasz widok wyraźnie go rozbawił, gdyż wybuchnął władczym śmiechem.
Podejrzewam, że wyglądałyśmy na prawdę żałośnie, ale wolałam o tym nie myśleć. Nie pozwolił nam zadać żadnego pytania, gdyż jak się pojawił tak szybko znikł. Pozostawiając jedynie marny posiłek, którego i tak nie miałam zamiaru tknąć. Jastrząb wydawał się za to spokojny, ale nie pozbawiony rozsądku - talerza nie tknęła.
- Wygląda na to, że spędzimy ze sobą więcej czasu niż zakładałam. - zaśmiałam się, poprawiając już niewygodną pozycję.
- Chyba, że jedziemy na egzekucję. - odgryzła się towarzyszka, na co szerzej się uśmiechnęłam.
- Ja jestem bezwartościowa. - wzruszyłam ramionami. - Wątpię, że zabiją kogoś o takich umiejętnościach. Jesteś bardzo cennym towarem.
Przedstawiłam prawdę, o której dziewczyna na pewno dobrze wiedziała. Moja śmierć niczego nie zmieni, jestem jedynie odpadkiem społeczeństwa. Za to jej życie może być warte więcej niż mi się wydaje. Tym bardziej, że wciąż nie odkryłam kim tak na prawdę jest i dla kogo pracuje. Nadal nie mogłam jej w pełni zaufać, pozostawało mi jedynie o tym nie myśleć.

Mijały dni, ale nie jestem w stanie powiedzieć ile. Nasze posiłki były tak ubogie, że nie zapewniały nam żadnych składników odżywczych. Czułam się przez to słabo, a do tego dochodził ból rany, która nie była w jakikolwiek sposób zabezpieczona. Morska woda skutecznie ją podrażniała, co powodowało jeszcze większy ból. Jastrząb nie dawał po sobie oznak zmęczenia, ale byłam pewna, że również cierpi. Nasze rozmowy stały się bardziej luźne, a jej towarzystwo okazało się wybawieniem. Chociaż nie wiem czy moja osoba ją nie irytowała, bo nie potrafiłam odczytać jej uczuć.
W pewnym momencie drzwi ponownie się otworzyły, ale nikt nie wniósł jedzenia.  Za to pojawiło się dwóch mięśniaków, którzy nie zdołaliby wpełznąć do środka. Oni również nosili maski.
- Wyłazić. - rzucił jeden, ukazując ostrze w swojej dłoni.
Obolała, ale wciąż wkurzona ostrożnie i powoli opuściłam ciasne pomieszczenie. Słyszałam za sobą kroki Ptaka, ale milczała jak grób.
Dwoje osiłków pociągnęło nas po schodach na główny pokład. Światło, które dostało się do mich oczu skutecznie pozbawiło mnie wzroku na dobrą dłuższą chwilę. Czułam brud zalegający na każdym skrawku mojego ciała, a włosy oblepione były jakąś mazią. Ogarnęło mnie potworne obrzydzenie. Spojrzałam na towarzyszkę, która wcale nie wyglądała lepiej. Po prostu lepiej milczała.
- Ej! Nie jestem drewnem i mnie boli. - syknęłam do mężczyzny, który pociągnął za moje mocno związane ręce.
Ruszyliśmy na sam środek, mijając załogę statku. Każdy bez wyjątku chował twarz za kawałkiem drewna, pięknie ozdobionego. Stanęliśmy na środku pokładu przed dwoma miskami. Następnie poczułam zimną wodę na ciele. Zostałyśmy "umyte", a raczej jedynie lekko obmyte.
Następnie przywiązali nas do głównego masztu i bez słowa odeszli. Przysięgam, że nie wiedziałam co to wszystko ma znaczyć. Nigdzie też nie dostrzegłam rudych głów, na nasze szczęście.
Statek był duży, ale nie ogromny. Jego stan wskazywał na długie lata służenia, pozostając przy tym dobrze konserwowanym. To wszystko wydawało mi się nie mieć rąk i nóg.
Kiedy ja zajmowałam się próbą wyswobodzenia, podszedł do nas wysoki, umięśniony mężczyzna. Jego maska była w kolorze czerwonym i nie posiadała żadnych ozdób. Zza niej wystawały nieco dłuższe, ale zadbane kruczoczarne włosy. Również jego strój był inny - schludny i gustowny.
- Wybaczcie za te zabiegi i ciemne pomieszczenie, ale to była konieczność. - po głosie dało się rozpoznać, że jest to mężczyzna w wieku około 25 lat. - Nie mogę zdradzić celu podróży, ale jak na razie nikt nie ma zamiaru Was zabijać. Szczególnie Ciebie.
Wskazał na Jastrzębia, która lekko drgnęła. Zza maski odbił się śmiech. Zrobił krok w przód, tak, że znalazł się niemal dokładnie przed ptakiem. Nachylając delikatnie głowę, ściszonym głosem do niej przemówił.
- Nie jestem jednym z nich. Może będę w stanie Ci pomóc po odpowiednich negocjacjach.
Oddalił się, spojrzał na mnie i odwrócił na pięcie odchodząc. Miałam wrażenie, że mówi o dziewczynie jak o swoim przedmiocie. Niestety nic z tego nie rozumiałam poza tym, że jestem bezużyteczna, a to nie wróżyło dobrze. Chociaż z drugiej strony może łatwiej się uwolnię. Jednak wiedziałam, że nie zostawię Ptaka samego. Zaczęłam ją lubić.


Lexie? Wybacz, że tak długo ;-;