wtorek, 19 maja 2020

Od Vincenta do Kiku

Lekkim krokiem przemierzałem ozdobne i świecące korytarze pałacu, układające się w pewien labirynt, w którym za dziecka nie raz udało mi się zbłądzić. Teraz znałem je na pamięć, byłem w stanie przejść przez nie z zamkniętymi oczami, tyle lat tu spędziłem, że poznałem miejsca już dawno zapomniane, które mi zawsze potrafiły ułatwić przemieszczanie się oraz zaszycie na kilka godzin dla świętego spokoju. Tak było i tym razem, kiedy udało mi się uporać z obowiązkami mogłem pozwolić sobie na zniknięcie z pola widzenia, dotarłem do starego skrzydła, w którym znajdowały się jeszcze starsze książki, pomimo ogromu kurzu i pajęczyn jakie się tu zebrały było to miejsce bardzo przyjemne, książki utrzymywały ciepło i dość ciekawy klimat tego miejsca. Rozsiadłem się wygodnie na starych, ciemnych panelach, które zaskrzypiały złowrogo pod ciężarem mojego ciała, nie łamiąc się jednak pod nim, a zaledwie skrzypiąc przy każdym najmniejszym ruchu. Siedząc między dwoma wysokimi regałami wyciągnąłem losową książkę z jednej półki, po czym otrzepując ją z kurzu przyjrzałem się skórzanej oprawie i złotym zdobieniom. Wiele było tutaj takich pereł, jednak część z nich była pisana w nieznanym mi języku, poczułem satysfakcję gdy otworzyłem pierwsze stronnice księgi i okazała się być pisana w znanych mi słowach. Bez wahania zaczynałem czytać kolejne to strony, na których zawarta historia prawdziwie wciągała. Nie miałem pewności, które z historii były legendami, a które zwykłymi wymysłami autorów, niezmiennie wszystkie mi się bardzo podobały. Zwłaszcza takie jak ta, pisane jeszcze starym językiem, ale wystarczająco zrozumiałym aby można było wczuć się w te wydarzenia, uczestniczyć w nich nie tylko jako obserwator ale prawie uczestnik. Zagłębiony w pasjonującą historię nawet nie zauważyłem kiedy zapadł zmrok, a noc powoli mi uciekała, a wraz z nią czas na sen. Kiedy okazało się, że ta książka była ledwie początkiem z serii, nie mogłem ot tak odpuścić i dość szybko odkopałem resztę książek, które miały być kontynuacją tej opowieści. Do rana czas mi zleciał niesamowicie szybko, a o tym, że już świt zawitał zdałem sobie sprawę dopiero gdy chłodny wiatr z hukiem otworzył jedno ze starych okien a do środka biblioteki wdarły się brutalnie jasne promienie słońca. Z niezadowoleniem stwierdziłem, że zostały mi jeszcze trzy książki z serii, które będę musiał przeczytać później, ponieważ lada moment zacznie się dzień pełen obowiązków. Z ciężkim westchnieniem podniosłem się z podłogi, która ponownie zaskrzypiała i lekko ugięła się pod nagłym ruchem z mojej strony. Wyszedłem z zakurzonego pomieszczenia z utęsknieniem spoglądając na pozostawione tam książki. Jedną wziąłem ze sobą, licząc, że znajdą się chwile, w których będzie mi dane przeczytać chociaż fragmenty. Gdy tylko pojawiłem się w głównej części pałacu spotkałem się z bardzo zdziwionymi spojrzeniami pracowników. Nie do końca wiedziałem co jest nie tak. Po chwili podszedł do mnie, również pełen zdziwienia, mój doradca, pytając co ja robię tak wcześnie na nogach. Czyżby mnie coś ominęło? Ten widząc niezrozumienie wymalowane na mojej twarzy sprawnie mi wyjaśnił, że dzisiaj miałem mieć całkowicie dzień wolny, więc nikt nie spodziewał się mnie zobaczyć o tak wczesnej porze. Sam kompletnie o tym dniu zapomniałem, ale mimo tego radował mnie fakt, że taka sytuacja zaistniała. Wróciłem do swojej komnaty, skąd zabrałem przygotowany strój i poszedłem się wykąpać. Nie miałem zamiaru iść spać, szkoda było marnować ten dzień na sen! Po dość długiej i przyjemnej kąpieli postanowiłem wyjść z pałacu, aby posiedzieć wśród ludzi, tam też w końcu mogłem poczytać książkę, a odrobina spaceru i tłumu raczej mi nie zaszkodzi. Gdy tylko się ubrałem szybko wybyłem na długi spacer zgodnie ze swoimi zamiarami. Nie chciałem zbytnio tracić czasu na zbędne siedzenie wśród czterech ścian zamku. Pogoda była nadzwyczaj przyjemna, słońce grzało, aczkolwiek orzeźwiający wiatr niwelował zbytnie ciepło. Nie było mi wiele więcej do szczęścia potrzebne, ta wszechobecna harmonia w zupełności wystarczała. Większość osób twierdziła, że spoglądam na świat przez różowe okulary, ale wprawdzie doskonale widziałem wszelkie mankamenty świata i jego zasad, tego co się w nim działo. Ale to chyba nie znaczy, że nie mogę cieszyć się ze zmiany otoczenia chociaż na chwilę, prawda? Życie w Pałacu tylko pozornie było takie cudowne i usłane różami, wiele się oczekuje od dziedzica tronu, a potem gdy już tę władze obejmie spada na niego jeszcze więcej oczekiwań i obowiązków. Musiałem tak naprawdę na każdym kroku się pilnować, chociaż ze mną nie było tak źle! Dopiero córki władców mają ciężkie życie. Od narodzin ustalone życie, wybrany mąż i wszędzie czyhające zagrożenie. Mimo że każdy był uczony walki, wiadomym było że ktoś szybciej targnie się na porwanie kobiety niż mężczyzny. Utarło się już takie przekonanie, że z pannami bywa łatwiej przy uprowadzeniu, chociaż z własnego doświadczenia wiedziałem, że wcale nie zawsze tak bywa. Poznałem wiele silnych i zdecydowanych kobiet, które prawdopodobnie lepiej poradziły by sobie w sytuacji niebezpiecznej niż niejeden facet. Ale przecież nie o tym tu mowa! Marzyło mi się chociaż na chwilę żyć w jakimś odległym miejscu, małym domku, daleko od miast, zdawałem sobie sprawę, że to tylko mrzonki, ponadto dobrze wiedziałem, że życie na wsi nie jest proste, nie jestem idiotą. Ale mimo wszystko chciałbym chociaż na kilka dni móc żyć nie swoim życiem. Mimo wszystko nie narzekałem zbytnio na to swoje, było ciężkie, obowiązki nieraz trwały od świtu do późnej nocy, ale i tak było przyjemne. Mogłem pozwolić sobie czasem na takie 'ucieczki' z pałacu oraz miałem dostęp do ogromnych zbiorów ksiąg, mogłem sprowadzić sobie każdą inną, jaka by mnie tylko zainteresowała. Miałem cały pałac do dyspozycji i szereg osób, które były na każde moje skinienie, pomimo tego niezbyt lubiłem jak ktoś mnie wyręczał, chyyyba że mowa o gotowaniu, wtedy to jak najbardziej ktoś może to robić za mnie! Kuchnia nigdy nie szła ze mną w parze. Samo mieszkanie w zamku też jest dość wygodne tylko pozornie, od groma tam innych osób, ponadto łatwo się zgubić wśród tylu komnat, które w zasadzie są wiecznie pozamykane, bo nikt z nich nie korzysta. Westchnąłem lekko i skierowałem swój wzrok na pochmurne niebo, pomimo tej typowej pogody, dzisiejszy dzień był jednym z tych jaśniejszych i cieplejszych, słońcu udało się wreszcie przebić minimalnie przez zasłonę z ciemnych chmur i ogrzewało lekko ziemię. Wiedziałem, że zbyt długo to nie potrwa, do południa prawdopodobnie znów zrobi się ciemno i chłodno, ale to dobrze, słońce nie było moim najlepszym towarzyszem. Było na tyle wcześnie, że niewiele osób mijałem, większość jeszcze spokojnie spała lub dopiero się przygotowywała do dnia pełnego pracy. Ja sam w sumie bym jeszcze spał długie godziny, gdyby nie wciągnęła mnie tak bardzo seria książek. Mimo wszystko nie czułem zmęczenia, spałem codziennie tylko z przyzwyczajenia, wprawdzie mógłbym się kłaść raz w tygodniu spać i by mi to spokojnie wystarczyło. Rozejrzałem się po otoczeniu i dostrzegając wejście do pubu, postanowiłem tam zawitać, jako że słońce zaczęło mi już doskwierać. Wszedłem do wspomnianego miejsca i usiadłem przy barze. Był poranek, więc w środku wielu istot nie było, co najwyżej niedobitki dnia wczorajszego lub ludzie podobni do mnie — którzy nie mieli co ze sobą zrobić lub trafili tutaj przypadkiem, chociaż na pewno znalazł by się ktoś, kto po prostu przyszedł na śniadanie. Z lekkiego zamyślenia wyrwał mnie czyiś głos, dość radosny, witający mnie z lekką nutą zmęczenia w tonie. Skierowałem wzrok na chłopaka stojącego za barem i uśmiechnąłem się.
- Dzień dobry. Co podać? - spytał przyjaznym tonem przyglądając mi się uważnie. 
Barman wyglądał naprawdę młodo, jak i wydawał się być sympatyczną istotą, a sprawą tego prawdopodobnie był również i jego niewinny wizerunek. Dopiero po krótkiej chwili zacząłem zastanawiać sie nad odpowiedzią na to pytanie, wprawdzie wszedłem tutaj pod wpływem impulsu i drażniącego słońca, bez konkretnych celów.
- Właściwie to sam nie wiem. - odparłem zgodnie z prawdą. Miałem dzisiaj dzień wolny i wprawdzie mógłbym pozwolić sobie na picie, ale nie tak z samego rana. - Coś dobrego do jedzenia. - powiedziałem z uśmiechem i przez moment zastanowiłem się nad zwrotem do barmana, jednakże wyglądał zbyt młodo aby kierować się do niego per pan. - Coś co polecasz. - dodałem.
Na to chłopak kiwnął jedynie głową i zniknął mi z pola widzenia.
Ciekawiło mnie czy ktoś jeszcze tu pracuje, skoro widocznie otwarte było w nocy, co wnioskować można po kilku osobach, widocznie niedobitych, a teraz również można było spokojnie tutaj zawitać, to chyba potrzebni byli inni pracownicy? Po chwili wrócił barman i podał mi świetnie wyglądający posiłek, z uśmiechem mu podziękowałem.
- Co pan tu robi? - spytał nagle, wciąż przyjaznym tonem. - Wydaje się pan być jakby nie stąd. - wyjaśnił zdając sobie sprawę, że nie do końca rozumiem sens pytania.
- Co ja tu robie? - uśmiechnąłem się. - Bardzo trafne pytanie, w zasadzie to jestem przypadkiem. - odparłem spokojnie. - Można powiedzieć że uciekałem przed słońcem. - dodałem. W sumie to była prawda, bo wszedłem tutaj z zamiarem przeczekania aż wrócą typowe chmury i będę mógł dalej pospacerować. - Poza tym: Vincent. - przedstawiając się podałem dłoń barmanowi z lekkim uśmiechem.
(Kiku?)

1437 słów

poniedziałek, 18 maja 2020

"Przyjdź, i pogłaszcz moje oczy, i umysł wykąp, i spal moje ciało. A ja, jak ten Feniks, będę wstawał z popiołów, na poranną kawę."


Imię: Vincent Elliot per Vikström
Pseudonim: Viki ~ tak zawsze mówiła do niego rodzicielka gdy jeszcze był dzieckiem.
Wiek: 27 lat
Płeć: Mężczyzna
Wzrost: 192
Rasa: Wampir (zrodzony)
Zawód: Cesarz Helvete
Miejsce zamieszkania i urodzenia: Helvete
Charakter: Vincent Elliot per Vikström. Cesarz. Od najmłodszych lat wychowywany na oczytanego, poważnego i zaradnego młodzieńca. Wampir mimo że przygotowywany do określonej roli, a co za tym idzie kształtowany według określonych cech to posiada bardzo skomplikowaną osobowość. Bez żadnego poznania, każdy widzi go raczej jako szczęściarza, dzieciaka wysoko postawionych rodziców, który w zasadzie dostawał od narodzin wszystko co sobie zażyczył. Trochę przemądrzałego, niezbyt potrafiącego radzić sobie samemu i kogoś kto wie tylko jak siedzieć, i dostawać wszystko pod nos. Każda z tych osób pewnie zdziwiłaby się jaką istotą Vincent jest naprawdę, ale nigdy nie mieli takiej szansy, jako że wampir nie poświęca uwagi osobom, które oceniają go przez pryzmat rodziny. Gardzi płytkimi ocenami i relacjami, jest wbrew pozorom dość uczuciowy, i niezbyt ma chęci do chwilowych znajomości. Potrafi szybko się do kogoś przywiązać, więc raczej stara się początkowo zachować bezpieczny dystans. Nietrudno go jednak wciągnąć w rozmowę, bez względu na jaki temat chętnie pogawędzi, nie jest gadułą, ale lubuje się w pasjonujących rozmowach, które idą własnym tokiem i nie ma potrzeby na siłę szukania tematu. Podobnie nie przeszkadza mu też cisza, rzadko kiedy uznaję jakąś za "niezręczną". Czy w ciszy, czy rozmawiając — lubi towarzystwo, które sam sobie wybiera. Gdy musi być gdzieś z przymusu jest mniej swobodny w rozmowie i podchodzi do tego raczej jak do obowiązku. Ktoś kto go pozna bliżej bez problemu wyłapie tę zmianę nastawienia oraz sposobu mówienia. Mimo tego Elliot jest dobrym aktorem, w końcu musi nim być będąc cesarzem, czasem nie można pozwolić sobie na kierowanie wewnętrznymi pobudkami. Mężczyzna dobrze wie kiedy musi grać przypisaną mu rolę, a kiedy może pozwolić sobie na swobodę. Do każdej osoby jednakże podchodzi trochę inaczej, nie do końca potrafi oceniać trafnie innych, odczytywać ich zamiary czy myśli, jako że całe życie spędzał raczej w odosobnieniu, przez to również stał się trochę... Niecodzienny. Jest nadzwyczaj bezpośredni, wprost oznajmia gdy czegoś od kogoś oczekuje i raczej nie bawi się w podchody, chociaż i to się zdarza, bo czego nie robi się dla zabawy? Mimo tego Vincent posiada wyczucie, potrafi delikatnie poruszać niektóre tematy oraz wycofać się jeśli wymaga tego sytuacja. Nie naciska gdy ktoś nie chce o czymś rozmawiać, ponadto stara się omijać niebezpieczne rejony rozmów, chyba że chodzi bezpośrednio o zdrowie czy życie kogoś kogo polubił. Nie daje łatwo za wygraną i nawet jeśli raz się wycofa, to można być pewnym, że odpuszcza na tę tylko chwilę i będzie próbował później, do skutku. Jak na wampira przystało mężczyzna jest bardzo terytorialny, nie chodzi tylko o sam dom, ale i istoty mu bliskie. Nie pozwoli aby komuś dla niego ważnemu stała się krzywda, jest zdolny do poświęceń, aby ratować rodzinę czy przyjaciół. Mimo tego wszystkiego, tych zalet, nie łatwo jest żyć z tym typem. Zwłaszcza jeśli trzeba widywać go częściej niż raz na kilka dni. Domownicy aż tak tego nie odczuwają, jako że każdy zajęty jest swoimi sprawami, ale najbliżsi doradcy, czy inne osoby będące blisko niego większość czasu, doskonale zdają sobie sprawę jaką ciężką istotą może być Vincent. Przede wszystkim sam poranek to tragiczna męczarnia, jako że humor wyżej wymienionego osiąga wtedy istny punkt kulminacyjny na samym końcu wykresu ze strony ujemnej. Nie tylko jest rozdrażniony przez większość poranka, ale i marudny oraz upierdliwy. Potrafi się czepiać drobiazgów i ciągle narzekać, ale zwykle przechodzi mu to gdy już się wystarczająco rozbudzi. Podobna sytuacja ma się podczas jego czasu wolnego, kiedy odcina się od obowiązków — wprawdzie ma wtedy świetny humor, ale biada temu kto mu zakłóci spokój czy przerwie w czytaniu książek.
Rodzina: 
- Anneline Vikström jest rodzicielką Vincenta, która jest kobietą ułożoną i opanowaną, zanim poślubiła ojca mężczyzny nosiła nazwisko Wærness. Jest piękną i mądrą osobistością, jako jedna z nielicznych wampirów naprawdę chciała założyć rodzinę.
- Thorleif Vikström to ojciec Elliota, jest bardzo poważnym i stanowczym wampirem, w zasadzie posiada rodzinę ponieważ ktoś musiał kiedyś go zastąpić, a nie miał zamiaru oddawać władzy komuś niepewnemu. Jego stosunki ze wszystkimi są raczej chłodne i ograniczają się do wymaganego minimum. Tak więc mało co ingerował w wychowanie syna czy kontakty z nim.
Partner: Vincent nie wybrał sobie ani życiowej partnerki ani partnera. Ostrożnie dobiera osoby mu bliskie.
Umiejętności: Vincent jest uzdolniony pod względem swoich cech wampirzych, bez problemu potrafi nad sobą panować tak samo jak przemienić się w nietoperza. Nie trzeba się przy nim martwić o swoje życie, ponieważ od najmłodszych lat uczony był opanowania. Ponadto mężczyzna obdarzony został świetną charyzmą i zdolnościami aktorskimi. Byłby w stanie odegrać każde uczucie które kiedyś czuł, ale nie jest zdolny do naśladowania czyiś zachowań czy emocji, których nigdy nie przeżył. Elliot nauczony za młodu został walki bronią oraz gry na kilku instrumentach, matka bardzo zadbała aby był dobrze wychowany, ale również i zaradny, niestraszne mu więc jakieś prace czy pomoc. Z mężczyzną można porozmawiać na wiele tematów, jako że od dziecka przesiadywał w bibliotekach posiada zaskakującą wiedzę na różne, czasami dziwne, tematy.
Aparycja: Jak na wampira przystało Elliot posiada wiele cech swojej rasy; blada skóra i gładka w dotyku, jasne, świecące przy dużych emocjach oczy i lekko wysunięte śnieżnobiałe kły to jedne z wielu cech, po których można poznać, iż Vincent należy do rasy krwiopijców. Posiada lekko przydługie białe włosy, które zwykle zaczesane posiada do tyłu, a mimo tego kilka kosmyków i tak opada mu na czoło i jasno złote oczy. Vincent posiada zwyczaj marszczenia z lekka brwi, gdy się nad czymś zastanawia, a jako że robi to dość często wygląda na zdenerwowanego. Ponadto często przymyka oczy, lub patrzy nimi daleko w niebo, twierdzi że to jest uspokajające. Wampir może się również pochwalić prostym nosem oraz pełnymi ustami, które zwykle wygięte w delikatnym, niewidocznym prawie uśmiechu. Mężczyzna jest wysoki i dobrze zbudowany, lata odpowiedniego żywienia i zajęć fizycznych, jak sztuki walki czy inne treningi, sprawiły, że wampir jest wysportowany. Ubiera się bardzo elegancko i w ciemne kolory, których dopełnieniem może być jedynie błękit, jako że uwielbia ten kolor. Ciężko zobaczyć Elliota w niedopasowanych strojach, nawet kiedy nie musi już zajmować się obowiązkami związanymi z panowaniem widuje się go w koszulach lub innych, dość eleganckich rzeczach.
Historia: Vincent to dziecko, którego życie zostało zaplanowane jeszcze zanim w ogóle się pojawiło, zanim zostało poczęte. Wszystko było dokładnie przewidziane, nie można było sobie pozwolić na dzieło przypadku. Wychowywany w niesamowitym pałacu od urodzenia przygotowywany do przejęcia władzy po ojcu. Nie było mowy o niedopatrzeniach, więc cała uwaga matki oraz wszechobecnej służby była skupiona na chłopcu. Lata mijały dla niego bardzo powoli, mimo że było zawsze wokół niego dużo ludzi nigdy nie czuł się jakby był w towarzystwie. Dość osamotnione dziecko, które obracało się głównie wśród dorosłych szybko zaczęło skupiać się na różnych zajęciach, byle tylko nie musieć się nad tym wszystkim zastanawiać, w ten sposób nauczyło się wielu rzeczy już do wieku kilkunastu lat. Nie można powiedzieć, że był niekochany czy wychowywany przez służbę, co prawda ojca zawsze widział niewiele, aczkolwiek matka przelewała na niego ogrom miłości.
W tych dość dziwnych dla chłopca warunkach dorastał powoli, każdy dzień spędzając za murami zamku, najczęściej za ścianami z książek. Cały swój czas wolny poświęcał na czytanie, jako że i tak nie miał lepszego zajęcia, a książki wydawały mu się od zawsze bardzo ciekawe. Tak więc dorastał do swoich dwudziestych urodzin, na zmianę chodząc na różne zajęcia, ucząc się i zamykając w ogromnej bibliotece zamku. Po dwudziestych urodzinach coś zaczęło się zmieniać, już wszyscy się przygotowywali do tego, że Vincent przejmie władze. Ten raczej sceptycznie nastawiony nie wypowiedział nawet słowa sprzeciwu, aczkolwiek zauważył w tym swoją szansę. W rzeczywistości nigdy nie opuszczał terenu pałacu, wychodził na dwór, ale i tam zawsze była pustka w ogrodach. Tak więc postanowił, że obejmie władze, jako że wtedy będzie miał więcej swobody. Oczywiście przeliczył się trochę, spadło na niego sporo obowiązków, aczkolwiek rodzice bardzo mu pomagają i doradzają, to wampir raczej stara się samodzielnie podejmować decyzje. Ogrom zajęć, które musi wykonać jako cesarz nie przeszkadza mu w wyrywaniu się z pałacu na przechadzki do miasta. Nie ucieka z pałacu po kryjomu, każdy wie że wychodzi, ale teraz nikt nie może mu w zasadzie zabronić. Bardzo polubił te spacery jednakże nadal to nie jest to czego szuka, nadal będąc w tłumie nie jest w zasadzie w żadnym towarzystwie.
Głos: Mężczyzna posiada przyjemną do słuchania barwę głosu, zwykle można w niej słyszeć nutę pasji, której jednak nie uwydatnia tak w mowie. Vincent zawsze mówi spokojnie, rzadko można usłyszeć jego podniesiony ton. Niektórzy twierdzą, że słowa, które wypowiada są dźwięczne i z ładnym delikatnym akcentem.
Inne:
- Posiada zwyczaj chodzenia w czarnych rękawiczkach, powody są bliżej nieokreślone, mężczyzna raczej się z tego nie tłumaczy, woli pominąć ten fakt.
- Bardzo lubi pióra, wszelkiego rodzaju i wielkości, gdyby chciał mógłby zrobić z nich kolekcję, jako że od dziecka trochę ich nazbierał.
- Jest tragicznym kucharzem, jako że akurat tym zajęciem się nigdy nie zajmował, ponadto niezbyt lubi przesiadywanie w kuchni, ponieważ zawsze irytuje się gdy mu coś nie wychodzi. Gotowanie to jego pięta achillesowa.
- Vincent potrafi być zapominalski, to jaki jest dzień tygodnia czy miesiąc nie jest dla niego rzeczą nadzwyczaj ważną.
Właściciel: PetParty |hw| li-sensei@protonmail.com |mail|


Preferowana długość odpisów: Osobiście piszę średnie (400-800) lub długie (800+). Przyjmuje każdego rodzaju.
Stopień Wpływu:  3

piątek, 27 marca 2020

Ayarashi do Lexi

Dość szybko udało mi się zgubić pościg, a raczej pościg wyminął mnie myśląc, że oddaliłam się jak najdalej od zamku. Cóż trudno mieć im to za złe kiedy  większość ludzi by tak zrobiła. Zatrzymałam się na jednej z solidnych gałęzi starego i solidnego dębu.
 -Co za idioci.
wydusiłam cicho opierając się skórę drzewa jakim jest kora. Wszyscy przemknęli jak strzały puszczone z łuków przez las w stronę miasta. spojrzałam w dół i ujrzałam, zwalniającego konia bez  jeźdźca. Zeskoczyłam z drzewa i rozejrzałam się w koło za krzaków. Po jakiś dziesięciu minutach usłyszałam dźwięk zbroi, a chwile później zauważyłam dobrze mi znaną gwardzistkę. Odsunęłam kamień i wyjęłam sojowe rzeczy, po czym wyszłam z ukrycia.
-Zgubiłaś coś, Lexie?
zapytałam opierając lewą dłoń na biodrze i odchylając głowę lekko do tyłu, nadal nie puszczałam wzroku z gwardzistki.
-Dostaliśmy rozkazy, by sprowadzić cię z powrotem do zamku.
Parskam lekko śmiechem, odwracając lekko głowę, a mój ogon zaczął lekko się bujać na boki.
-Nigdzie nie wracam, nie mam zamiaru wracać do domu.
widząc jej zaskoczenia na twarzy, a raczej na oczach postanowiłam jej to wytłumaczyć
-Ale....
-Widzisz i tak nie będę władać moim domem, więc nie mam powodu, by siedzieć i przytakiwać na ich pomysły, co do mojej osoby. Mam zamiar zwiedzić cały świat i później o nim opowiadać.  Jeśli chcesz mogę z wami wrócić do pałacu ale nie sądź, że zaprowadzicie mnie do mojego domu.
Powiedziałam zaplatając dłonie pod biustem, który był zasłonięty bandażami. Po wyrażeniu prośby o powrocie z strony gwardzistki, ruszyłam swój zacny ogon w stronę zamku.

poniedziałek, 23 marca 2020

Od Matriasena do Misericordii

Marchewkowa dziewczyna rozpięła klamry na ciele wynalazcy. Matriasen roztarł miejsca, w których więzy uciskały skórę i spróbował stać, jednak mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa i momentalnie opadł z powrotem na krzesło.
- Daj mi chwilę - powiedział do Marchwi. - Po co właściwie chcesz rekonstruować te konkretne marchwie? Nawet jeśli operacja będzie skuteczna, nie będzie to wcale oznaczało przywrócenia do życia tego, czym to warzywo wcześniej było. Powiedziałbym, że będzie to kopia. Zresztą w przeciągu roku i tak ponownie zgnije. - Chłopak ponowił próbę wstania, opierając się na rękach. Jego żywe ramie odmówiło posłuszeństwa i zawisnął na swoim mechanicznym, niemniej zdołał doprowadzić się do pionu. - Zamiast klonować dawno umarłe tkanki nie lepiej znaleźć sobie coś żywego? Wiesz, nauka zaprzecza, jakoby możliwe było przywrócenie osoby do jej ciała.
- Wasza nauka w ogóle zaprzecza wielu rzeczom - zauważyła nieco naburmuszonym tonem rudowłosa. - A z tym... być może będzie jakiś sposób. Muszę spróbować.
- Jak tam sobie chcesz. - Matriasen wzruszył ramionami i chwytając wreszcie równowagę, ruszył do maszyny. - Pytanie brzmi czy mam dość energii na eksperymenty?
  Oparł się o klawiaturę, po czym nacisnął krótką melodię. Urządzenie zadrżało lekko, tuby organów zafalowały w górę i w dół, po czym rozsunęły się, odsłaniając półkole w swoim środku. Wśród dziwnie wyglądających tub, kryjących się zwykle pod metalową obudową Matriasen sięgnął do środkowej, wyróżniającej się dziwną strukturą, jakby złożoną z mniejszych rurek. Ostrożnie, jakby rozbrajał niebezpieczny artefakt, odczepiał kolejne z nich, aż w końcu wyciągnął element, znajdujący się w samym centru machiny. Był podłużny, zakończony owalnym zgrubieniem oraz zwężającym się płasko ustnikiem. U góry wyposażony był w liczne dziurki. Cesarz odwrócił się z nim do marchewkowej dziewczyny.
- No cóż, zbiornik jest prawie pusty. Będę musiał poprosić Vantona, by ponownie go napełnił. Zwykle zajmuje mu to kilka dni, więc i tak miałbym trochę czasu na inne projekty. Rekonstrukcja tkanki, tak? - zapytał jakby samego siebie, rzucając niedbale flet na klawiaturę organów i ruszając w stronę wyjścia z pomieszczenia do głównej hali. Minął dziewczynę, nawet na nią nie patrząc i przeszedł przez całą halę, aż do jedynej niezawalonej gratami ściany w tym pomieszczeniu. Choć "niezawalonej gratami" było tu raczej pojęciem względnym. Ściana była zawalona bardziej, niż cokolwiek innego - projektami, równaniami, pajęczyną połączeń, zrobionych z kolorowych sznurków. Matriasen chwycił belę z jedwabiem swoim mechanicznym ramieniem, po czym wspiął się na wysoką niemal do sufitu drabinę i wybierając miejsce, w którym była stosunkowo cienka warstwa projektów, rozwiesił tam kawał czystego płótna, przytwierdzając je żelaznymi klipsami. Resztę beli zrzucił na dół, niemal trafiając obserwującą go z dołu marchewkę, po czym sięgnął za ucho po ołówek, ale go tam nie znalazł. Dopiero wtedy zwrócił ponownie uwagę na rudowłosą.
- Podrzuć mi ołówek, powinien leżeć na biurku. - To mówiąc, wskazał bliżej nieokreślone miejsce, gdzieś po prawej stronie hali.
(Misericordia?)

piątek, 20 marca 2020

Od Lexie do Mirajane

Dziwaczne istoty płynęły coraz szybciej. Najwyraźniej ich ciała przystosowane były do takiego sposobu poruszania się znacznie lepiej od Lexie, która z trudem utrzymywała dystans. Ląd za jej plecami oddalał się coraz bardziej, a rozpościerający przed nią ocean wyglądał ponuro i groźnie. Gwardzistka starała się nie dopuścić do siebie myśli, że jeśli nawet zdoła uciec przez ćmoludźmi zapewne w końcu utonie w tej toni lub zostanie pożarta przez jednego z morskich potworów. Przed oczami przywołała obraz Mirajane. On zawsze dodawał jej sił. Zawsze, nawet w najgorszych sytuacjach myśl, że ma dla kogo walczyć była dla niej największą motywacją. Ona gdzieś tam była, być może nawet już dotarła do podmorskiego pałacu, być może ratunek jest już w drodze...!
  A jednak może było spokojne i jedynym dźwiękiem, jaki słyszała Lexie był narastający chlupot od strony pościgu. Ile tak właściwie już płynie? Myśli kobiety zaczynał się robić mętne. Nie czuła już prawie mięśni, a piekące od soli oczy mimowolnie jej się zamykały. Ale pościg nie ustawał. Stwory jakby zupełnie nie odczuwały tych samych trudów co gwardzistka. Czym one u diabła były? Gwałtownie Lexie poczuła, jak coś chwyta ją za kostkę. Kopnęła na oślep i odwróciła się w wodzie, by stanąć twarzą w twarz w wykrzywioną zwierzęcą furią jadaczką ćmy. Uderzyła i odepchnęła się od niej, jednak ta chwila, gdy została zatrzymana wystarczyła reszcie gromady, by zgromadzić się wokół niej. Kobieta wyjęła nóż. Wyglądał żałośnie mizernie w jej dłoni. Dłonio-odnóża chwyciły ją od tyłu. Wyrywała się, kopiąc i tnąc, co chwila podtapiana znikając pod wodą, by wynurzyć się, gwałtownie łapiąc oddech. Nie miała szans, przeciwnik był zbyt liczny. Jedyne co mogła, to walczyć do ostatniego tchu... 
  Jakby z oddali do uszu gwardzistki dobiegł dźwięk rogu. Gwałtownie przeciwnik, z którym się właśnie szamotała zapiszczał przenikliwie i znieruchomiał. Potem następny. Jak przez mgłę Lexie zobaczyła humanoida o rybiej twarzy. Wyciągał zakończone pazurami palce w jej stronę. Próbowała się bronić, jednak nie miała dostatecznie dużo siły. Ktoś uderzył ją w tył głowy. Zrobiło się zupełnie ciemno.

  Zimne podmuchy wiatru raz po raz smagały twarz Lexie, która z trudem otworzyła zlepione kryształkami soli oczy. Nad sobą widziała liście palmy, osłaniające ją od słońca. Podniosła się powoli z miękkiego piasku plaży, rozglądając wokół. Przed sobą miała turkusową lagunę, ograniczoną przez skaliste ściany, mknące gdzieś ku górze, za sobą zaś prawdziwą junglę, podobną do tych na kartach ksiąg o dalekich krainach. Otrzepała się z piasku i spróbowała sobie przypomnieć, jak się tu znalazła. Ćmoludzie... ryboludzie... ciemność... plaża. 
  Coś chlupnęło od strony laguny, zwracając uwagę gwardzistki. Do połowy zanurzona w wodzie kanciasta głowa bulgotała o podwójnej powiece wpatrywała się w nią nieruchomo. Gwardzistka w swojej karierze miała szansę już kilka razy widzieć trytona, jednak ich rybie twarze nie wydawały się przez to ani trochę ładniejsze. Podeszłą do niego u przyklękła na piasku przed nim, pochylając się ostrożnie w stronę wody.
- Mirajane do was dotarła? Czy jest bezpieczna? - Lexie niemal wstrzymała oddech, czekając na odpowiedź. Tryton pokiwał głową. Kobieta odetchnęła. Skoro księżniczka byłą bezpieczna wszystko będzie w porządku.
  Tryton wyciągnął coś z sakwy i wystawił ponad powierzchnią wody do gwardzistki. Lexie przyjęła niewielki przedmiot i obejrzała go zaciekawiona. Stwór zrobił gest, jakby wsadzał sobie coś do gardła. Kobieta przełknęła ślinę. To nie brzmiało jak dobry pomysł. Potem spojrzała na lagunę. Ale dla niej nie było innego sposobu na zejście pod wodę. Bardzo żałowała, że nie miała swojego sprzętu, który zapewne spłonął z całym zamkiem. Zacisnęła pięści i zrobiła, jak tryton radził. I gwałtownie zaczęła się dusić. W naturalnym odruchu próbowała wyciągnąć urządzenie, jednak stwór był szybszy. Wyciągnął ręce i wciągnął gwardzistkę pod wodę. Przez chwilę wyrywała się, nim zrozumiała, że może oddychać swobodnie, a tryton przemawia do niej głębokim, nieco dudniącym głosem.
- Spokojnie, tylko spokojnie, możesz oddychać, ale tylko pod wodą. Twoja pani jest w złym stanie. Nasi medycy nie znają się na ludziach. Będziemy potrzebować twojej pomocy.
  Lexie spróbowała wydać z gardła dźwięk, jednak nie była w stanie, więc tylko pokiwała głową.
- Chwyć mnie za ramiona, najszybciej będzie, jeśli cię będę holować. - Gwardzistka przytaknęła, wypełniając jego prośbę. Tryton upewnił się, że chwyt jest mocny, po czym z dużą prędkością zanurkował w głąb laguny. 
  Kobieta poczuła, jak ciśnienie gwałtownie ściska jej czaszkę, a woda wlewa się wszystkimi możliwymi otworami w nieprzyjemny sposób. Zacisnęła zęby i skupiła się na wyłaniających się z ciemności kształtach pałacu. Tryton przeholował gwardzistkę do jednego z wejść, potem przez kilka sal i zwolnił dopiero przed bogato zdobionym łukiem.
- Jest w środku - oznajmił, a Lexie pokiwała głową i wykonała coś na kształt ukłonu, mając nadzieję, że wyrażał wdzięczność. Przepłynęła przez drzwi. Pomieszczenie było dość obszerne, a na jego środku, na czymś, co wyglądało jak kolosalna muszla leżała nieruchomo Mierajane. Hares leżał obok, wtulony w jej ramię. Oboje znajdowali się w niewielkim bąblu powietrza, utrzymywanym chyba głównie przez sklepienie muszli, choć Lexie była przekonana, że jego pojawienie się było dziełem księżniczki.
  Poza nią była tam jeszcze dwójka syren, czuwająca przy pacjentce oraz ciężkozbrojny tryton. Kobieta podeszła do tych pierwszych, którzy na jej widok podnieśli głowy. Jeden z nich był jasnozielony i wyglądał na młodego, zaś drugi barwy ciemnego lapisu, a część jego płetw była postrzępiona. Jego oczy zachodziły nieco mgłą i to do niego gwardzistka postanowiła się zwrócić.
- Jak ona się czuje, panie? 
- Oddycha ciężko, jest gorąca, bardzo gorąca. - cichym, powolnym głosem odparł syren. - A jednocześnie jej ciało zamarza. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Nie jestem w stanie nic zrobić.
  Lexie przygryzła wargę. Otworzyła usta. Zamknęła je. Wyciągnęła telepatyczną mackę do starego syrena. Nie zareagował. Za to młody jego towarzysz drgnął i spojrzał zaskoczony na gwardzistkę.
- Ktoś inny, kto mógłby jej pomóc? Może ten szaleniec z Ucurum Taxi? - zaproponował, za co został zdzielony przez starszego płetwą w łeb.
- To zbyt niebezpieczne, w tym stanie nie zdołają nawet do niego dotrzeć. - Syren rzucił spojrzenie na Lexie i nieco nerwowo wypuścił kilka baniek powietrza z skrzeli. - Co? Chcesz to zrobić? To wielkie ryzyko i dla ciebie i dla pacjentki.
  Kobieta jednak wyglądała na zdecydowaną. Podeszła do skraju bańki i powoli przeniknęła przez niego, wstrzymując oddech. Ostrożnie wydobyła urządzenie z gardła, wypluwając przy okazji nieco wody. Uklękła przy muszli Mirajane i chwyciła ją za dłoń. Była lodowata. Od razu poczuła, jak magia okrywająca księżniczkę przepływa przez nią i sypie się w drobnym pyle na ziemię. Księżniczka powoli otworzyła oczy.
(Mirajane?)

czwartek, 19 marca 2020

Od Lexie do Ayarashi

Niespodziewany alarm zupełnie rozbudził Lexie, która właśnie położyła się do łóżka, a wieść o ucieczce księżniczki Ayarashi... cóż, gwardzistka chciałaby, żeby ją to zbudziło. Jednak już w trakcie rozmowy z generałem gwardii spodziewała się, że tak będzie. Jakiekolwiek powody miała księżniczka, by ukrywać swoją tożsamość, na pewno jednym z nich była niechęć do powrotu do domu.
  Szybko przywdziała mundur i w biegu chwytając włócznię pognała na plac, gdzie zbierała się ekipa poszukiwawcza. W chwiejnym świetle pochodni tłum ludzi, koni i psów, krzyki, rozkazy, obłoki pary w zimnym powietrzu, to wszystko robiło jakieś ponure wrażenie narastającego niebezpieczeństwa. Gwardzistka chwyciła wyprowadzonego przez służbę konia i kilka minut później gnała w jednym z oddziałów w stronę lasu. Pęd zimnego powietrza owiewał jej twarz, psy ujadały. Ktoś wydał rozkaz do utworzenia szpaleru i zwarta dotąd grupa rozproszyła się, by wpaść do lasu równym szeregiem. 
  Strażniczka jednak wątpiła, by Ayarashi dała się złapać tej nagonce. Była zbyt bystra. Niemniej utrzymywała szyk i rozglądała się za brązowymi włosami ściganej. W pewnej chwili coś błysnęło jej wysoko w koronach drzew. Lexie wydawało się nawet, że rozpoznaje sylwetkę księżniczki. Poluzowała chwyt na uździe konia i szturchnęła go piętami w boki. Zwierzak jakby poczuł odrobinę wolności, bo wystrzelił gwałtownie do przodu, zrzucając swojego jeźdźca i wyrywając przed szereg. Rozległy się jakieś krzyki, jednak zbierająca się w bólu z ziemi gwardzistka nie bardzo ich słuchała. Szybko starała się odzyskać oddech i skoncentrować na miejscu, gdzie ostatnio widziała słaby kształt Ayarashi. Rzuciła jeszcze ostatnie spojrzenie na oddalających się zbrojnych i ruszyła tam, gdzie jej zdaniem powinna znajdować się księżniczka. Miała tylko nadzieję, że się nie myliła i bolące plecy nie pójdą na marne.
(Ayarashi? Dasz się odnaleźć czy bawimy się w kotka i myszkę? :3)

środa, 18 marca 2020

Od Akroteastora do Raggasha

Akroteastor milczał dłuższą chwilę, przyglądając się taktycznej planszy, po której pionki przesuwał demon. Istotnie, ten plan wydawał się rozsądniejszy od poprzedniego, niemniej nadal męczyła go myśl, iż będą zbyt podatni na wykrycie. Niemniej kto nie ryzykuje nie wygrywa. Na tą myśl pewnie by się skrzywił, gdyby czaszka dawała mu taką możliwość.
- PROSZĘ POWIEDZIEĆ, PANIE ELKANOV, JAKIEŻ POPARCIE PAŃSKA OSOBA MA OBECNIE U SZLACHTY? - Morteo oderwał niechętnie wzrok od planszy i przeniósł go na barona.
- Dwie z siedmiu baronii mnie popierają. Z pozostałych z dwoma jestem w pozytywnych stosunkach, z królewską baronią pozostaję w neutralnych, a z jedną cóż... baron Geodorf chyba nie docenia dobrego żartu. - Baron rozłożył ramiona. Nekromanta skinął głową i spojrzał na Raggasha przelotnie, po czym wrócił spojrzeniem do Elkanova.
- NIECH ZATEM BĘDZIE TAK, JAK ZAPROPONOWAŁ ÓW DEMON. ZJEDNAMY NASZEJ SPRAWIE POZOSTAŁE BARONIE, PODNIESIEMY CZASOWO DANINĘ, BY WYWOŁAĆ CHAOS WŚRÓD POSPÓLSTWA I GDY KRÓL ZAJĘTY BĘDZIE PRÓBAMI ZAPANOWANIA NAD WAŚNIĄ, JEGO DZIEDZIC PODMIENION ZOSTANIE NA... - zawahał się, po czym pokiwał głową, jakby do siebie - TAK, TAK MOŻNA ZROBIĆ. - Po czym kontynuował, znów zwracając się do barona. - NASTĘPNIE WKRADNIEMY SIĘ W ŁASKI WŁADCY NASZĄ FORTUNĄ I ODBIERZEMY JEMUŻ ŻYCIE, GDY NIE BĘDZIE SIĘ BACZYŁ, A NASZA MARIONETKA PRZEJMIE JEGOŻ URZĄD.
- Wiedziałem, że tak światły umysł jak pański doceni zalety mojego planu. - Demon wyglądał na wyraźnie zadowolonego i Akroteastorowi wcale się to nie podobało. On chciał się zabawić, a najlepszą zabawę mógł uzyskać wystawiając ich w kluczowym momencie. Nekromanta zdecydowanie wolałby mieć jakąkolwiek gwarancję, że mądre słowa Raggasha nie są tylko czczym gadaniem ku zwiedzeniu czujności i zyskaniu zaufania. 
- PROSZĘ NIE POPADAĆ W SAMOZACHWYT, PANIE AVENGASH. - Morteo spuścił wzrok na planszę, a jedna z jego rąk powędrowała w jej kierunku. - WCIĄŻ DOSTRZEGAM LICZNE NIEDOSKONAŁOŚCI W TYMŻ KONCEPCIE - to mówiąc jakby od niechcenia chwycił jedną z figur i przesunął po planie - JEDNAKOWOŻ CHWILOWO JESTEM SKŁONNY SIĘ ZGODZIĆ, ŻE MOŻE BYĆ DOBRYM POCZĄTKIEM. A TERAZ PANIE ELKANOV, JAK PAN SĄDZI, W PAŁACU KTÓREGO Z TWOICH SOJUSZNIKÓW URZĄDZENIE BALU WYPADNIE DLA NAS NAJKOŻYSTNIEJ?
- Cóż, Baron Fluhulm nie przepada za takimi imprezami. - Elkanov poprawił kołnierzyk, spoglądając przy tym w bok, gdzieś poza swoim rozmówcą. -  Tak po prawdzie nie wiem za czym wogle przepada. Jest sztywny, jakby połknął kij od miotły i zupełnie nie posiada szlachetnego poczucia hum... - nagle zamilkł, jakby zorientował się, że wchodzi na niebezpieczny grunt, choć Morteo nie poruszył się nawet o cal. - W każdym razie on raczej nie. Ale Baron Kullend zapewne z przyjemnością się tego podejmie. Już od jakiegoś czasu narzeka, że obowiązki barona pozbawiły go codziennych uciech związanych ze spędzaniem czasu z pięknymi damami i przystojnymi pan... - ponownie nieco się zaciął, jakby gryząc w język.
- PROSZĘ ROZPOCZĄĆ WIĘC PRZYGOTOWANIA. I JEŚLI PAN POZWOLI, JESTEM ZMĘCZONY PODRÓŻĄ I NIE POGARDZIŁBYM WYGODNYM MIEJSCEM DO SPOCZYNKU. – Akroteastor podniósł się powoli z fotela, poprawiając osłaniający czaszkę welon.
- Oczywiście, lokaj pana zaprowadzi. Wygląda na to, że zostaniemy sami panie demonie – Elkanov uśmiechnął się z entuzjazmem do Raggasha.
- OBOAWIAM SIĘ, ŻE PAN AVEGASH PÓJDZIE ZE MNĄ – powiedział stanowczo Morteo, zwracając się bardziej do samego demona, niż barona. – MUSZĘ ODPRAWIĆ KILKA RYTUAŁÓW, BY MÓGŁ POZOSTAĆ W TYM ŚWIECIE. OKULTYSTYCZNE SPRAWY, ROZUMIE PAN.
- Oczywiście, dokładnie tak! Mam nadzieję, że nie zapomniał pan przynieść kadzidełek rozweselających oraz tej specjalnej księgi 1001 dowcipów stulecia? – Wtrącił demon. – Bez zabawnego tańca się oczywiście też nie obejdzie.
- Zabawnego…? – Baron wyglądał na zaciekawionego, ale Morteo odchrząknął i skłonił się przed szlachcicem.
- DZIĘKUJĘ PANU ZA NASZE DZISIEJSZE OBRADY. DO JUTRA ZATEM.
- Oczywiście, do jutra. – Elkanov również odkłonił się lekko i Akroteastor opuścił pokój. Szli w ciszy. A właściwie Avengash polatywał wokół maszerującego nekromanty, wygwizdując jakąś wesołą melodię, o której pochodzenie Morteo nie śmiałby zapytać, ale które na pewno było albo nieprzyzwoite, albo nieprzyzwoicie plebejskie. Gdy już byli sami w pokoju, nekromanta odetchnął. Mógł wreszcie ściągnąć okrywające go warstwy materiału bez obawy, że wzbudzi panikę.
- Z takim wyglądem nie dziwię się, że ma pan nastroju do żartów – skomentował demon, przysiadając na szafie. – Nawet domalowanie ci uśmiechu mogłoby panu nie pomóc.
- PROSZĘ MI POWIEDZIEĆ, JAKI MA PAN RZECZYWIŚCIE INTERES W POMAGANIU NAM? CZEGO PAN SZUKA NAPRAWDĘ, PANIE AVEGASH?
(Raggash? Nie było lekko, ale mam to xd)

wtorek, 17 marca 2020

Od Misericordii do Matriasena

Misericordia spojrzała na niego z dziwnym wyrazem twarzy. Nie rozumiała ani słowa z tego co próbował jej wytłumaczyć.
- Powtórz, ale w prostszy sposób – zażądała nadal patrząc na niego jak na wariata
- Marchew należy do hemikryptofitów co powoduje, że w procesie epizoochorii…
- Dobrze, wystarczy. – to było za wiele dla biednego warzywa, które większość z tych słów słyszało po raz pierwszy w swoim krótkim życiu – Może lepiej to narysuj.
Wręczyła mężczyźnie kawałek papieru i ołówek, których jeszcze chwilę wcześniej chciała użyć do napisania listu do cesarza. Uwolniła mu ręce i z zaciekawieniem oglądała wzory, które wychodziły spod jego rąk. Na nieszczęście dla marchewki schemat nie był nawet trochę czytelniejszy niż słowne wyjaśnienie. Prawdę mówiąc przypominało to trochę wzór zostawiony przez muchę, która wpadła do atramentu i ktoś wyciągnął ją na czystą kartkę papieru. Od centralnej plamy odchodziła siatka poplątanych linii porozrzucanych bezładnie na papierze, a wszystko to poopisywane jakimiś bliżej niezidentyfikowanymi symbolami i napisami. Właściwie jedyne co była w stanie rozpoznać, to litery ludzkiego pisma, które nie tworzyły żadnych sensownie brzmiących słów oraz licznie strzałki pokazujące kierunek… Czegoś. W końcu Matriasen  skończył swój rysunek i zadowolony wręczył go dziewczynie. Ta wzięła go do rąk, obejrzała z każdej możliwej strony, zaczęła przekręcać kartkę na różne strony mając nadzieję, że schemat magicznie zacznie przypominać cokolwiek zrozumiałego. Po kilku minutach poddała się, nie była w stanie tego rozczytać. Zrezygnowana musiała przyznać, że potrzebuje pomocy tego dziwnego człowieka jeśli chce pomóc marchwiom, a może nawet przywrócić do życia swoją rodzinę, której śmierć widziała wtedy w ogródku… Postanowiła jednak upewnić się, czy ten schemat na pewno wykracza poza jej zdolności zrozumienia. Pokazała uwięzionemu mężczyźnie jakiś punkt pośrodku bezkształtnego skupiska linii i zapytała:
- Co to jest?
- To jest stworzeń od kultywatora plazmatycznego biomasy. Przekształca on nukleotydy egzoenergetyczne na peonitynę przy założeniu spełnionego trzeciego prawa Yanniego Mehr. Powoduje to wzrost energii w połączeniach celucytoidalnych co wywołuje efekt metonityczny w politektydach trifluktuozy.
Pokiwała głową z udawanym zrozumieniem.
- A to?
- W tym miejscu gleonityna zmienia strukturę na fleanityczną i zostaje wtłoczona to dimagnitydów pleozy.
Jeszcze raz spojrzała na schemat, przyjrzała się dokładnie mężczyźnie i zadecydowała.
- Mam pewną propozycję. – zaczęła – Ja cię uwolnię, a ty pomożesz mi w przywróceniu życia moim kre… Kilku marchwiom, które zostały brutalnie zamordowane żeby ludzie mogli się pożywić.
- A kiedy dokładnie te marchewki zostały zerwane? I masz może je gdzieś przy sobie?
- To było kiedy się uro… Kiedy podróżowałam po Temenii kilka miesięcy temu. Mam ze sobą to – Wyciągnęła skórzaną sakiewkę, którą nosiła zawieszoną na szyi i niezwykle delikatnie wyjęła z niej ususzony kawałek natki z marchewki.
- To trochę za mało – mężczyzna pokręcił głową – Moja maszyna nie jest w stanie zregenerować całego warzywa na podstawie fragmentu tkanki, a jedynie przywrócić do życia martwe komórki. Przykro mi.
Zmartwiona dziewczyna schowała z powrotem szczątki marchwi i już miała iść w kierunku wyjścia, kiedy wpadł jej do głowy jeszcze jeden pomysł.
- A może dałoby się tak… – zaczęła nieśmiało – Czy jeśli zgodzę się na pomoc w eksperymentach, to dasz radę ulepszyć swoją maszynę tak, że będzie możliwe ożywienie tej marchwi przy pomocy tego, co mam?
- Zobaczę co da się zrobić – powiedział Matriasen z uśmiechem na ustach – Umowa stoi.
(Matriasen?)

niedziela, 15 marca 2020

Od Lexie do Keyi

Gdy się nachylił Lexie owionął zapach jakiegoś egzotycznego kwiecia, ostro kontrastujący z smrodem wody i ryb. Wydawał się być zupełnie nie na miejscu na tej wioskowej barce. Jego słowa wzbudziły w Jastrzębiu złe przeczucia. Chciał negocjować, jednak jaką korzyść przyniosłyby mu negocjacje z kimś, kto już jest na jego łasce. I jeszcze ona. Gwardzistka spojrzała ukradkiem na Keyę. Mężczyzna nie chciał nic od niej. Nieco ją to zmartwiło. Jeśli jest dla nich bezużyteczna mogą zechcieć pozbyć się jej. Jeśli nie teraz to później. Jastrząb wolałaby zdecydowanie tego uniknąć. W końcu to z jej winy najemniczka tkwiła w tym wszystkim. Trzeba było stanowczo odmówić jej udziału w misji.
  Zapach kwiatów został z nimi jeszcze przez chwilę, gdy mężczyzna się oddalił. 
Łódź sunęła powoli, a na pokładzie ponownie pojawili się zamaskowani ludzie. Barbarzyńcy o zdeformowanych twarzach, skrzywdzeni przez świat? Brzmiało to prawdopodobnie, jednak by to potwierdzić musiałyby ściągnąć maskę z twarzy jednego z załogantów. A zdecydowanie nie były w pozycji, w której mogłyby choćby spróbować. Maszt uwierał w plecy, a ruchy liny, powodowane zapewne przez Keyę wcale nie sprawiały, że ich pozycja była wygodniejsza.
  Nikt najwyraźniej nie zamierzał odprowadzić ich z powrotem do ich "kajuty", nad czym gwardzistka trochę ubolewała. Mimo wszystko od niewygodnej pozycji zaczynało jej drętwieć całe ciało. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, gdy w nozdrza Lexie uderzył znajomy zapach - zapach morza. Było jeszcze daleko, nie była w stanie go dojrzeć przez skrzynie, ustawione na pokładzie. Jednak była pewna, że je czuje. Jak daleko zamierzali je wywieźć? Czy zamierzali przenieść je na statek morski? Jeśli tak, to w grę wchodził praktycznie każdy region Sayari.
  Żagiel został zrzucony, o milimetry mijając głowy kobiet, i zabezpieczony. Pokład powoli pustoszał i coraz mniej zamaskowanych demonów kręciło się po jego powierzchni. Wkrótce pozostała tylko para postaci, sprawujących najwyraźniej nocną wachtę. Ruchy Keyi stały się nieco szybsze, najemniczka posłała zdeterminowane spojrzenie towarzyszce.
- Jeszcze chwila - mruknęła. Lexie poczuła, że serce bije jej mocniej. Mogły to zrobić. Mogły być w stanie uciec. I prawdopodobnie tej nocy była to jedyna okazja. Gdy już będą na statku skok za burtę nie będzie dopuszczalną opcją. 
  W ciszy nocy skrzypnęły drzwi i dwóch osiłków z wcześniej wychynęło spod pokładu i skierowało się w stronę kobiet, jednak tym razem jedyną, którą rozwiązali była Lexie. Przy okazji jeden z nich najwyraźniej zauważył, że więzy Keyi są poluzowane, bo spod maski dobiegł gardłowy, urywany rechot i sznury zostały mocniej zaciśnięte na jej nadgarstkach. Białowłosa syknęła i posłała mu pełne nienawiści spojrzenie. Najwyraźniej nie zrobiło to na nich wrażenia, bo bez słowa powlekli gwardzistkę w kierunku z którego przyszli. Kobieta z trudem próbowała iść o własnych siłach, jednak ich tępo było zbyt duże dla jej obolałego ciała. Niemal zniesiono ją po schodach, przeciągnięto przez długi korytarz i wrzucono do jasnego pomieszczenia, którego blask na chwilę oślepił gwardzistkę. Stanęła, nieco niepewnie czekając, aż wzrok przyzwyczai się do światła. Para osiłków zatrzymała się tuż obok niej, przybierając postawę niemej groźby. Lexie była pewna, że w tym stanie i bez broni nie będzie w stanie ich powalić.
  Powoli jej wzrok przywykł do niezwykłej jasności i była w stanie lepiej ocenić nowe pomieszczenie. Jak na barkę było dość obszerne i komfortowo urządzone. Ściany zostały obwieszone ciężkimi kotarami o szkarłatnym kolorze, zgrabnie okrywając pociemniałe od trudnych warunków deski statku. Podłoga została wyściełana wyglądającymi na kosztowne, ciemnymi dywanami, na których z prawej strony ustawiono stolik kawowy z jasnego drewna z pojedynczym fotelem,  z lewej chwiał się lekko obszerny, kremowy hamak, zaś na środku szerokie jasne biurko, którego ozdobę stanowił elegancki zestaw do pisania listów oraz osoba, w tym momencie dzierżąca pióro. Mężczyzna tym razem nie miał maski na twarzy i Lexie mogła z całą pewnością stwierdzić, że nie jest okaleczonym barbarzyńcą. Jego cera była jasna i gładka, może nawet troszeczkę zbyt jasna, jeśli by się nad tym zastanowić? Rysy raczej szlachetne, podkreślone przez kruczoczarne włosy, kontrastujące żywo z jasną skórą. Nie śpieszył się. Spokojnie nakreślił jeszcze kilka zawijastych liter, nim zwrócił swoją uwagę na przybyłą. Uśmiechnął się, co nadało jego twarzy drapieżnego wyrazu. Lexie przebiegły ciarki po plecach. Wyprostowała się nieco i bez wyrazu spojrzała w oczy przeciwnika, próbując dodać sobie otuchy odważną postawą.
- Wiele o tobie słyszałem - przyznał mężczyzna - od tych ludzi. Nie spodobałoby ci się zapewne, gdybyś wiedziała, co chcą z tobą zrobić.
  Gwardzistka uniosła brwi pytająco. To, że jej by się to nie spodobało, nie budziło żadnych wątpliwości. Pytanie brzmiało, co chcą z nią zrobić. Spróbowała sięgnąć myślami w stronę umysłu mężczyzny, jednak jak można było się spodziewać rozpierzchły się one w drodze.
 - Ale oto jestem ja. - Oparł się wygodniej na krześle. - Nie chcesz dowiedzieć się, co chcą z tobą zrobić? Załatwione. Chcesz pozbyć się rodzeństwa la Volpe? Nie ma sprawy. Chcesz, by twoja przyjaciółeczka przeżyła? Żaden problem.
- Ale? - przerwała mu Lexie nieufnie.
- Nie często widuje się Tha'xil poza ich ojczyzną. Nawet jeśli, nie chcą walczyć. - Zawiesił na chwilę głos. - A ty najwyraźniej jesteś wojownikiem.
- Jestem nim - przyznała, a w jej głowie zaczęły pojawiać się wszystkie możliwe zastosowania wojownika Tha'xil, a każde kolejne podobało jej się coraz mniej. - Co to ma do rzeczy?
- Zostań moim championem. - Na chwilę w pomieszczeniu zapadła cisza, w której Lexie starała się rozgryźć, jakiego championa rozmówca ma na myśli. Ten, najwyraźniej widząc brak zrozumienia westchnął. - Mogłem się spodziewać, że na wyspach o tym nie słyszeliście. Zwykle championem zostaje najpotężniejszy wojownik na arenie, który pokonał wielu wrogów. Ty zostaniesz nim, gdy pokonasz obecnego championa, którym szczyci się... pewna osoba. Osoba, z którą zakładu nie mogę przegrać. Co ty na to?
- Zabierzesz mnie od nich... - mężczyzna skinął głową - ...pozbędziesz rudzielców... - ponowne kiwnięcie - ...i uwolnisz Keyę? - kiwnięcie. - W zamian mam dla ciebie kogoś pokonać?
- Nie. Jeśli go pokonasz, uczynię dla ciebie to wszystko.
  Lexie się zawahała. Coś w słowach tego mężczyzny mówiło jej, że kimkolwiek jest tamten inny champion jest śmiertelnie niebezpieczny. Przeszło jej nawet przez myśl, że lepiej się zmierzyć z tym, co zrobią z nią ci barbarzyńcy, bo może nie być nic gorszego niż układanie się z tym mężczyzną. A jednak był to układ, coś stabilnego, coś co pozwoliłoby jej odzyskać grunt pod nogami.
- Zgoda. Zostanę twoim championem - odpowiedziała wreszcie, w duszy prosząc swoją panią o wybaczenie, ale najwyraźniej misja przeciągnie się bardziej, niż się spodziewała.
- Znakomicie. Przed świtem zabiorą cię stąd moi ludzie. Ciebie i twoją towarzyszkę. Będzie moim gwarantem twojego posłuszeństwa. Panowie, odprowadźcie ją na miejsce.
(Keya? Jak tam idzie szarpanie się z więzami?)

piątek, 13 marca 2020

Od Rakagorna do Brainina

Szczerze, kiedy Brainin powiedział mi o zadaniu z „znikającymi krowami”, moje szczęście po ograniu tamtej dwójki lekko osłabło. Wewnątrz mojej głowy rozegrał się wewnętrzny dialog pomiędzy moją osobowością kupca, a krasnoluda. Część mnie chciała siedzieć w karczmie, oglądać towary, snuć plany o zarobkach i liczyć przyszłe zyski. Jedak krew klanu równie mocno chciała chwycić za młot i ruszyć na przygody, nawet taką o wątpliwej jakości. Westchnąłem do siebie i chwyciłem się za skronie przeczuwając nadchodzący ból głowy.
- Dobrze chociaż płacą za tę misję? - spytałem, na co Brinin podniósł tylko brwi. Wtedy ze zgrozą zdałem sobie sprawę, że mój rodzony brat nie ma ŻADNEGO talentu do handlu skoro nawet nie spojrzał na kwotę za zlecenie. - Daj mi to! Karczmarz, piwa! Coś czuję, że na trzeźwo tego nie przetrawię. - powiedziałem biorąc zlecenie od Brainina i przyglądając się mu uważnym wzrokiem kupca. Karczmarz nie zdążył mi donieść piwa, a ja już wiedziałem dlaczego tego zadania nikt do tej pory nie przyjął.
Po pierwsze, nie wiadomo co zabija bydło, na farmie więc nie wiadomo na co się naszykować.
Po drugie, farmer jest raczej biedny bo cena za zlecenie nie powalała.
Po trzecie, wystarczy, że w lesie spotka się jakieś stado wilków i można śmiało powiedzieć, że to ich wina jednak w zleceniu jest napisane o polowaniu na potwora. Reasumując, farmer może zwyczajnie odmówić zapłaty jeśli będzie to jakieś dzikie stado, powiedzmy psów, bo oczywiście jemu się „wydawało”, że to bestia z najczarniejszych otchłani piekła, jakby nie miała nic lepszego do roboty zagryza jego trzodę.
Spojrzałem na kufel, który postawił przede mną karczmarz i poprosiłem profilaktycznie o następny. W tym czasie Brainin patrzył się na mnie tym swoim wzrokiem „Chodzimy się bić!”. Westchnąłem po raz kolejny i przygotowałem się na długą i ciężką rozmowę z moim bratem o oryginalnych zleceniach, a głupich misjach.
Na nieszczęście dla mnie wraz z długością debaty zamawialiśmy coraz więcej piwa i w związku z tym jakimś cudem Brainin przekonał mnie w końcu, by chociaż przejść się na farmę i zobaczyć jak wygląda truchło, bym mógł ocenić czy gra jest warta świeczki. Od razu mu przy okazji zaznaczyłem, że jeżeli dojdę do wniosku, że za całą aferę odpowiedzialne są jakieś zwykłe wilki czy coś takiego to wykręcamy się z tego zlecenia.
Brainin oczywiście podchmielony ucieszył się z takiego układu i podniósł toast, trochę zbyt ochoczo. Na nieszczęście dla jakiegoś również pijanego jegomościa za nim trochę trunku polało się na jego płaszcz. To co działo się później nie było zaskoczeniem dla nikogo. Jegomość „kulturalnie” zwrócił uwagę Braininowi na co ten „kulturalnie” powiedział, że może się iść wypróżnić, na co przedmówca powiedział kilka nieżyczliwych słów o naszej siostrze oraz matce i tak nasza rozmowa od słów przeszła do cięższych argumentów. Zaczęło się niewinnie od obijania delikwenta pięściami. Po chwili w całej sytuacji rozeznali się jacyś znajomi naszego „worka treningowego” i postanowili solidarnie pomścić towarzysza niedoli. Jednak kiedy kolejnych dwóch leżało na podłodze, a Brainin wyraźnie bawił się coraz lepiej, nasi nowi „przyjaciele” zrozumieli, że lepiej jednak sprawdzić czy nie muszą załatwić czegoś gdzie indziej.
Brainin jeszcze próbował wyzywać ich od tchórzy i maminsynków, ale po wcześniejszej akcji i widać niewielkich ilościach wypitego trunku, nie dali się „zaprosić” do kontynuowania „przyjaznego” zacieśniania znajomości za pomocą pięści i czasami również kopnięć, o ugryzieniach nie wspominając. Taktycznie zebrali swoich pobitych kolegów i wynieśli się z karczmy. Kilku bywalców klaskało nam udanego „przedstawienia”, inni wymieniali się pieniędzmi. Widać, mimo, że bójka trwała raptem kilka minut, jacyś zaradni „biznesmeni” wyczuli interes i teraz zbierali lub tracili. Ja oczywiście załatwiałem formalności z karczmarzem. Tym razem naprawdę kulturalnie zaproponowałem mu zapłatę za szkody, których na szczęście było niewiele, ponieważ, za co dziękuję boskiemu kowalowi, mój brat nie wpadł na pomysł, by zacząć używać mebli jako prowizorycznej broni, ewentualnie pocisków miotanych. W każdym razie karczmarz trochę się pokrzywił, pomarudził, ale kiedy zapewniłem go, że od teraz brat będzie „zacieśniał znajomości” z lokalnymi piwożłopami tylko u konkurencji, wyraźnie zaczął rozważać realnie moją propozycję. Jeszcze kilka kupieckich sztuczek i żartów, które wyraźnie rozbawiły właściciela karczmy, i ostatecznie puścił nasz mały „pokaz siły” mimochodem.
Spokojniejszy odwróciłem się w stronę Brainina i po bratersku trzepnąłem go głowę na co oczywiście znowu zaczęliśmy się droczyć, ale w końcu wybaczyliśmy sobie wszystkie kłótnie i niesnaski do trzydziestu lat wstecz racząc się jeszcze trzema kolejkami piwa. Po tym podśpiewując piosenkę z naszych rodzinnych stron zaczęliśmy się wtaczać do naszego pokoju na piętrze.
- Więc dołącz do nas dzisiaj, niechaj gra, grint się przelewa! - zachrypiałem jedną rękę trzymając się za ścianie, a drugą podpierając się o brata.
- A jutro rano wypełzniemy niczym świnie z chlewa! - kontynuował Brainin, robiąc kolejny niepewny krok na schodach. Jedną ręką trzymał się mnie, a drugą trzymał nasz cenny ładunek jakim była ostatnia butelka mocniejszego już bimbru, którego naprawdę nie wiem skąd i kiedy „wyczarował” mój brat.
- Więc dołącz do nas w piękną noc i zakręć swoją brodą! - kontynuowałem nasze pijackie śpiewy i nawet nie zauważyłem kiedy doczłapaliśmy się do naszego pokoju.
- Kolejka leci, a więc pijmy, cieszmy się swobodą! - Zakończył głucho Brainin kiedy zwaliłem go na jego posłanie. Na szczęście butelkę opróżniliśmy chyba na szczycie schodów, naprawdę nie jestem pewien, przy okazji o mało co nie spadliśmy z nich, ale to nie było ważne. Brainin przytulił się do butelki jak do pluszowego misia i coś tam jeszcze bełkotał, ale go już nie słuchałem od kiedy na czternastym stopniu schodów zaczął opowiadać, że widział kiedyś różowego gadającego kucyka.
Przed zwaleniem się na swoje wyrko jeszcze tylko upewniłem się, że zaryglowałem drzwi, tak na wszelki wypadek, i zwaliłem się na wyrko, miałem już iść spać, ale nie zdążyłem bo zasnąłem.

----Rano----

Na szczęście lub nieszczęście nasz pokój był od wschodu, więc przynajmniej przeklinając na wszystko, a w szczególności na słońce, wstałem, przeciągnąłem się, podrapałem po brodzie, ziewnąłem i spojrzałem na Brainina. Tak jak się spodziewałem, jakimś cudem w trakcie snu spadł z łóżka i wtoczył się pod nie razem z kołdrą i pustą butelką. Uśmiechnąłem się słysząc jego chrapanie dochodzące z bezpiecznej kryjówki przed promieniami słońca. Wstałem i udałem się na poszukiwanie wody oraz lekarstwa na kaca.
Wodę znalazłem w miednicy, a lekarstwo w sakwach Brainina opisane oczywiście plakietką „LIKARSTWO NA NAJGORSZĄ DOLEGLIWOŚĆ  ŚWIATA”. Po jakiejś godzince byłem prawie zdrowy, w takich chwilach dziękuję wielkiemu kowalowi, że jestem krasnoludem i za sekretne Likarstwo naszego pra, pra wujka od strony matki. W trakcie następnej godziny dobudzałem brata i zajmowałem się poranną toaleta, i oczywiście poranną pielęgnacją brody, która po wczorajszym piciu nie prezentowała się zbyt okazale.
Ostatecznie wyruszyliśmy po trochę późnym śniadaniu w drogę na farmę, postanowiłem, że na razie przejdziemy się na farmę biorąc tylko najpotrzebniejsze rzeczy a jeśli uznamy, że misja jest warta naszego czasu to wrócimy się po cały ekwipunek, który uznamy, że może się nam przydać w łowach.  Szybko jeszcze na odchodnym zerknąłem czy niczego nie zapomniałem:
Sakiewka jest, młot jest, lunch jest, torba na ramieniu, mapa ok, płaszcz na plecach i kilka drobiazgów na wszelki wypadek. 

< Brainin? >