środa, 14 listopada 2018

Od Imogen do Vanitasa

To do mnie nie docierało... Skrzydła, moje ukochane skrzydła, wyginające się teraz pod kątami i w miejscach, w których zdecydowanie nie powinny...
Dotykałam ich drżącymi palcami, nie wierząc. Próbowałam nimi poruszać, ale kończyło się to jedynie kolejnymi falami bólu. Lewe skrzydło nie wyglądało aż tak źle, ale prawe... Tak bardzo, bardzo bolało. A jedno zbyt mocne poruszenie sprawiło, że na białych piórach zaczęły pojawiać się czerwone plamki. Tak bardzo się bałam...
Aż tu nagle poczułam uścisk na piersiach. Najpierw pomyślałam, że to może serce mi się ściska z żalu, ale... Nie. To był całkowicie realny dotyk.
Momentalnie odwróciłam głowę w kierunku jedynej osoby w pomieszczeniu.
Prawie w tej samej chwili dłoń z jednej piersi przeniosła się na mój podbródek.
Patrzyłam przed siebie zdziwiona, rozgniewana, obolała i rozżalona jednocześnie.
- Więc... Może podzieli się w końcu panienka ze mną swoim imieniem? - powiedział mężczyzna, jak się przedstawił... Vanitas? Chyba tak. Mam gdzieś jego imię, biorąc pod uwagę to, że wciąż trzymał jedną dłoń na mojej klatce piersiowej. Wypraszam sobie.
- Zboczeniec. - wydukałam, mając gardło ściśnięte łzami.
- Miło mi poznać Panienkę Zboczeńca. - uśmiechnął z takim dziwnym, zawadiackim błyskiem. Grr
- To ty jesteś zboczeńcem! - pisnęłam, odpychając jego dłonie i gwałtownie się od niego odwróciłam, co skończyło się jednak takim bólem, że aż pociekły mi łzy. Krwi też zrobiło się więcej... I chyba miałam zdarte plecy i ramiona... Znów na niego spojrzałam, zapłakana.
- ...Imogen. Skoro jesteś lekarzem, to mnie nie macaj, tylko mi pomóż!
< Zboczeńcu? >

wtorek, 13 listopada 2018

Od Vanitasa do Imogen

Mruknąłem coś niezrozumiałego pod nosem, utrzymując przy tym swą prawą dłoń w okolicach kości czołowej czaszki. "Podejdź do tego profesjonalnie, Vanitas..." - dodałem do siebie w myślach, zaciskając nieco mocniej zęby. Odsunąłem się od dziewczyny o krok w tył, dla zachowania odpowiedniego dystansu zapewne nie tylko dla mojego bezpieczeństwa, jak i też dla komfortu anielicy. Racja... Nakreślając kim rzeczywiście nie jestem, jedynie nakręcam kobiece procesy myślowe - które dla mężczyzny mogą być zabójcze. Pokiwałem trochę zrezygnowany głową, robiąc jednocześnie swego rodzaju skłon głową.
- Nazywam się Vanitas Nai, jestem lekarzem - przedstawiłem się krótko, przymykając jednocześnie powieki. - Nie wiem dokładnie co przyczyniło się do panienki omdlenia oraz tak mocnego połamania sobie skrzydeł... Przynajmniej na moje oko wygląda to źle - powiedziałem może i trochę nazbyt bezpośrednio. Oczy ciemnowłosej zalśniły, dając mi tym samym jednoznaczny znak. "Cholera, przesadziłem" - zganiłem samego siebie w myślach obserwując, jak widocznie zmartwiona, a zarazem zszokowana piękności ogląda swoje potężne, jednak widocznie uszkodzone skrzydła. Westchnąłem ciężko, ponownie przybijając piątkę z twarzą.
- Jak i kiedy... - mamrotała pod nosem, lustrując najpewniej każdy, nawet najdrobniejszy milimetr obiektu głównych zainteresowań. - D-Dlaczego... - choć wcześniej i tak nie grzeszyła opalenizną, w tym momencie jej skóra mogłaby się wtopić w kolor ściany. Wziąłem głębszy wdech.
- Proszę mnie uważnie posłuchać... - przykucnąłem, podpierając jednocześnie swoją głowę o zaciśniętą piąstkę jednej z dłoni. - Nie znam się na skrzydłach, tej całej anatomii i tak dalej... Jednak na moje oko i doświadczenie... Myślę, że znajdzie się ktoś kto będzie w stanie pani pomóc! - pokiwałem zgodnie ze swymi słowami głową, chcąc chyba odrobić szybką pokutę za wcześniej wypowiedziane, trochę przytłaczające słowa.
- Nie... Moje... Ja... - kontynuowała do siebie, chyba zadurzona w jakiś dziwnych omamach i kobiecych dramaturgiach. Wywróciłem oczami, podnosząc się ponownie na równe nogi.
- Nie słuchała... - wymruczałem pod nosem, krzyżując ręce. - Halo, ziemia do... - urwałem w momencie, gdy zdałem sobie sprawę, że imię kobiety wciąż jest mi nieznane. Przymknąłem na moment powieki, zastanawiając się nad jakąś dobrą zagrywką mającą na celu przywrócenie jej do tego świata. "Łaskotki, każdy ma łaskotki. A nawet jeśli nie, to przynajmniej wyjdzie na obmacywanie i zacznie panikować" - wydedukowałem, gdy nagle w moich oczach pojawił się niebezpieczny błysk. Nim ta w swojej kilkusekundowej przerwie pomiędzy mamrotaniem zdążyła cokolwiek wymruczeć, moje dłonie zajęły się odpowiednią częścią jej ciała. Na całe szczęście ów akt molestowania podziałał, a uwaga kobiety w momencie została skierowana na mnie. Nie chcąc utracić z anielicą kontaktu wzrokowego, całkiem szybko, jednak wyjątkowo delikatnie ująłem jej podbródek w swojej lewej dłoni.
- Więc... Może podzieli się w końcu panienka ze mną swoim imieniem?

<Imooo? B)

poniedziałek, 12 listopada 2018

Od Imogen do Vanitasa

No więc... Latałam sobie. Tak po prostu, bez celu. Nudziło mi się.
Przez większość czasu szybowałam. Moje kochane skrzydła dawały mi dość siły nośnej. Po prostu mogłam podziwiać widoki.
Nie raz zdarzyło się, że okrążały mnie ptaki. Czasem nawet mnie atakowały, czy próbowały na mnie przysiąść.. Zabawne.
Na dworze robiło się coraz zimniej. Musiałam poszukać jakichś cieplejszych ubrań...
Ale nie teraz. Teraz mi się nie chciało. Zbyt dooobrze mi się latało.
Złożyłam na moment skrzydła, pozwalając, by prądy powietrzne odwróciły mnie na plecy. Kolejne rozłożenie skrzydeł i kilka zręcznych ruchów wzbiło mnie wyżej i mogłam spokojnie obserwować niebo, aż do chwili, gdy...
Hmm, no właśnie, gdy co? Nie wiem. Nie zauważyłam nawet... Wpadłam na coś, i to z dużą prędkością. Bolało, oj, bolało...
No i tyle wiem.
...Nawet nie mogłam spokojnie sobie pobyć nieprzytomną, meh. Coś na siłę jakby po kawałku odrywało ode mnie błogą nieświadomość.
- Od razu mówię, że nie mam wobec Ciebie złych zamiarów... - usłyszałam nagle. To podziałało na mnie jak ta lodowata woda, do której wpadłam jakiś rok temu.
Poderwałam się do siadu, z takim jakimś nieokreślonym piskiem, widząc tuż przed sobą twarz mężczyzny, którego nie znałam. No normalnie, nie żeby mi to jakoś przeszkadzało, nie wyglądał na groźnego, brzydki też nie był, ale nie dość że wszystko mnie bolało, w szczególności skrzydła, to chyba żadna kobieta nie chciałaby obudzić się w taki sposób.
Jeszcze zanim mój mózg znów pojął która kończyna ma jaką funkcję jedna z moich dłoni wystrzeliła w przód i z cichym, niezbyt przekonującym pacnięciem trafiła go... Chyba miała trafić w policzek, jak wymyślił sobie mój mózg, ale zamiast tego wylądowała na jego czole, tak z góry na dół.
Nawet w takiej chwili mój organizm mnie zawodzi...
-Kimtyjesteśicotyturobiszicojaturobiealegdziejaturobieicojatujestemiczemusiętocotusięstało?? - wyjąkałam na jednym tchu, biorąc na końcu wielki hałst powietrza
< Nitas? >

The end is just a preview, y'know?

Autor nieznany

Imię: Imogen
Nazwisko: /
Przydomek/Pseudonim: Imo, Gen
Wiek: Nieznany
Płeć: Kobieta, a jak
Wzrost: 162 cm
Rasa: Anioł
Zawód: Brak. Utrzymuje się... No, z kradzieży.
Miejsce zamieszkania: Postać wędrowna
Miejsce urodzenia: Nie urodziła się. Została stworzona z żaru tlącego się na gałązkach trującego bluszczu
Charakter: Gen jest zdecydowanie niezwykłym aniołem. Mimo że patrząc na nią można dosłownie zobaczyć aureolę nad jej głową, to na pewno jej tam nie ma. 
Jest wesoła, zazwyczaj zachowuje się swobodnie, nie przejmując się konsekwencjami swoich czynów. Chce spróbować wszystkiego, wszystko zobaczyć, wszystko przeżyć, a jednak czasami w ostatniej chwili wraca jej rozum do głowy i z całych się zapiera. Jej działania często są pozbawione logiki.
Uczucia mocno negatywne jak nienawiść są dla niej obce. Podobnie jest z uczuciami równie ognistymi, lecz pozytywnymi. Nigdy jeszcze nie czuła miłości, i jakoś jej nie ciągnie.
Czasem dopada ją strach. Strach, smutek, i bezsilność. Potrafi łkać całymi nocami, nie potrafiąc się uspokoić..
Lubi ciepło innych istot. Przytuli każde zwierzę które znajdzie się w zasięgu jej drobnych łapek, każde zwierzę i każde nie-zwierze. Potrafi zaprzyjaźnić się z każdym..
Rodzina: Hmmm... Czy... Można ją uznać za krewną bluszczu?
Partner: Nie zna nikogo, nie. Nie miała jak dotąd nawet szans, by nawiązać bliższy kontakt...
Umiejętności: Jest niezwykle czarująca, więc łatwo jej przekonać do siebie ludzi. Ale oprócz tego... Jak na anioła, jest niezwykle beznadziejna. Jedyne, co można uznać za umiejętność, a co raczej jest właściwością jej organizmu, to odporność na wszelakie trucizny, chemikalia, bądź cokolwiek, co połknięte lub zjedzone może zaszkodzić. Jej może najwyżej nie zasmakować. Ma to jednak też swoje złe strony... Żadne leki i inne środki nie działają. Ba, nawet narkotyki...
Aparycja: Imogen jest dość drobna, a swój niski wzrost uzupełnia emanującą od niej radością. Skórę ma bladą, jasną, a jej zielone oczy i czarne włosy wyraźnie odcinają się na jej tle. Pełne, różowe usta zazwyczaj są uśmiechnięte.
Członki dziewczyny są długie i szczupłe, długie jak na jej wzrost. Talię ma szczupłą, biodra niezbyt szerokie, ale za to bujne piersi przypominają nierządnice z obrazów malarzy.
Ubiera się w to, co zwinie komuś ze sznurka na pranie. Ważne jest jednak jedno...
Jak na anioła przystało, ma skrzydła. Nie jakieś wyrostki, tylko potężne, silne, śnieżnobiałe skrzydła, pokryte miękkimi niczym puch piórami, o rozpiętości prawie ośmiu metrów. Potrafi je chować, owszem, ale wyciąganie je w ubraniu... Zazwyczaj skutecznie je niszczy. Ubranie, oczywiście.
Historia: Już od swojej pierwszej chwili, otwierając oczy w otoczeniu innych nowostworzonych czuła, że tam nie pasuje. Czuła, że potrzebuje innego celu, niż ten, który został jej przydzielony. Szukała, szukała..
I znalazła.
Tylko co?
Tego nie wie nikt. Ona nie pamięta. Po prostu obudziła się na ulicach w jakimś mieście, jak się okazało, w Sayari. Nie zastanawiała się nad tym... Pasowało jej to, i tak zostało, i tak jest po dziś
Inne: - Orientacja w terenie? Mm, nie, nie znają się z tą panią
- Ona je... Dużo. Bardzo dużo
- Pan wstyd? To kolega pani orientacji? Też go nie zna!
Właściciel: cheroncynth@gmail.com
Preferowana długość odpisów: Obojętne
Stopień Wpływu (SW): 3SW
Inne uwagi: W stosunku do postaci Vanitas Nai - 5SW

Od Keyi

Wyprostowałam kręgosłup, odchylając głowę do tyłu. Pozwoliłam, aby chłodne powietrze otoczyło mnie z każdej strony i niedbale pieściło ciało. Patrzyłam na niebo, które powoli stawało się jasne. 
- Gotowa? – zza pleców wyłonił się współtowarzysz. 
Ziewnęłam, zwracając wzrok ponownie na dolinę. Strumień odbijał poranne promienie słońca, tworząc niesamowitą atmosferę. 
- Jak zawsze. – Powoli wstałam, ciężko wzdychając.
Dzisiejszy dzień miał należeć raczej do tych nudnych i mało ekscytujących. Razem z towarzyszącym mi Micahem mieliśmy za zadanie wykonać ciche zabójstwo jakiegoś wpływowego człowieka. Wykonanie miało należeć do prostych. Zakradamy się na powóz i wykonujemy pracę. 
Podeszłam do osiodłanego już konia i podałam mu kawałek mojego śniadania, jakim było jabłko. Przeważnie starałam się nie przywiązywać do zwierząt przydzielonych od „szefa”. Ale przecież i one powinny mieć jakieś dobre wspomnienia związane ze współpracą z moją osobą. 
Zwinnie wskoczyłam na nieco poddenerwowaną klacz i ruszyłam stępem. Micah dogonił mnie chwilę później. Przeniosłam wzrok na niego, dokładnie analizując jego zachowanie. Był zdenerwowany.
- Jesteś pewien, że chcesz to zrobić? – zapytałam rudowłosego. – Masz szansę się wycofać i zniknąć, nie znajdą Cię, a ja…
Nie dał mi dokończyć.
- Oczywiście, że chce. 
Jego włosy sięgające do ramion poruszały się wraz z nacierającym na nas wiatrem. Miał on zielone oczy i przenikliwy wzrok. Wysoki, ale dość cherlawy. Wydawało mi się, że jest w moim wieku, albo niewiele starszy. Zastanawiało mnie co on tak właściwie tu robi.
Wzruszyłam ramionami w odpowiedzi, nie chcąc dalej prowadzić tego tematu. Jedynie raz również był moim towarzyszem, ale była to jedynie misja szpiegowska. Nic wielkiego, ani wymagającego. Z jakiegoś powodu było mi go żal. Jeśli okaże słabość nasz cudowny przełożony na pewno się o tym dowie. Jednak skoro tego właśnie chce. 
Spięłam konia i ruszyłam szybszym galopem. Kopyta, które uderzały o twardą ziemię i szelest wiatru w uszach pozostawiał przyjemny dreszcz na ciele. Tutejsze lasy były gęste, a droga nieprzewidywalna i kręta. 
- Tam jest. – wstrzymałam zwierzę, przechodząc do kłusu. 
Byliśmy teraz na niewysokiej półce skalnej nad drogą handlową. Oboje przygotowaliśmy broń i nasunęliśmy na twarze chusty. Raczej nikt z nas nie chciał zostać rozpoznany. Kto wie co wtedy stałoby się z naszymi ciałami.
Ostatni raz spojrzałam na Rudego, który mocno zaciskał dłoń na rękojeści sztyletu. Pierwsze zabójstwo zawsze jest najgorsze. 
Klacz nerwowo grzebała kopytem, parskając niespokojnie. Poklepałam ją delikatnie, zapewniając, że wszystko będzie dobrze. 
Dałam znak i ruszyliśmy w dół. Naszym celem był mały powóz z jedynie jednym woźnym. W środku znajdowała się dziewczyna i grubszy mężczyzna, który wyglądał na radosnego. Nie mieli żadnej obstawy, broni ani zabezpieczeń. 
Całe zdarzenie rozegrało się niesamowicie szybko. Rudy skutecznie zatrzymał konie, a ja wskoczyłam na miejsce powożącego. Próbował się bronić przez co mój nos ucierpiał, krwawiąc teraz obficie. Z moich ust wydobyło się ciche przekleństwo, kiedy zatopiłam nóż w jego gardle. 
Ze środka powozu wydobył się dziewczęcy jęk, a ja zwinnie i szybko przystanęłam przy drzwiczkach. Za mną znalazł się Micah wpatrzony w nasze cele. 
- Wysiadać! – krzyknęłam, wyciągając mały pistolet zza pasa. 
Na ich szczęście dostosowali się do polecenia i sprawnie wyszli na zewnątrz. 
- N-nie dam rady. – dobiegł mnie szept partnera. 
Przewróciłam oczami, nadal mierząc bronią w ludzi. Starszy i grubszy mężczyzna wydawał się oszołomiony i nie docierało do niego co się właściwie dzieje. Dziewczyna jednak wykazywała się arogancją i patrzyła na mnie niezwykle gniewnym wzrokiem. 
- Zabijesz własną siostrę? – wysyczała, a ja zgłupiałam.
W jednym momencie zobaczyłam podobieństwo rudych czupryn i zielonych oczu. Micah i młoda dama najwyraźniej byli bliźniakami. 
- To dlatego tak srałeś w gacie. – podsumowałam, opuszczając pistolet zrezygnowana. 
Nagle poczułam na szyi zimne ostrze. Poczułam, że lekko mnie nacina, ale nie na tyle, aby coś mi się stało. Uniosłam ręce do góry, a wtedy została mi odebrana wszelka broń. Zaśmiałam się gorzko, rozumiejąc sytuację. 
- I co teraz? – westchnęłam.
Widziałam jak wymieniając się spojrzeniami, a chłopak nagle jakby zyskał wielkiej pewności siebie. Popchnął mnie na ziemię, skutecznie wywracając. W ustach wciąż czułam smak własnej krwi. 
Uniosłam się na kolana i spojrzałam w jego stronę. 
- Zabieramy się stąd, a ty radź sobie sama. – warknął, pomagając zapakować się siostrze.
Do powozu przywiązał również nasze konie, a sam zasiadł na miejscu powożącego. Odjechał zostawiając mnie pośrodku drogi bez broni, konia i godności. Nie mogłam przestać się śmiać z własnej głupoty. Mogłam od razu strzelić lasce w łeb. Teraz czeka mnie samotny powrót do miasta i tłumaczenie się przed cudownym „szefuńciem”. 
W połowie drogi, kiedy śmiech przerodził się w niesamowitą złość, spotkałam dobrze znaną mi osobę, a mianowicie Erikę. Wysoką, ładną blondynkę o brązowych oczach. Ona również od czasu do czasu pomagała mi w misjach. Powitała mnie żałosnym śmiechem i obelgami. 
Mimo wszystko zaproponowała mi pomoc i razem wróciłyśmy do miejscówki. Sama poszła złożyć raport, a ja musiałam sprostać czekającym na mnie Justinem. Do gabinetu weszłam ostrożnie, ale mężczyzna już wtedy wiedział co się wydarzyło. Skąd? Nie miałam zielonego pojęcia.
Justin był tutaj właścicielem, zarządcą i najgroźniejszym z morderców. Każda osoba, która u niego pracowała czuła respekt i raczej nikt z nim nie rozmawiał. Jedynie kilka osób, a w tym mnie uważał za jakąś swoją maskotkę, co dawało mi dużo ulg. Na przykład w takich momentach.
- Masz jakieś wytłumaczenie? – podał mi szklankę z odrobiną alkoholu. 
Zasiadłam na fotelu przed jego pięknie zdobionym biurkiem. Pokręciłam przecząco głową, a on przysiadł na przodzie i złapał mój podbródek, zmuszając abym na niego spojrzała.
Zrobiłam co kazał, oglądając jego twarz. Miał dobrze ułożone ciemne włosy, skórę pokrytą bliznami i równie niebieskie oczy co niebo. Był niezaprzeczalnie przystojnym mężczyzną, a jego ciało zbudowane z masy mięśni, dobrze się prezentujących. 
Wyjął z kieszeni chusteczkę, ocierając moją twarz z pozostałości zaschniętej krwi. 
- Złapiemy go na następny raz. – przeniósł dłoń na moją szyję. 
Wciąż lekko się do mnie uśmiechał. Westchnęłam, unosząc do góry brwi i odpychając delikatnie potężną rękę. 
- Oczywiście, że tak. Zostałam przez niego upokorzona. – nadal czułam zażenowanie. 
- Przyjdź wieczorem do knajpy. – zaproponował wracając do papierowych obowiązków. – Tylko się wcześniej nieco ogarnij, nie wyglądasz za ciekawie. 
Pożegnał mnie śmiechem. Musiałam przyznać, że zawsze był dla mnie jak ojciec, chociaż raczej to nie jest zbyt dobre określenie na naszą relację. 
Wieczorem byłam już przebrana, umyta i przygotowana na zabawę. Przed karczmą spotkałam Bestię, który powitał mnie wskakując na ręce. Zatopiłam twarz w jego miękkiej sierści, składając pocałunki. 
- Muszę już iść. – odstawiłam kota, który od razu uciekł. 
W pomieszczeniu był niesamowity tłok i zaduch. Zabrałam kufel piwa i wywędrowałam na zewnątrz.
Ruszyłam w stronę zajętej przez kogoś ławki. 
- Mogę się dosiąść? – zapytałam. 
Ciemność nie pozwalała mi na dokładnie rozpoznanie osoby czy nawet płci. Czułam jednak jak dokładnie mnie obserwuje i analizuje.

<Ktoś? ^^>

Wiesz, tak naprawdę nie mam wyboru. Czasami po prostu trzeba być tym złym

Autor zdjęcia: Zolaida

Imię: Keya
Nazwisko: Snowy
Przydomek/Pseudonim: Często spotkała się z tym, że ludzie nazywali ją Snow, ale większość zwraca się po prostu Keya.
Wiek: 18.
Płeć: Kobieta
Wzrost: 168 cm
Rasa: Człowiek
Zawód: Szpieg, płatny morderca
Miejsce zamieszkania: Anthrakas
Miejsce urodzenia: Prawdopodobnie matka urodziła ją w Temeni.
Charakter: Keya zawsze chce być najlepsza. Jej dążenie do perfekcji stało się wręcz obsesją i powodem do częstych załamań dziewczyny. Jej życie składa się raczej z ciągłych kłamstw, nad którymi zresztą przestała panować. Można by rzecz, że to wręcz jej nawyk. Należy to do jednej z największych wad, ale również zalet. Bo czy łgarze to nie ci, którzy najlepiej wpasowują się w każde otoczenie? Niestety to również nie zapewnia jej wielu przyjaciół. Zdecydowanie należy również do osób, które potrafią dążyć do celu po trupach. Nie sposób określić jak się w danym momencie zachowa. Potrafi maskować własne uczucia (dzięki czemu potrafi zabijać), ale tak naprawdę jest osobą wrażliwą i raczej potrzebującą przewodnika w życiu. Boi się mówić o sobie, dlatego unika tego stara się tego unikać. Interakcje z ludźmi ogranicza do minimalnych, nawet jeśli bardzo tego potrzebuje. Mimo wszystko jest osobą pewną swojego zdania i potrafi uparcie go bronić. Często zostaje odbierana jako zimna egoistka. Sprawia wrażenie oschłej i zaczepnej. Kiedy jednak bliżej ją poznać okazuje się jedynie zagubionym dzieciakiem. Nie należy do osób, które niczego się nie boją. Wręcz przeciwnie, strach często ją paraliżuje, ale szybko potrafi go pokonać. Mówi dużo, robi jeszcze więcej. Przeważnie stara się wszystko dokładnie planować, dzięki temu rzadko ponosi klęskę. Bardzo szybko uczy się nowych rzeczy i jest inteligentna, pomimo, że większość postrzega ją jako mało inteligentną. Ma tendencję do użalania się nad sobą, marzycielstwa i częstego upijania się. Potrafi zachować w tym umiar i opanowanie, co zdecydowanie ratuje jej opinię. Ciężko jej zaufać innym ludziom, utrzymuje dystans. Nawet pomimo tego lubi dużo mówić i wymieniać się różnymi poglądami, a nawet należy do osób, które szybko się przywiązują. Chciało by się rzec, że jest wręcz chodzącą sprzecznością. Niestety jej największą słabością są zwierzęta. Kocha swoich „małych” przyjaciół ponad wszystko. Podsumowując przewyższają wady, ale jeśli zyskasz jej zaufanie zdobędziesz kompankę na długi okres czasu.
Rodzina:
- Matka – nie zna imienia, pamięta jedynie urywki. To po niej odziedziczyła urodę i kolor włosów. Nie pamięta kto ją zabił, ale to właśnie to wydarzenie najbardziej zapadło jej w pamięci.
- Ojciec - Salvador Snowy, zwyczajny złodziej jakich dużo. Kiedyś podobno jego ojciec był wysoko urodzonym człowiekiem, który był szanowany i niezwykle dobry. Niestety kontakty dziewczyny z tym draniem są na minimalnym poziomie, z jakiegoś powodu jej towarzystwo go brzydzi. Dlatego też nie poznała dokładnie nawet historii własnego rodu. Oboje jedynie tolerują swoje towarzystwo.
- Siostra przyrodnia – Karen Snowy, pospolita dziewczyna w ogóle nie przypominająca Keyi, łączy je ojciec i równie niebieskie oczy.
- Brat przyrodni – Eryk Snowy, uczciwy dwudziestolatek, który wyjechał z miasta w poszukiwaniu lepszej pracy, aby nie skończyć jak ojciec.
Partner: Nie znalazła kandydata na całe życie, jednak dość szybko potrafi się w kimś zauroczyć.
Umiejętności: Bardzo dobrze jeździ konno, strzela z łuku i broni palnej. Jej walka jest wysokim poziomie, potrafi wiele skomplikowanych form ręcznych, uderzeń jak i form z bronią różną. Kolejną umiejętnością z pewnością jest bezszelestne zakradanie się i szybka analiza. Zwinność i szybkość również tutaj przeważają nad siłą, której właściwie jej brak.
Aparycja: Włosy przybrały kolor wręcz mlecznobiały i należą do tych, które ciężko zdyscyplinować. Układają się w fale sięgające poniżej piersi dziewczyny. Owalna twarz, jasna cera niekiedy pokryta trądzikiem, prosty nos i schowane nieco odstające uszy. Według niej samej największym jej atrybutem są oczy, które przybierają kolor w zależności od humoru właścicielki ciała. Od szarości, aż po żywy niebieski. Uważa je nie tylko za zmysł wzroku, ale jej najpotężniejsze narzędzie. Jej uroda nie należy do najpiękniejszych, ale nie jest też osobą brzydką.
Sylwetkę ma bardzo kobiecą. Dość duże piersi, aby mieściły się w dłoni mężczyzny, nie za szerokie biodra, smukłe i długie nogi. Jest zdecydowanie wysportowaną dziewczyną. Mimo tego, uważa, aby jej ciało utrzymywało się jedynie w lekkim wyrzeźbieniu. Nie lubi bowiem zbyt dużej widoczności mięśni.
Na jej oczach zawsze widnieje ciemna kredka, która podkreśla je jeszcze bardziej. Ubiera się kobieco, lubi uwydatniać swoje atuty.
Historia: To śmierć matki zapoczątkowała lawinę przykrych wydarzeń. Miała wtedy jedynie 5 lat i nie wiele pamięta. Nie potrafiła zapobiec tragizmu jaki się wtedy odegrał.
W jej wspomnieniach pokazuje się ciemna okolica, spowita mgłą, a wśród niej mały, ale przytulny domek. Po śmierci rodzicielki zabrał ją ojciec, który już wtedy posiadał inną kobietę i dwójkę dzieci. Dorastała w przygnębiającej atmosferze, tępiona przez macochę. Ojciec również pozostał obojętny na jej istnienie. W wieku 13 lat pierwszy raz napiła się alkoholu. Pomagał jej uciec od rzeczywistości. Kiedy skończyła 14 rok urodzin po raz pierwszy pozbawiła człowieka życia. Z jakiegoś powodu wciąż czuła niedosyt, który nadal pozostał. Wtedy też znalazła ludzi, którzy z chęcią płacili za wykonanie zabójstwa lub inne prace, polegające na szpiegowaniu. Tak też została wciągnięta w ten biznes i próbuje wciąż funkcjonować.
Towarzysz: Na wpół dziki czarny kot Bestia, ślepy na jedno oko.
Inne:
- ma uczulenie na komarzy jad, w miejscu ukąszenie przez tego owada pojawia się opuchlizna,
- dużo czyta,
- uwielbia słuchać muzyki, ale nie potrafi śpiewać,
- często mówi pod nosem lub po prostu do siebie,
- opiekuje się koniem sąsiada, którego bardzo lubi,
- uwielbia zimę,
- nocne spacery to wręcz jej hobby,
-ulubiony napój to herbata,
- panicznie boi się owadów,
- stara się pomagać w wolnej chwili bezdomnym zwierzętom,
- uwielbia zapach mężczyzn,
-podczas stresu lub zainteresowania przygryza dolną wargę.
Właściciel: Kicia2oo2 (howrse), wilczycalarisa@gamil.com
Preferowana długość odpisów: Średnie (400-800), długie (800+).
Stopień Wpływu (SW): 4 - Twojej postaci można zrobić wszystko, łącznie z poważnym okaleczeniem, ale nie można jej zabić.
Inne uwagi: Wybieram 4SW, ale nie zezwalam na spowodowanie trwałego kalectwa, utraty jakiegoś zmysłu.

~~~~~


Autor zdjęcia: [Klik]
Imię: Bestia
Płeć: Samiec
Wiek: Około 5 lat.
Gatunek: Kot
Charakter: Nieufny, płochliwy i ostrożny. Ciężko zdobyć zaufanie, ale kiedy to się uda okazuje się być pieszczochem. Jego ślepota nie wpływa na zachowanie, jest zwinny i idealnie manewruje pomiędzy ludźmi. Zdarza mu się być agresywnym, ale raczej unika konfliktów.
Wygląd: Czarne futro, głęboko badające żółte oczy i niesamowicie zadziorny wzrok. Jest większy niż reszta kotów, posiada wysokie łapy i smukłe ciało.
Moce: Brak.
Historia: Znaleziony na ulicy z wylewającym się okiem. Dzięki interwencji Keyi udało się go uratować, a między dwójką wytworzyła się niezwykła więź.
Właściciel: Keya Snowy

niedziela, 11 listopada 2018

Od Vanitasa do Imogen

Westchnąłem ciężko rozglądając się jednocześnie po otaczających mnie budynkach. Dzielnica, którą zamieszkiwałem nie grzeszyła nowoczesnością, ba, śmiałbym rzec że zamieszkuję jedną z biedniejszych części tego miasta. Przynajmniej tak to na pozór wygląda, bowiem mój domek, którego się dorobiłem bardzo ciężką pracą, ma naprawdę wystarczającą ilość metrów kwadratowych. Na samą myśl na moich ustach zagościł delikatny uśmiech. Zacisnąłem mocniej dłoń na lnianej torbie z zakupami, którą przyszło mi tego miłego popołudnia dzierżyć. Wracałem aktualnie ze sklepu, jak można się domyślić. W domu nie zostało zupełnie nic dobrego do jedzenia, co zmusiło moją osobę do zebrania czterech liter... Nic chyba nie mogę na to poradzić.
W każdym razie - miałem przynajmniej na tyle szczęścia, że pogoda jakoś się utrzymała i nie musiałem moknąć. Rankiem zapowiadało się na swoiste oberwanie chmury, jednak z tego co już przyszło mi zauważyć - burza przeszła bokiem. Nic, naprawdę nic niespodziewanego nie mogłoby mi zepsuć tego dnia... Aż sam się sobie dziwię, że mogę normalnie, wręcz z delikatnym uśmiechem na ustach kroczyć po tym krzywym chodniku! Wzruszające... "Zaraz wykraczę" - zganiłem samego siebie w myślach, wywracając z lekka oczami. Dosłownie nie minęła minuta, aż moje oczy przykuł pewien przedmiot? - moment, może dla bezpieczeństwa nazwałbym to niezidentyfikowanym obiektem spadającym. Skrzywiłem się nieco rozpoznając jakby człowieczy kształt owego "czegoś". Kilka sekund zajęło mi przetworzenie wszystkiego w myślach, by w końcu zgodnie stwierdzić, że obserwuję spadającą anielicę. Wytrzeszczyłem nieco szerzej oczy, sam do końca nie wiedząc co robić. Rozejrzałem się wokół - jak na złość wszyscy ludzie poszli się pieprzyć! Przekląłem pod nosem, zaciskając mocniej zęby. "Dobra, chyba w końcu jestem lekarzem... Niby składałem jakieś tam przysięgi na ratowanie ludzkiego życia... Cholera, Vanitas" - mruknąłem jeszcze, nim zebrałem się do szybszego kroku. Wkrótce mój chód zebrał się na bieg, gdy kobieta była coraz bliżej ziemi. Napędzało mnie to do momentu, aż jej biedne ciało zetknęło się z twardą powierzchnią brudnej ziemi. Zatrzymany gwałtownie w miejscu, zamarłem wewnętrznie przyglądając się zarówno olśniewająco pięknej kobiecie, jak i jej potężnym skrzydłom. Co do jej żywota przestałem mieć wątpliwości, gdy spostrzegłem wciąż unoszące się i opadające piersi... Przybiłem piątkę z własną twarzą, uzmysławiając sobie na co teraz patrzę. Zbliżyłem się nieco, by po chwili móc z lekka nachylić się nad ciemnowłosą. Sama w sobie chyba nie skończyła tak źle, w porównaniu do jej najwidoczniej połamanych w różnych miejscach skrzydeł. Całkiem skąpo ubrana jak na końcówkę jesieni, nie mogła skończyć inaczej... No cóż, ta rasa podobno charakteryzuje się "szczęśliwą głupotą", jak to lubię sobie określać. Ten jednak przypadek może być cięższy niż przewiduje ustawa.
- Teraz ją sobie zawiń do domu, jak jakiś gwałciciel któremu została zesłana ofiara z nieba... - mruknąłem pod nosem, przyglądając się kobiecie. Gdy tak na nią patrzyłem, chyba najgorszym "elementem" do przetransportowania będą właśnie skrzydła. Westchnąłem ciężko, klękając przy anielicy. Nie miałem większego wyboru w tym momencie, niż dosłownie zawinąć piękność w pierzastego naleśnika, stworzonego z jej własnych kończyn! Co do uniesienia tego "przysmaku" nie miałem większego problemu, jednak sposób w który musiałem to zrobić... Akh... Kombinowanie na poziomie przedszkolaka. Sam wolę nie wiedzieć co w tym momencie sobie myślałem, zbierając tą ciemnowłosą z ziemi... Ba, najchętniej wymazałbym sobie z pamięci ten moment, gdy jakoś starałem się przemycić ją do swojego domu... To chyba nazbyt zniszczyłoby mi psychikę.
Po jakiś piętnastu minutach dotarłem na miejsce, jakim była moja prześliczna sofa w salonie. Od razu ułożyłem przedstawicielkę płci wyjątkowo pięknej na miękkiej poduszce. Przez moje gwałtowne ruchy zdawała się być coraz bardziej tutejsza... Zdawało się być jedynie kwestią sekund, aż jej powieki się otworzą. Nachylony z lekka, wciąż badałem jej osobę swoim lekarskim spojrzeniem...
- Od razu mówię, że nie mam wobec Ciebie złych zamiarów... - powiedziałem chyba bardziej do siebie, niż wracającej "do tego świata" anielicy.

<Imogen?>

wtorek, 7 sierpnia 2018

Od Dolorem do Takako

Opuściłam sypialnię zajmowaną przez dziewczynę i ruszyłam wolno korytarzem. Miałam wiele rzeczy do zrobienia, więc tak, jak poprzednio, nie mogłam pilnować porządku na piętrze. Ja i Diaval ponownie musieliśmy podzielić obowiązki.
Zeszłam do kuchni i otworzyłam awaryjne drzwi, prowadzące na zewnątrz. Kruk rozłożył skrzydła, po czym wzbił się w powietrze. Przez chwilę obserwowałam, jak szybuje po zachmurzonym niebie, by w końcu usiąść na parapecie pod oknem od pokoju Takako. Nie mogłam pozwolić, by któreś z tej trójki mi przeszkodziło. Gdyby to jednak nastąpiło, nie miałabym wyjścia i zakończyłabym naszą znajomość w niezbyt przyjemny dla moich gości sposób.
Tak, jak poprzednio odsunęłam kosze na bok i otworzyłam klapę w podłodze. Następnie wzięłam do ręki stary świecznik i zeszłam z nim po schodach. Słabe światło świecy rozpraszało mrok wokół nas, który wydawał się być tak gęsty, jak bagno. Czarne bagno, w którym wszystko, co zostało pozbawione światła tonie i nie ma możliwości powrotu.
Ostrożnie stawiałam każdy krok. Narobienie hałasu było w tym momencie zbędne. Automatycznie zaraz po postawieniu obu nóg na zimnej, kamiennej podłodze, skierowałam się do również kamiennego stołu, na którym leżeli ci, co mi się narazili. A raczej to, co z nich zostało.
Miałam to szczęście, że piwnica została urządzona przed przejęciem przeze mnie rządów. Ktoś mądry wpadł na pomysł, żeby umieścić w niej kamienny stół do krojenia mięsa, ponieważ krew trudniej usuwa się z drewnianego. Zbliżyłam świecę do pochodni, wiszącej na ścianie. Jej koniec szybko zapłoną i oświetlił częściowo pomieszczenie.
Na początek włożyłam czarny fartuch i rękawiczki. Dopiero później zabrałam się do pracy. Spojrzałam na przygotowane wcześniej narzędzia i wybrałam nożyce. Za ich pomocą obcięłam włosy ofiar oraz pozbyłam się ubrań z ich ciał. Następnie wrzuciłam materiały do jednego kosza, a włosy do drugiego. Wszystko musiało być na właściwym miejscu. Inaczej usuwanie dowodów by się nie powiodło.
Później przy udziale szczypiec usunęłam zęby i wrzuciłam je do małego wiadra. Następnie przyszedł czas na paznokcie i organy wewnętrzne wraz z oczami. Wszystko zostało posegregowane.
Dopiero po "oczyszczeniu mięsa" mogłam oddzielić skórę od mięśni, a mięśnie od kości. Zwinęłam beżowe płaty jak dywan i umieściłam je w dużym, pustym koszu. Mięso natomiast trafiło do dużego wiadra obok. Po tym wszystkim przyszedł czas na kości. Wrzucałam je po kolei do miski i rozdrabniałam moździeżem, tworzącym z nią komplet. Po starciu wszystkich kości na proch, przesypałam go do dużej miski. Na koniec posprzątałam. To był koniec mojej pracy na ten dzień.
Odłożyłam rękawice i fartuch na miejsce, po czym zgasiłam pochodnię. Następnie wróciłam ze świecą do kuchni. Na nowo ukryłam klapę, po czym wyszłam na zewnątrz. Diaval poderwał się z miejsca i podleciał do mnie. Gdy tylko usiadł na moim ramieniu, przekazał mi informacje o wszystkim, co miało miejsce pod moją nieobecność.
- Panna i młodzieniec sam na sam o tej porze? To nietaktowne nawet jeśli są przyjaciółmi.
Kruk skinął głową, zgadzając się z moimi słowami.
- Póki do niczego nie doszło, nie mam zamiaru interweniować. Chodźmy, nam też przyda się odpoczynek.
Wraz z krukiem na początek udałam się do łazienki, by dopiero po dokładnej kąpieli ułożyć się do snu przebrana w piżamę.
***
Wstałam jeszcze nim zapiał kogut, by przygotować śniadanie. Miałam przed sobą kolejny pracowity dzień.
Zaniosłam wszystkie lekkie potrawy na stół i przygotowałam go na powitanie gości.


<Takako? >

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Od Nichio do Regulusa

Mówiąc szczerze, to gadanie Regulusa powoli mnie, jednym słowem, wkurwiało. I to nie przez to, że byłem głodny (a wtedy robię się drażliwy jak niejedna baba). Sam nie byłem pewien, dlaczego, ale po prostu jedyne, na co miałem ochotę, to uderzyć go w ten mały nos, pogryźć, zjeść... Ale nie mogłem tego zrobić. Jakby coś mnie blokowało. Cholera, od kiedy jestem taki miękki?
Zerknąłem na pudło w swoich dłoniach, a następnie na chłopaka. Przewróciłem oczami. Nie chcę z nim iść. Muszę wypełnić misję. Kolejne ukradkowe spojrzenie, do przewrócenia dołączyło westchnięcie. Nie chcę go zostawić. A jak coś mu się stanie? Ktoś zaatakuje go, myśląc, że te rzeźby to jakieś drogocenne rzeczy?
Na myśl o ciele Reggiego w jakimś rowie, zadrżałem nieco wbrew sobie i wpakowałem Dyubuka czy inne drewno do torby. Bezpardonowo zacząłem zbierać jego rzeźby, ignorując zszokowane spojrzenie chłopaka.
— N-Nichio? — wyjąkał, kiedy zarzuciłem sobie na ramię przedmioty, a jemu wcisnąłem swoją, lżejszą torbę. Chwilę ją ważył w dłoniach, aby później, pod moim naciskiem, przełożyć skórzany pasek przez szyję.
— A więc, gdzie mieszkasz? — spytałem jakby od niechcenia, kierując się ku bramie. Regulus jakimś cudem za mną nadążył. Zamyślił się chwilę.
— Trochę trudno się tam dostać...
Wzruszyłem ramionami i wziąłem z pobliskiego straganu wykałaczkę, którą włożyłem do swoich ust.
— No i? Lubię wyzywania. To co? Gdzie idziemy? Tylko decyduj się, Pancho zaraz będzie taki denerwujący, że będziesz błagał, abym go uciszył.
— Ej! — Pies zaprotestował momentalnie, a kiedy się roześmiałem, prychnął, odwracając wzrok na Regulusa.

<Reggi?>

Od Carreou do Sivika

Na szczęście, Sivik okazał się na tyle tolerancyjną osobą, że pozwolił mi na dokończenie modłów, w ogóle przy tym nie przeszkadzając. To całkiem miłe z jego strony. Jest przecież wiele osób, które darzą szczerą nienawiścią tych, co mają otwarte umysły na istoty wyższe, nazywając ich wariatami czy po prostu idiotami. W skrajnych przypadkach, robią jeszcze gorsze rzeczy. Tak złe, że nawet nie chcę o nich myśleć. Nie lubię myśleć o grzechach, nieuleczalnej chorobie, która toczy każdy wymiar, nie dając nikomu odetchnąć od siebie. Jedyne schronienie znajduje się w ramionach Ojca, który przyjmuje każde zagubione owieczki jak własne dzieci. Zauważyłem, że od dłuższego czasu stałem się bardzo religijny. To znaczy, zawsze byłem, ale teraz to jakby przybrało na sile. Może to wina działania Stwórcy, może taka jest moja natura. A może chciałem po prostu przekonać samego siebie, że nie jestem sam na tym świecie, odrzucić od siebie fakt, że mój Pan może już nigdy nie wróci? Nie wiem. Nie chcę chyba wiedzieć.
Mężczyzna opadł na łóżko, ponownie wzbudzając we mnie chęć rzucenia się na pomoc. Odczuwałem wewnętrzny, nadany przez własną podświadomość przymus, aby choć trochę poprawić te poduszki, choć trochę otulić kołdrą Siviego, choć trochę...!
— Pozwolisz — powiedział mężczyzna, kiedy już usiadł w, najpewniej, najtwardszym miejscu na meblu — Udam się na krótki spoczynek, jeśli to nie problem.
Skinąłem gorliwie głową, przez co kilka jasnych kosmyków opadło mi na twarz. Spojrzałem na nie szybko i niedbałym gestem odgarnąłem za uszy. Nie chciałem przecież, aby Piórkowy Człowiek uznał mnie za zapatrzonego w siebie narcyza. Zależało mi na jego opinii chyba bardziej niż jakiejkolwiek innej osoby na tym świecie.
— Oczywiście, Sivik. Należy ci się — splotłem dłonie na swoim brzuchu, bawiąc się kciukami — Miłych snów.
Zakończyłem swoją wypowiedź szerokim, ciepłym uśmiechem. Może to sprawi, że Sivi nie będzie już miał koszmarów?